Animated Epics: Beowulf
Beowulf psychodeliczno-senny
Swego czasu postanowiłam zmierzyć się z prześledzeniem wszystkich dzieł – filmów, książek i komiksów – stworzonych na kanwie anglosaskiego poematu epickiego Beowulf. Wyobrażeń mitycznego władcy Geatów jest tyle, ilu twórców, którzy zdecydowali się opisać jego losy. Trafiłam na całą paletę najrozmaitszych utworów, posiadających bardzo ważną cechę wspólną – nietypowość. Żadnego z nich nie można nazwać „zwyczajnym”, wszystkie mają w sobie coś niesamowitego. W przypadku niektórych jest to wadą, u innych stanowi nieocenioną zaletę. Wśród mnóstwa niestandardowo głupich wizji, znalazło się kilka specyficznie ciekawych. Do tych drugich należy niewątpliwie krótkometrażowa animacja z 1998 roku – Animated Epics: Beowulf.
Tak to czasem bywa – mała rzecz, a cieszy. Ten zaledwie dwudziestokilkuminutowy film przedstawia doskonale znaną historię w sposób bardzo tradycyjny i w gruncie rzeczy prosty, a jednocześnie naprawdę wyjątkowy. Użyte tutaj środki wyrazu przemówiły do mnie o wiele silniej, niż wszystkie niezwykłe efekty specjalne i wytworzone komputerowo cuda, które tak chętnie aplikuje współczesne amerykańskie kino. Twórcy Animated Epics osiągnęli zamierzone cele, a za narzędzia posłużyły im bardziej artystyczne środki wyrazu. Zagrali przede wszystkim na emocjach i zmysłach widza. Zostało też zachowane to, co najbardziej cenię we współczesnych adaptacjach epickich, mitycznych historii – „struktura opowieści”.
Widz czuje się jak ktoś słuchający sagi snutej przez skalda. Narrator opowiada, a obraz… płynie. Taka była intencja twórców, dzięki czemu osiągnęli przepiękny efekt sennego widziadła, majaku. Wszystko, co jest widoczne na ekranie, ma sprawiać wrażenie oglądanego oczyma wyobraźni. Chwilami pojawia się nieco psychodeliczne wrażenie, ale właśnie tak mogłaby działać wyobraźnia kogoś, zasłuchanego w piękną historię. Tego filmu się nie ogląda, tylko przeżywa. To nie jest kino rozrywkowe – to powrót do ruchomych obrazów w ujęciu sztuki.
Animacja jest prosta, tradycyjna, kreska niejednolita, nieco rozmazana. I właśnie na tym polega jej urok. Artyzm dzieła tkwi nie w zaawansowanej technice rysunku, nie w komputerowych „cudach na kiju”, w końcu nie w dbałości o szczegóły, ale właśnie w formie przekazu i w tej senno-psychodelicznej atmosferze. Obraz przesuwa się płynnie, snuje się niczym kolejne słowa opowieści. Wprawdzie pojawiają się i dziwaczne wizje – np. oręż głównego bohatera budzi skojarzenia ze starwarsowymi mieczami świetlnymi, ale i to ma swój specyficzny urok, oddaje moc fantazji, puszczonej przez widza-słuchacza.
Znacznie wyraźniejsze niż wizualne, są tutaj efekty dźwiękowe. Jest to zabieg celowy. Widz ma wejść jak najmocniej w perspektywę człowieka słuchającego opowieści, nie zaś oglądającego ją. Dźwięki są wyraźne, czasami wydają się zbyt głośne, ale to także rezultat zamierzony. Bohater brodzi w płytkim strumieniu, a odbiorca nie zwraca uwagi na postać, ale pluskanie i szum wody pod jego stopami. Podczas scen walki największą uwagę przykuwa świst broni przecinającej powietrze podczas cięć i chlupot krwi tryskającej z rany. Przy mętnym, płynnym obrazie, wszystkie odgłosy (czy to wiatru, czy też stąpających kroków) są wyraziste. Świat przedstawiony to przede wszystkim mnogość dźwięków. Głos narratora jest przyjemny, brzmi spokojnie, niemal kojąco, a jednocześnie potrafi porwać. Tak właśnie wyobrażam sobie słuchanie ówczesnego skalda, barda czy też innego bajarza – człowieka urodzonego po to, by snuć historie, by nimi czarować, by zauroczyć odbiorców każdym wypowiedzianym słowem. Swoistego uroku przydaje narracji także jego „staroangielska” wymowa.
Warto też wspomnieć, że pod względem fabularnym jest to adaptacja najbardziej zgodna z anglosaskim oryginałem ze wszystkich, które miałam okazję obejrzeć, a najprawdopodobniej nie ominęłam ani jednego istniejącego filmu opartego na historii Beowulfa. Bardzo dokładnie i wiernie odwzorowano treść poematu – wydarzenie po wydarzeniu. Sposób wykonania nadaje jednak tej opowieści powiew świeżości. Widz, nawet obeznany z epickim pierwowzorem, nie odnosi wrażenia, że ogląda coś, co już zna, nie czuje się znudzony ani poirytowany powielaniem schematu. Nie sądzę też, aby twórcy filmu narzekali na brak pola do popisu i możliwości rozwinięcia skrzydeł wyobraźni. Jest to jak najbardziej ich dzieło – niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Tyle że zinterpretowali „dodawanie czegoś od siebie” zupełnie inaczej niż większość współczesnych filmowców. Zamiast zmieniać treść i wprowadzać do fabuły wyssane z palca elementy, pozbywając się tym samym tych, które uznają za niepotrzebne, panowie od Animated Epics znaleźli całkiem odmienny sposób wyrażenia siebie w adaptacji – użyli oryginalnych środków wyrazu, kreując ambitną wizję artystyczną wedle własnej wrażliwości. Może więc istnieć ekranizacja wierna, a jednocześnie charakterystyczna i „nieodgrzewana”. Kinematografia oraz animacja z kolei wciąż mogą być sztuką, nie muszą sprowadzać się wyłącznie do roli zjawiska popkulturowego.
Może dzięki temu filmowi do współczesnych widzów dotrze pewna mądra, a niestety zapomniana, prawda: tradycyjnie wcale nie musi oznaczać nudno. Ja natomiast utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że interesujący pomysł niekoniecznie jest tożsamy z kontrowersyjnym i szokującym, natomiast artyzm wykonania i siła czarującej narracji wciąż są cenniejsze, niż wszystkie cuda nowoczesnych technologii razem wzięte.
Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta:Monika "Katriona" Doerre

Reżyseria: Yuri Kulakov
Produkcja: Rosja, USA,Wielka Brytania
Scenariusz: Murray Watts
Animacja: Alexander Cherepov, Yuriy Kuzyurin, Yuri Lvovich, Andrei Paragin, Alexel Shtikhin
Dźwięk: Simon Jones, Greg Provan
Producent: Igor Oleynikov
Rok produkcji: 1998
Czas trwania: 27 minut
Język: angielski
Obsada:
Derek Jacobi - Narrator
Joseph Fiennes - Beowulf
Timothy West - Hrothgar
Anna Calder-Marshall - Wealtheow
Michael Sheen - Wiglaf
John Castle - Hygelac

















































