Avangarda 007
Do Avangardy mam mnóstwo sentymentu – zeszłoroczna edycja była moim pierwszym konwentem, na którym odkryłam całą masę zagubionej w czasie i przestrzeni rodziny pod postacią fandomu. A także swoje miejsce na świecie.
Może dlatego w tym roku byłam trochę rozczarowana od samego początku, choćby ze względu na lokalizację konwentu – umiejscowienie go w budynku na terenie kampusu SGGW jakoś mało do mnie przemawiało. Z drugiej strony: co ja tam wiem? Dlatego postanowiłam dać zarówno Avie, jak i miejscu szansę, choć był w tym spory kredyt zaufania.
W zeszłym roku tydzień wcześniej miałam wydrukowany (pobrany z Internetu) program konwentu i zakreślone wszystkie interesujące prelekcje, a jedynym problemem było to, którą wybrać, kiedy pokrywały mi się godziny. W tym roku Avangardzie od początku jakoś nie szła organizacja: plan atrakcji z układem godzinowym pojawił się dopiero dwa dni przed imprezą! Dla osób spoza Warszawy mogło być to pewne utrudnienie, choćby ze względu na planowanie noclegów i dojazdu; wiadomo, że część osób przyjeżdża tylko na wybrane dni lub punkty, które ich wyjątkowo interesują. W tym momencie, jako rodowita warszawianka, byłam w lepszej sytuacji. Do czasu.
Czwartek, godzina 18.00 – wypadam zahukana z autobusu i pewnym krokiem kieruję się w stronę budynku nr 34, leżącego na terenie kampusu warszawskiej SGGW. Z powodów różnych, aczkolwiek uciążliwych, tego dnia miałam jedynie czas wpaść po akredytację. Spodziewałam się kolejki, w której jakże nerwowo będę stała, patrząc na zegarek. Ale tu miłe zaskoczenie: kolejki brak. Odebrałam akredytację wraz z reklamówką pełną ulotek i niezastąpionym informatorem konwentowym Avangardy. Muszę przyznać, że bez niego ciężko byłoby się zdecydować na konkretne prelekcje lub spotkania, gdyż ich nazwy nie zawsze jasno określają, o czym będzie mowa.
I nastał piątek...
10.30 rano, środek nocy. Stoję przed budynkiem, patrząc na niego smętnie. Wydaje się nieludzko wysoki i ogromny, a jego plan, który ambitnie wcześniej przestudiowałam, mocno zagmatwany. Do dyspozycji konwentowiczów zostały oddane cztery kondygnacje, czyli, bodaj wszystkie, a także patio. To ostatnie okazało się nie do końca prawdą, gdyż wedle kuluarowych plotek, władze SGGW w ostatniej chwili odmówiły organizatorom dostępu do niego. Występy i pokazy grupy Nizar stanęły pod chwilowym znakiem zapytania, by za chwilę przenieść się w okolice boiska.
Godzina 11.00 – udało mi się znaleźć salę LIT2, więc stoję pod nią cierpliwie, czekając na spotkanie autorskie z Anną Brzezińską, prowadzone przez Małgorzatę „merulę” Miktus. Porównując z innymi spotkaniami tego typu, na których bywałam, to wyjątkowo mi się podobało. Brzezińska mówiła zarówno o swoich mediewistycznych pasjach, jak i o początkach kariery pisarskiej, kiedy to nie do końca wiedziała, cóż to za zwierzę, ta cała fantastyka; o tym, skąd czerpała inspiracje oraz skąd się wzięła Babunia Jagódka. Autorka opowiedziała także o swoich najbliższych planach pisarsko-wydawniczych. Obejmują one między innymi tekst w klimacie przedrewolucyjnej Rosji i Bunina, będący, wedle słów Brzezińskiej, drużynowym questem. Padło też kilka słów na temat scenariusza do serialu fantasy, który napisała, a który teraz czeka na koproducentów zagranicznych. Opowiada o grupie dzieci, przebywających na obozie w skansenie, gdzie we wszystko wplecione są magia i skarby. Przyznam, że chętnie bym obejrzała taki serial!

