Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Beowulf (2007) - okiem Lorelay

Mega-turbo-epic-heroic fantasy Beowulf

Za cokolwiek weźmie się Hollywood – efekt końcowy zawsze wygląda tak samo: patos zabija, mdły wątek romansowy zostaje wciśnięty wszędzie, choćby i nawet z kretesem psuł całkiem niezłą historię, humor przeraża prostactwem i idiotyzmem, a obraz bezwzględnie należy naszpikować do granic wytrzymałości efektami specjalnymi. Jednym słowem: Łubudu-bum-cmok-bum-bek-ojej. Tak przedstawia się jedyny słuszny i… generalnie jedyny przepis na „dobre kino” według Hollywood, stosowany dokładnie do każdej produkcji. Do tego zdążyłam się przyzwyczaić już dawno. Dlatego właśnie tak rzadko tracę mój cenny czas na oglądanie amerykańskich superprodukcji. Beowulfa z 2007 roku, w reżyserii Roberta Zemeckisa, nie mogłam sobie jednak odpuścić. Za mocno kusiło mnie, by sprawdzić jak będzie wyglądał anglosaski poemat epicki w wersji mega-turbo-epic-heroic fantasy.

Po krótkim researchu odkryłam kilka ciekawych faktów. Po pierwsze: w filmie wykorzystano innowacyjną animację motion capture. Byłam niezmiernie ciekawa co ta, dla mnie całkowicie enigmatyczna, technologia cyfrowa ma do zaoferowania widzom. Po drugie: jednym z autorów scenariusza jest Neil Gaiman, którego twórczość bardzo cenię. Przeczytawszy to nazwisko, byłam niemal pewna, że pod względem fabularnym obraz może mnie zawieść znacznie mniej, niż się początkowo spodziewałam, a historia zostanie opowiedziana w ciekawy sposób i wzbogacona o jakieś nietypowe wątki. W praktyce okazało się, że wcale nie minęłam się z prawdą – ani w kwestii hollywoodzkiego kina, ani animacji, ani kompetencji Gaimana.

Mamy tutaj przykład najbardziej typowej hollywoodzkiej produkcji z gatunku heroic fantasy. Bohater przepakowany do granic możliwości, mnóstwo efektów specjalnych, nienaturalnie wyglądające potwory rodem z gier komputerowych… Jest i romans, i kiepskie żarty w stylu „na jaja Odyna”, i miecze bez pochew trzymane za ostrza. Irytujący bywa Beowulf noszący kolczugę na gołe ciało, walczący z Grendelem zupełnie nago, czy też skaczący po belkach na suficie niczym prawdziwy ninja. Na wszystko to jednak da się bez problemu przymknąć oko, gdyż film jako całość prezentuje się naprawdę interesująco i niezwykle miło się go ogląda.

Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób została opowiedziana historia mitycznego bohatera. Beowulf jest tutaj do bólu typowym herosem w stylu conano-aragornowym. Pod względem patosu produkcja bije na głowę nawet swój epicki pierwowzór. Ogromne wrażenie robi jednak fabuła dobudowana wokół poematu, który w standardowej wersji papierowej zajmuje jedynie około stu stron. Scenarzyści stworzyli niezwykłą, magiczną otoczkę klasycznego fantasy i doskonale, z dbałością o każdy, najmniejszy nawet szczegół, wpasowali ją między fakty znane z pierwotnej opowieści. Przepięknie wykorzystali też motyw tożsamości Grendela i to z niego uknuli całą główną intrygę.

Poemat epicki przekształcono więc w typową superprodukcję fantasy. Ale, co najciekawsze, to wcale nie jest ewidentną wadą filmu. Chociaż serdecznie wymiotuję już tego typu obrazami, ten w kilku kwestiach mile mnie zaskoczył. Fabuła mitu o Beowulfie nie została zmieniona, a jedynie wzbogacona i przebrana w nowe szaty. Wszystkie wątki fantastyczne, dobudowane wokół właściwej opowieści, idealnie z nią harmonizują, sprawiają wrażenie uszytych na miarę i z aptekarską precyzją wpasowanych w całość. Uważnie śledząc tekst oryginału, można łatwo się przekonać, że ani jeden z motywów zmyślonych przez twórców filmu, nie przeczy słowom poematu. Scenarzyści wykorzystali tylko furtki, które pozostały otwarte, wykazali się wolnością interpretacji, wyłapali każdą lukę w fabule historii, zapełniając ją elementami własnej fantazji. Fakt, iż ten zabieg wyszedł produkcji na dobre, potwierdza nastrój, jaki towarzyszy widzowi od pierwszej do ostatniej chwili spędzonej przed ekranem. Dzięki rozbudowaniu i dopowiedzeniu wielu różnorodnych wątków, dodano – i tak już niezwykłej – opowieści tragizmu, dramatyzmu. Niesamowicie zagrano na uczuciach i wrażeniach odbiorcy, wywołując w nim całą paletę, zmieniających się jak w kalejdoskopie, skrajnych emocji.

