ACTA - chroni czy uszczęśliwia na siłę?
Internet jest cierpliwy. I to jeszcze jak! Rzeczywistość wygląda tak: w praktyce w sieci każdemu wolno wszystko. Stała się ona katalizatorem nowomodnych form marketingu, polem do popisu dla przestępców – nie tylko piratów, ale także różnego rodzaju stalkerów i stręczycieli. Dla wielu użytkowników Internet oznacza „wirtualne życie”, które jest im potrzebne, ponieważ nie posiadają realnego, nie radzą sobie w nim, nie czują się akceptowani. Dla innych sieć jest szansą na zarobek – mnóstwo twórców potrzebuje Internetu, by móc zaistnieć, pokazać co potrafi, zainteresować rynek swoimi dziełami. Ci, którym już wcześniej udało się wypłynąć – dzięki sieci lub niezależnie od niej – prowadzą aktywną działalność blogową i społecznościową po to, by utrzymać swoją pozycję, nie zostać zapomnianym. Najbardziej przykrą konsekwencją powszechnego użytkowania Internetu jest jednak tzw. wirtualny ekshibicjonizm. Ludzie nie potrafią już zawierać trwałych i pewnych przyjaźni, nie mają więc komu zwierzać się ze swoich myśli, uczuć, najskrytszych pragnień, sekretów i lęków. Robią to w Internecie. Szafują własną (a co gorsza, czasem i cudzą!) prywatnością. Czy nie najwyższy czas, by zrobić z tym wszystkim porządek? Moja pierwsza myśl: „Tak, oczywiście. To jest chore! Trzeba przeciwdziałać”. Jednak po krótkiej chwili zastanowienia dochodzę do zupełnie innego wniosku. Dlaczego ktokolwiek miałby chronić ludzi przed nimi samymi? Jakie ma do tego prawo? Mądry człowiek potrafi korzystać z Internetu w sposób legalny i rozsądny. Nie każdy przecież, gdy dać mu do ręki nóż, zacznie się nim okaleczać. A głupcy? Głupcy niech ponoszą konsekwencje własnych czynów. Przestępców natomiast należy karać, a nie blokować im na siłę możliwość popełniania czynów niezgodnych z prawem.
Co właściwie skłoniło mnie do tych rozważań? Odpowiedź nie jest trudna. Oczywiście, nieznośny szum, jaki powstał ostatnio wokół międzynarodowego porozumienia ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), które teoretycznie ma dotyczyć zwalczania piractwa i handlu podrabianymi towarami. Właśnie! Teoretycznie. Sieć aż huczy od protestów, inne media dzielnie jej wtórują, demonstranci wychodzą na ulicę i, w mniej lub bardziej kulturalny sposób, wykrzykują swoje żądania, nawet moi znajomi sprawiają czasem wrażenie jakby, podczas zwyczajowych spotkań w pubie przy piwie, nie umieli już rozmawiać o niczym innym. Dlaczego ACTA wywołuje tyle zamieszania, powoduje aż tak silne i skrajne emocje?
Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że piractwo i okradanie innych ludzi z ich własności intelektualnej nie jest niczym fajnym. Mierzi mnie to, jak zażarcie znaczna grupa internautów broni tego typu praktyk. Jednakże gdyby chodziło tylko o wzmożoną czujność w tej kwestii i bardziej restrykcyjne kary dla internetowych piratów… Szum, który powstał wokół ACTA ma znacznie szerszy wymiar, nie ogranicza się do karania przestępców. Porozumienie prowadzi głównie do zapobieganiu czynom karalnym, poprzez uniemożliwianie obywatelom ich popełniania. A to już jawny atak na wolną wolę człowieka, na jego prawo do świadomego decydowania o sobie i własnym życiu.
Tym, co przeciętnego obywatela najbardziej oburza w ACTA, jest atmosfera tajności. Nikogo nie powinien dziwić fakt, że Polaków (nie ma się co oszukiwać, także ze względu na zaszłości historyczne) niepokoi, a nawet przeraża brak jawności w postępowaniu rządu. W dodatku, prawo, aby mogło być przestrzegane, musi być jasne i klarowne dla każdego obywatela. W PRL istniała cenzura, ale obywatele przynajmniej wiedzieli czego konkretnie im nie wolno. A teraz? Teraz przestępstwem może okazać się właściwie wszystko. Nieznajomość prawa podobno nie zwalnia z jego przestrzegania. Ale, na litość, ludzie muszą mieć możliwość jego poznania!