Jako mam-nadzieję-kiedyś-pisarka musiałam pójść na prelekcję Marcina Przybyłka Tajemnice dobrego przekazu. Główną zasadę pisania Przybyłek określił, jak przystało na lekarza, parafrazą przysięgi Hipokratesa: primum non nudere. Następnie opowiedział o technikach pisania bez zanudzania czytelnika. Jednakże najciekawszą częścią prelekcji była część praktyczna. Jeden z fragmentów swojej powieści Gamedec podzielił według pobudliwości: motorycznej, zmysłowej, intelektualnej, emocjonalnej i wyobrażeniowej. Następnie dodawał je, fragment po fragmencie, tworząc na powrót pierwotny tekst. Jednocześnie dyskutował z uczestnikami, co zmienia w odbiorze tekstu zastosowanie konkretnych typów pobudliwości i zestawienie ich w całość. Było to z pewnością ciekawe i naładowane wiedzą doświadczenie, bardzo przydatne przy pisaniu własnych tekstów. Poza tym ogromnymi zaletami punktu były charyzma Przybyłka i jego sposób prowadzenia prelekcji – pełen energii, prowokujący dyskusje, w które wciągał ludzi.

Następnie dzikim kłusem poleciałam piętro wyżej na Serialową ramówkę, którą prowadzili Aleksandra „Mir” Juszczakiewicz i Jan „JanZ” Zaremba. Prowadzący zrobili rzetelny przegląd najciekawszych seriali ostatnich lat, nie tylko tych ściśle związanych z fantastyką, ale także tzw. fandom friendly (czerpiących z szeroko pojętej popkultury). Zaprezentowali tak znane tytuły jak: Firefly, True Blood, Heroes, Misfits, Battlestar Galactica, Game of Thrones, Legend of the Seeker, Lost Girl, Moonlight, Jeremiah. Każdy serial został krótko przedstawiony poprzez trailer, teaser, klip lub fanvid, a następnie omówiony dość szczegółowo przez prowadzącą. Niestety, nie udało mi się zostać na całej, dwugodzinnej prelekcji, bo bardzo chciałam wziąć udział w Konkursie filmowym, który przygotował Jakub „Czeros” Czerski. Tam na samym początku zawiódł sprzęt multimedialny w sali, co zdarza się niestety dość często. Niemniej brawa należą się Czerskiemu za uratowanie sytuacji – drużyny po prostu podchodziły do rozstawionego na stole laptopa, by oglądać kadry z filmów lub żeby lepiej słyszeć piosenkę, którą należało odgadnąć. Wielki entuzjazm i śmiech budziły nazwy poszczególnych grup, co nadawało konkursowi miły i zabawny charakter.

Po konkursowych emocjach postanowiłam upolować coś do jedzenia (zwłaszcza, że premiera gry fabularnej Zew Cthulhu 6 to nie moja działka). Od początku miałam przeczucie, że nie będzie to łatwe i, niestety, nie pomyliłam się. Bar konwentowy, Dziekanat161, w którym to miała być możliwość zjedzenia czegoś i wypicia mniej lub bardziej chmielowych napitków, okazał się czynny dopiero od 18.00. Biorąc pod uwagę, że była 16.00 – cóż, nie ucieszyła mnie ta informacja. Oczywiście mogłam skorzystać z konwentowej pizzerii (Dominium), ale coś mi mówiło, że w godzinę nie wyrobię się z zamówieniem, poczekaniem na dostawę i jeszcze zjedzeniem. Na planie był jakiś budynek, który oznaczono symbolem noża i widelca. Smętnie poczłapałam w tamtą stronę, naprawdę licząc na pożywienie. I dostałam, choć niekoniecznie wymarzone. Wytyczony punkt okazał się małym kampusowym sklepikiem z całą masą studenckiego żarcia w horrendalnych cenach. Przełknęłam to jakoś i wyszłam zwycięsko z rogalem. To tyle w kwestii ciepłego jedzenia.

Doładowana cukrem poszłam o 17.00 na prelekcję Jak napisać szorta w 15 minut Krzysztofa „baranka” Baranowskiego. Jako że ta forma literacka nie jest zbyt popularna, ciekawa byłam rozwinięcia tematu przez prowadzącego. I nie zawiodłam się! Baranowski zaczął od reklamy tego typu tekstów, a dla jej fanów i pasjonatów założył stronę internetową szortal.com. Z założenia spotkanie miało trwać dwie godziny, z czego część czasu poświęcona byłaby radom i dyskusjom na temat budowy szortów, zaś resztę miały wypełnić swego rodzaju warsztaty pisania. Niestety, z powodów organizacyjnych (bleh!) punkt trwał tylko 60 minut, więc na własne wprawki czasu nie starczyło. Niemniej rady i wytyczne udzielone przez baranka były bardzo konkretne i rzetelne, dające możliwość pracowania nad własnym warsztatem. Dowiedziałam się, między innymi, że opisy bohaterów powinny być oszczędne (według zasady: koń jaki jest, każdy widzi), a usilne próby bycia oryginalnym w podejściu do tematu bardzo często tekstom szkodzą zamiast pomagać. Oczywiście z sali padły zarzuty o „scenkowość” tej formy. Cóż, bądźmy szczerzy i poważni – pewnie, że tak jest! Ale czy nawet całe książki nie są tak naprawdę scenami zebranymi w jedną logiczną i spójną całość? Prowadzący zachęcił do pisania i wysyłanie szortów na stronę, by poddać je rzetelnej ocenie, a być może nawet opublikować. W pewnym momencie, w kontekście pomysłu wydania antologii szortów, dyskusja zeszła także na kwestię nośników tekstów, czyli modny ostatnimi czasy spór papier versus elektronika. Nie zdziwiło mnie wcale, że większość osób stanowczo opowiadała się po stronie wydań papierowych. Serio, co może być lepszego niż zapach świeżo wydrukowanej książki o poranku? Właśnie – nic. Po spotkaniu czułam się pełna życia i energii, miałam ochotę niemalże od razu złapać za ołówek (lub laptopa) i zacząć pisać.

Powstrzymałam ten impuls, bo oto moją uwagę przyciągnęła kolejna prelekcja, z rodzaju tych, które tygryski lubią najbardziej: Sceny erotyczne w tekstach literackich. Jako że jestem w trakcie czytania Trylogii Śpiącej Królewny Anne Rice (napisanej pod pseudonimem A. N. Roquelaure), temat wydał mi się wyjątkowo interesujący i czułam, że gęba mi się nie będzie zamykać. Przypuszczenie okazało się słuszne. Agnieszka „Zoe” Kwiatkowska wydawała się na początku onieśmielona sporą rzeszą ludzi zasiadających w auli, ale po kilku minutach rozkręciła się razem z nami. Po dyskusji o tym, czym jest a czym nie jest erotyka, Zoe postawiła nam zadanie: zbudować scenę erotyczną bez seksu. Sala na sekundę zamilkła, ewidentnie skonfundowana, by po chwili z zapałem rzucić się na zadanie. Utrudnialiśmy jak się dało: dwójka bohaterów, ona starsza od niego, spotkali się na konwencie, a żeby było weselej ona jest fanką Star Treka, a on Gwiezdnych Wojen. Mimo tego okazało się, że wszystko jest do zrobienia, jeśli używa się odpowiednich słów i, podobnie jak w szortach, skraca opisy bohaterów. Następnie grupowo omówiliśmy co ciekawsze wpadki autorów w scenach erotycznych: jedna dziewczyna musiała mieć oczy na szypułkach, żeby fundując facetowi oral widzieć jednocześnie jego tyłek; z kolei pewien pan miał dwie lewe ręce: jedną trzymał na ustach dziewczyny, a drugą sprawdzał co ma pod spódnicą. Prawej ręki nie zauważono. Na zakończenie prowadząca przeczytała fragmenty dwóch tekstów erotycznych, jednak skrajnie od siebie różnych. Jeden z nich był tak poetycki i pełen metafor, że trudno było stwierdzić kto jest narratorem: zwykła kobieta czy dziwka; drugi zaś przedstawiał często stosowany chwyt opisywania seksu przez słynne walenie zagłówka o ścianę...