Druga sprawa. W praktyce postanowienia tego porozumienia nie ograniczają się do walki z przestępczością. Wprowadzenie możliwości dochodzenia prywatnej egzekucji praw autorskich, bez kontroli sądu, w której posiadacze praw autorskich będą mogli żądać od dostawców Internetu ujawniania im danych użytkowników, jest niezgodne z prawem demokratycznego państwa. To już nie ściganie przestępców. To wprowadzenie samosądów i działalności prewencyjnej, w wyniku której ucierpią nie tylko ci, rzeczywiście łamiący prawo.
Ludzie obawiają się (prawdopodobnie słusznie), że w imię ochrony praw autorskich blokowane będą usługi jak najbardziej legalne. Jedno z postanowień ACTA mówi o „komercyjnych działaniach dla bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub komercyjnej”. Co to oznacza? Niezgodne z prawem może stać się ujawnianie informacji ważnych dla opinii publicznej. Kto na tym ucierpi? Dziennikarze i redaktorzy – czyli także ja i moi koledzy oraz podwładni, nieprawdaż? Do tej pory zawód dziennikarza (czy to w tradycyjnych czy tzw. „nowych mediach” takich, jak Internet) rządził się swoimi prawami i dopóki postępowało się zgodnie z etyką zawodową, nikomu to nie przeszkadzało. Dziennikarstwo przeniosło się do Internetu z prostego powodu – jest to naturalna konsekwencja rozwoju technologiczno-medialnego i życia w społeczeństwie informacyjnym.
Co więcej, kryminalistami mogą stać się także prywatni blogerzy, ludzie którzy mają ochotę w sieci wyrażać swoje opinie na temat otaczającego ich świata. Nie mają do tego prawa? Owszem, często robią to w sposób głupi, wulgarny, szkodzą innym i samym sobie. Mnie jednak do tej pory wydawało się, że gwarantuje im to wolność słowa. Człowiek zawsze był taki sam – popełniał mnóstwo głupot, stanowił zagrożenie dla społeczeństwa i samego siebie poprzez własną zawisać, złość i brak rozsądku. A czy robi to w Internecie (bo taką mamy epokę) czy gdziekolwiek indziej, to już nie ma chyba większego znaczenia. Ważne, że zawsze tak czynił i czynić będzie. Pozwolę sobie też zacytować opinię jednego z europosłów – Alexandra Alvaro, która wydaje mi się aż nadto obrazowa: Odpowiedzialność prawna dostawców Internetu jest jak wprowadzanie odpowiedzialności dla poczty za to, co znajduje się w wysyłanych listach.
Kolejna istotna sprawa: ACTA to następny krok w stronę podporządkowania Europy Stanom Zjednoczonym. Porozumienie lobbują głównie amerykańskie koncerny i to przede wszystkim one mają czerpać zysk z jego wprowadzenia. A ja – Polka, Europejka, z własną tożsamością i tradycją – nie mam ochoty dbać o interesy USA. Wystarczyły nam już wojny i inne wątpliwe inicjatywy, w które nasz kraj angażował się bez korzyści dla siebie, tylko po to, by niczym naiwny pies móc polizać amerykańską rękę. Wystarczy amerykanizacja społeczeństwa, które stopniowo zapomina o własnym języku, tradycjach i kulturze, zastępując je obcymi, przybyłymi z USA. Mnie osobiście taki stan rzeczy mierzi od dawna. A ACTA może okazać się właśnie tą kroplą, która przeleje kielich goryczy. Bo komu to się tak naprawdę opłaca? Na pewno nie państwom rozwijającym się, do których Polska niewątpliwie należy.
A co mówią na ten temat autorytety? Wprowadzeniu ACTA sprzeciwia się Rzecznik Praw Obywatelskich, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, a eksperci akademiccy dostrzegają wady porozumienia i otwarcie przed nimi przestrzegają.
A co na to sami twórcy? Teoretycznie powinni cieszyć się z tego, że państwo chce im zapewnić ochronę ich własności intelektualnej. Ale czy naprawdę w środowiskach artystycznych ACTA spotyka się z oczekiwanym entuzjazmem? Niekoniecznie. Dlaczego? Ponieważ cena jest zbyt wysoka. Twórcy to także ludzie i również korzystają z Internetu dla celów prywatnych. A to podobno ich prawa mają być chronione. Zasadnym wydaje mi się więc, aby ich głos został w tej sprawie uwzględniony w szczególny sposób.