Po tym seksualnym rozpasaniu trzeba było wrócić do rzeczywistości. Dobrą metodą okazał się panel Zbieranie materiałów do powieści – strata czasu, czy konieczność? z udziałem Anny Brzezińskiej, Jakuba Ćwieka i Krzysztofa Piskorskiego, a prowadzony przez Magdalenę „magda2m” Małek. Znani, lubiani i poczytni wymieniali doświadczenia w przygotowaniach do pisania książek. Oczywiście każdy z nich stosuje inną metodę, którą faktycznie można zauważyć w ich twórczości. I tak Brzezińska, jako zapalona mediewistka, wierzy w książki i słowo pisane, podczas gdy Ćwiek zamiast książek używa ludzi z umysłami pełnymi wiedzy z określonych dziedzin. Przy okazji okazało się, że Brzezińska i Piskorski mają łatwiej – ich historie dzieją się w wymyślonych światach, nieco tylko inspirowanych miejscami prawdziwymi, więc nie muszą znać np. dokładnych odległości, tylko po prostu je zmyślić. Za to Ćwiek musi już z tym uważać, ponieważ, jak wiadomo, fandom to ludzie dociekliwi, lubiący sprawdzać najróżniejsze rzeczy i fakty, zwłaszcza gdy dotyczą ich hobby lub pasji. Ogólna dyskusja nie przyniosła jednoznacznej odpowiedzi na pytanie postawione w tytule panelu. Oczywistym wydaje się, że pewien poziom researchu jest konieczny, by powieść była realistyczna, nie traciła klimatu, a akcja miała szansę wciągnąć czytelnika. Jednocześnie przesadne i zbyt głębokie szukanie materiałów może zabić pomysł, wypalić go i zrujnować dobrze zapowiadającą się historię. Na pytanie uczestników, co zrobić, kiedy czytelnicy wytykają błędy, dobrze odpowiedział Jakub Ćwiek: JA opowiadam historię tak jak ją widzę, tak jak JA chcę.

...a po nim sobota...
Sobotę zaczęłam z pewnym opóźnieniem, bo dopiero o 11.00. Na pierwszy ogień poszła Agnieszka „nureczka” Chodkowska-Gyurcis z panelem Jak nie przekładać literatury fantastycznej. Mieszane uczucia w liczbie ogromnej. Częściowo moja wina, że nie wpadłam na to, że nie będzie chodziło o tłumaczenia angielsko-polskie, tylko rosyjsko-polskie. Do przełknięcia, temat i tak wydawał mi się ciekawy. W końcu osoba, która tłumaczyła Bułyczowa, musi mieć pewne doświadczenie i wiedzę do przekazania. Zaczęło się nieźle. Powiedziała, że na początku najlepiej określić kontekst i strategię tłumaczenia; według Chodkowskiej dobrze zacząć od przeczytania książki. Później dochodzą konkretne składowe obranej strategii i należy dokonać pewnych wyborów: czy spolszczać imiona? Co zrobić z nazwami geograficznymi? Cóż, już w pierwszym momencie mnie zatkało, bo nigdy nie pomyślałabym o spolszczeniu imion bohaterów. Dla mnie to czyn wręcz karygodny i rzecz nie do przełknięcia. Następnie mówiła o tłumaczeniu zachowań, tła kulturowego. To może być trudne i stanowi nie lada wyzwanie, wiadomo. I kolejne pytanie: czy wygładzać styl autora? I czy tłumaczenie ma być możliwie bliskie oryginałowi, czy raczej książka ma się dobrze czytać? Tutaj już zaczęła mnie z lekka krew zalewać, bo miałam ostatnio nieprzyjemność natknąć się na kilka „wspaniałych” tłumaczeń; co więcej, miałam dostęp do wersji oryginalnych. Łatwo było stwierdzić, że odbiór tłumaczeń był dużo gorszy i cięższy niż oryginałów. I złota myśl Chodkowskiej: dobrze czy źle, ale jednakowo. No błagam. Ja wiem, że konsekwencja, zarówno przy pisaniu jak i tłumaczeniu, jest ważna. Ale czy nie powinno się raczej dążyć do opcji „dobrze”, jeśli już nie „najlepiej jak potrafię”? Wyszłam przed końcem prelekcji, żeby nie wywołać ostrej kłótni. I dla spokoju własnych nerwów.
Następnie chciałam iść na Prawa ręka pisarza, czyli...? prowadzone przez Marzenę „Noe” Ponikwię. „Chciałam” to dobre słowo. Po odstaniu swojego pod aulą, razem z resztą chętnych, w końcu doczekałam się informacji, iż panel się nie odbędzie. Najwyraźniej organizatorom trudno było powiesić ogłoszenie. Bo tak. Szkoda, bo o innych odwołaniach i przeniesieniach informowano na rozwieszonych wszędzie kartkach: najwyraźniej mam pecha. I żałuję, że panel został odwołany, bo zapowiadał się naprawdę ciekawie: miałam nadzieję nabyć nowych umiejętności, zarówno jako first reader i jako osoba pisząca. Nie udało się. W ramach buntu poszłam patrzeć na młodych i przystojnych, czyli grupę Nizar w akcji i w ćwiczeniach. Nawet dałam się skusić na trochę ruchu i odkryłam, co miał na myśli Pilipiuk: walka w gorsecie i sukni (dobra, spódnicy) jest niesamowitą frajdą!

Zastanawiałam się, czy pójść na panel Logiczna analiza postaci wampira. Wampiry raczej nie należą do moich wielkich pasji, a jakiekolwiek ciepłe uczucia względem nich zabił we mnie Zmierzch. Mimo wszystko poszłam i nie żałuję. Prowadząca, Joanna „Jod” Lewandowska okazała się fajna, widać było jej wielką żywiołowość i zaangażowanie w temat. Mnie bardzo spodobał się fakt, iż nie założyła, że jest najmądrzejsza, a całość spotkania była jakby ogromną dyskusją na prawie każdy temat związany z wampirami. Prelegentka przedstawiła historię wampirów od czasów mniej więcej prahistorii i wyjaśniła, skąd się wzięły. Następnie stwierdziła, że jej zdaniem nie istnieje coś takiego jak „odgórny wampir”, czyli jedyny jego słuszny obraz, po czym przytoczyła przykłady wielu stworzeń mitologicznych, które można uznać za wampiry. Przez cały panel w użyciu był rzutnik wraz z prezentacją, która zawierała pytania, ryciny, zdjęcia i wiele innych urozmaiceń. Lewandowska omówiła również klasyczny wizerunek wampira na podstawie wyobrażeń, które powstały w tym temacie na przestrzeni lat. Czyli na przykład zęby. Zwykle chodzi o kły, ale w filmach i serialach coraz częściej widać, że to dwójki są „kłami”. Dlaczego? Proste. Żeby pokazać kły, aktor musi się uśmiechać czy też rozdziawiać, bardzo szeroko, co jest niewygodne. I głupio wygląda. Trafnie, według mnie, zauważyła, że wampirów nie powinno się nazywać nieśmiertelnymi, lecz raczej aśmiertelnymi. Przy okazji wypłynął temat sposobów uśmiercenia zębatych stworzeń i mieszania się mitów, jak na przykład tego, że wampiry są czułe na srebro i że logiczniej by było, gdyby to złoto było zabójcze. I w sumie dlaczego, skoro są takie głodne i spragnione krwi, to zawsze wysysają krew przez dwie estetyczne i równiutkie dziurki, zamiast rozszarpać ofiarę i chłeptać jej krew (moje pierwsze skojarzenie w dyskusji: jak Voldemort jednorożca)? I te wampirzyce. Dziwne i dzikie. Chodzi im głównie o krew i seks. Najczęściej przedstawiane są jako lesbijki. Kwestia wstrzelenia się w gusta, również męskie? Moim zdaniem – tak. Prowadząca przedstawiła też nader ciekawą, z mojego punktu widzenia (ach, te marzenia o nieśmiertelności), rzecz: sposoby na zostanie wampirem. Dostaliśmy pełen przegląd, włącznie ze starymi zabobonami. Z przykrością stwierdziłam, że chyba dalej nie mam szans na zostanie seksowną wampirzą lesbijką. Szkoda. Za równie ciekawe uznałam poruszenie tematu tej całej długozębnej urody. Czy po przemianie człowiek ładnieje? Znikają blizny i zmarszczki? A co z obciętą ręką, odrośnie? A jeśli się ładnieje, to do jakiego etapu? Są jakieś kanony? A co z wampirzycą przemienioną w czasach Baroku, o rubensowskich kształtach? Czy przez te lata jej wygląd by się zmieniał, by wpasowywać się w obecnie panujące kanony? Czy to znaczy, że w dzisiejszych czasach byłaby różową blacharą z tipsami? Na te i wiele innych pytań wszyscy udzielaliśmy sobie odpowiedzi (mniej lub bardziej konkretnych) i dyskutowaliśmy. Ta godzina z pewnością należała do bardziej udanych na Avie.
Goniona przez liczne zadania służbowe, musiałam wybrać ostatnią prelekcję, na której się pojawię. Planowałam wybrać się na warsztaty tłumaczeniowe, ale niestety trwały dwie godziny; musiałam odpuścić. Zdecydowałam się na Jakuba Ćwieka i jego Jak kłamać. Któż może wiedzieć o tym więcej niż autor Kłamcy? No właśnie.