Samo takie oskarżenie wystarczy do odcięcia internauty od sieci. Nie będzie odwołania - zanim sąd rozpatrzy sprawę człowieka, obwinionego o naruszenie praw autorskich, minie kilka lat. W tym czasie tego człowieka po prostu nie będzie w sieci. Będzie milczał. Zostanie ukarany faktycznym, choć nieformalnym zakazem wypowiedzi bez sądu, bez procesu, bez dowodów. Jeśli mu się to nie spodoba - wolno mu się będzie procesować przez następne lata, ale w każdej chwili może zostać zmuszony do dalszego milczenia. I o to właśnie chodziło przy opracowywaniu ACTA. Tak widzę ACTA: wbrew pozorom nie chodzi tu o ochronę praw artystów, lecz o danie w prywatnym koncernom możliwości uciszania sprzeciwów, którą zazwyczaj rządy rezerwowały dla siebie a społeczeństwa słusznie uważały za naruszanie praw człowieka. Wolność człowieka to wolność myślenia. Kultura rośnie dzięki swobodnemu przepływowi myśli. Prawo ludzi do własności intelektualnej trzeba chronić... ale nie da się tego robić poprzez narzędzia do zamykania im ust. – pisze na swoim blogu jeden z pisarzy fantastyki młodego pokolenia, Piotr Olszówka.
A tak, na swoim facebookowym profilu, wypowiada się inny polski pisarz-fantasta, Jakub Ćwiek: Nie, nie uważam, że każdy, kto nielegalnie ściągnął moją książkę, zaraz mnie okrada, pozbawia zysków, bo raczej nie zakładam, że w innych okolicznościach by ową pozycję kupił. Tak przynajmniej wie, że ktoś taki jak Ćwiek jest i teraz może uzupełni biblioteczkę, albo poleci mnie komuś, kto tak zrobi. Albo nie, ryzyko wliczone. Jeżeli jednak okaże się, że pisanie przestanie mi zapewniać utrzymanie, przestanę pisać i zajmę się czymś innym, bo kosztuje mnie to za dużo wysiłku. Share’ując, udostępniając, rozsyłając i chwaląc miejcie to proszę na uwadze. I nie przesadzajmy. W obie strony.
Bardzo ostro natomiast, sprawę ACTA, komentuje na prywatnym blogu Ewa Białołęcka: Jestem pisarką, żyję z tego, że ludzie kupują moje książki i w zasadzie powinnam sikać z radości, że jacyś dobrzy wujaszkowie postanowili, alleluja-alleluja, zadbać o moje interesy. (…) A jednak mówię: NIE DLA ACTA. Dlaczego? Bo jest oczywiście piramidalną bzdurą i prawniczym bublem. Kto miał chęć nabyć i przeczytać moje dzieła, nabył i przeczytał, kto nie chciał, to i tak ich nie kupi, choćby kosztowały 1 złoty, 20 groszy polskich, a za piractwo osadzano dożywotnio w Alcatraz. Jestem osobą od dawna dorosłą i świadomą, a jednak wujkowie w rządzie uznali, że nie wiem co dla mnie dobre, więc mnie uszczęśliwią na siłę, tak jakbym miała 4 latka i się uparła, że nie włożę rajstopek, bo nie i już. „Piractwo jest złe, proszę pani. Pani jako literat powinna to wiedzieć. My chcemy pani dobra!” (…) Co więcej, gdybym sama osobiście na własnym blogu zamieściła własne, osobiste opowiadanie, jakiś nadgorliwiec mógłby mi go zamknąć, a ja bym wylądowała na policji, tłumacząc się, że nie jestem wielbłądem. (…) Tak więc owszem, powtarzam jeszcze raz: porozumienie ACTA zaszkodzi mi jako pisarzowi, choć niby powinno mnie chronić.”
Należałoby więc zastanowić się przede wszystkim nad tym, czy osoby, dla których (podobno!) dobra zostało stworzone to porozumienie, naprawdę chcą być w ten sposób chronione, czy odczuwają taką potrzebę. Niektóre na pewno. Ale wiele z nich czuje się, jak na przykład Ewa, uszczęśliwiana na siłę.
Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz

















