Ćwiek skupił się na prawdach i mitach dotyczących kłamania. Omówił takie rzeczy jak utrzymywanie lub nie kontaktu wzrokowego, mowę ciała, a także dobór słów i tonu. Podpowiedział techniki wykrywania kłamstw, ale także tego, jak dobrze kłamać. Dodatkowo zaserwował nam lekcję poglądową o kłamstwach krótko- i długoterminowych, a także o znanym każdemu świetnie „przemilczeniu”. Doradził, żeby kłamstwa miały w sobie jak najwięcej prawdy. Po namyśle ma to dużo sensu – sama tak postępuję w chwilach wymagających ode mnie czegoś innego niż bezgranicznej szczerości. Dodatkowo wyjaśnił, czemu ludzie kłamią i co z tego wynika, jak również w jaki sposób wpływa to na samo kłamstwo. Przez cały czas trwania prelekcji miałam wrażenie, że właśnie osiągam nowy poziom rozwoju zawodowego i osobistego; do tej pory kołaczą mi w głowie słowa Ćwieka z warsztatów literackich: pisarz to kłamca. Wygląda na to, że moje marzenia nie są tak bardzo nierealne jak myślałam, skoro już umiem kłamać.

I nadszedł ten smutny moment pożegnania z konwentem. Mimo jego niedociągnięć, tego, że musiałam targać ze sobą torbę z żarciem, chciałam zostać. Uwielbiam konwentową atmosferę, a spojrzenia przemykających w okolicach budynku studentów – raz zaciekawionych, raz przerażonych – sprawiały mi autentyczną frajdę.
Żaden konwent nie obejdzie się bez smaczków, tak było i tym razem. Maciej „Dalambert” Dybowski opowiedział uroczą historię o tym, jak to się podszył pod pisarza. Szedł wraz ze znajomymi na piwo, kiedy dogonił ich młody entuzjasta fantastyki, prosząc o autograf. Zaczął mówić, jaki jest zachwycony książką Dybowskiego i że tak, przeczytał tylko jedną, ale na pewno sięgnie po kolejne. I w tych zachwytach skrócił książkę, którą przeczytał. Dybowski, wysłuchawszy historii, zapytał młodzieńca krótko i treściwie: Kim ja jestem?. Chłopak zrobił oczy jak pięciozłotówki. Towarzysząca Dalambertowi pani wyjaśniła mu, nie do końca zgodnie z prawdą, że Maciek pytał o to, kim jest młody fan. Młodzieniec uśmiechnął się z ulgą i powiedział, że na imię ma Artur. Dybowski zachował się jak dyplomata i podpisał wręczony mu informator konwentowy: Arturowi wdzięczny autor.
Jesteście ciekawi, jaką książkę czytał Artur? Ciemność płonie Jakuba Ćwieka!
Koniec? Nieeee...
Kilka dni po Avangardzie rozeszła się wieść, która mnie rozbawiła setnie, gdyż jest dowodem na siłę plotki. Fama głosi, że w trakcie konwentu trzy szesnastoletnie psychofanki, w różowych koszulkach z napisem Kuba Ćwiek spał w moim łóżku i było mu dobrze włóczyły się za Ćwiekiem. Owe koszulki bardzo go zdziwiły, bo dziewczyn w ogóle nie znał. Później zaintrygowały. A na koniec przespał się z dziewczynami. Wszystkimi trzema. Konfiguracje i pozycje pozostają nieznane, niestety.
Co jest w tym najlepsze? Na Avie byłam w towarzystwie mojej Żony Anny „Myszy” Piotrowskiej. Jakiś czas temu miałyśmy okazję gościć w naszym domu Jakuba Ćwieka i jego przyjaciela, wraz z kotami. Jako że mieszkanie małe, a gościnność zobowiązuje, Kuba spał w łóżku mojej Żony. Rano wstał i stwierdził, że dobrze mu było. Nawet kawę dostał, bo w Żonie wyjątkowo obudziły się ludzkie odruchy.
Na Avangardę moja Żona włożyła własnej roboty koszulkę z uroczym napisem: Jakub Ćwiek spał w moim łóżku i było mu dobrze (a rano zrobiłam mu kawę). A fandom rozmnożył i odmłodził moją szanowną małżonkę; mało tego, wepchnął ją w niczego nieświadome ramiona Kuby...
Zawsze wierzyłam w fandom. I w jego zdolności nadprzyrodzone...
Anna "Yenfri" Siczek


















