To jednak nie wszystkie walory, jakie film zyskał za sprawą fantastycznej otoczki i prowadzenia „niekanonicznych” motywów. Te działania w znacznym stopniu wzbogaciły także kreacje postaci. Nie są one już tylko anonimowymi, choć sławnymi herosami bez własnej osobowości. Stały się bardziej ludzkie. Okazuje się, że czasami to właśnie fantastyka potrafi najlepiej przydać bohaterom realizmu. Paradoksalnie, poza nadnaturalnymi mocami i niezwykłą siłą, posiadają oni także charaktery, ciekawe historie, interesujące rysy psychologiczne, a nawet słabości i problemy. Nie są im zupełnie obce choroby, ból, strach, złość ani smutek.

Tyczy się to nie tylko ludzkich postaci. Również Grendel i jego matka nie zostali przedstawieni jako bezmyślne i nic nie czujące monstra. Nadano im jak najbardziej ludzkie cechy. Ich postępowanie jest konkretnie umotywowane i znajduje logiczne wytłumaczenie, poza tym to nie oni są przyczyną całego zła. Stanowią jedynie narzędzia, służące do jego rozprzestrzeniania, natomiast prawdziwym winnym jest… natura człowieka, jego sposób myślenia. Wielokrotnie, podczas oglądania filmu, nachodziła mnie refleksja, zmuszająca do zadawania sobie filozoficznych pytań w stylu: Kto tak naprawdę jest tu potworem?

Znalazło się tutaj także miejsce dla kolejnego standardu, obowiązkowo pojawiającego się w dziełach o tego typu tematyce. Konflikt pomiędzy chrześcijaństwem i pogaństwem. Jak mogłoby go zabraknąć? Owa problematyka tak mocno przylgnęła do przedstawionego w filmie okresu historycznego, że rozmaici twórcy – nie tylko w kinie, ale także na przykład w literaturze – prześcigają się w eksploatowaniu jej do granic możliwości. Zwykle prezentują go tak jednostronnie (obojętnie, na której z tych religii korzyść), że widzowi zbiera się na mdłości. W Beowulfie na szczęście uniknięto stereotypowości i schematyczności.

Film to jednak nie tylko fabuła. Jest on przede wszystkim obrazem, który ma działać na widza głównie za pomocą efektów wizualnych. Tutaj mam mieszane uczucia. Z jednej strony przepiękna animacja, bogata w niezwykle dopracowane szczegóły, zasługuje na ogromną pochwałę. Krajobrazy zachwycają, a patrząc na postaci, można czasem zapomnieć o tym, że są stworzone komputerowo. Nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, ale zapewne jest to rezultat zarówno innowacyjnej technologii, ogromu pracy i doskonałych umiejętności twórców, jak również pieczołowitości i precyzji, z jaką podeszli oni do nawet najdrobniejszych detali, widocznych na ekranie. Każdy medal posiada jednak dwie strony. W tym przypadku istnieje także ta mniej udana, przynajmniej na mój (zapewne dziwny, biorąc pod uwagę współczesne standardy) gust. Mianowicie film, jak na hollywoodzką superprodukcję przystało, został stanowczo za bardzo przeładowany efektami specjalnymi. Może innym to się podoba, ale ja czuję przesyt.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o jeszcze jednym ważnym elemencie, który towarzyszy obrazowi. Mowa tu oczywiście o muzyce. Ta, którą mogą usłyszeć widzowie Beowulfa, to prawdziwy majstersztyk. Alan Silvestri stworzył kilkanaście przepięknych utworów, z doskonałym motywem przewodnim na czele, które przydają produkcji znacznie więcej rozmachu i klimatu niż wszystkie powalające efekty, za którymi wzrok widza nie zawsze może nadążyć. To właśnie nazywa się umiejętnym budowaniem nastroju!

Mimo wszystkich zarzutów, których nie mogę przemilczeć, moje wrażenie ogólne pozostaje pozytywne. Jak na Hollywood i jego tendencje do psucia każdej ciekawej historii zbędnym wydziwianiem, Beowulf traci na uroku stosunkowo niewiele. Posiada niesamowity, baśniowy klimat i wciąż czuć w nim magię. Nie tylko tę charakterystyczną dla filmów fantasy, ale także tę właściwą, słuszną – magię opowieści o dawnych, zapomnianych czasach i ich wielkich bohaterach. Jednym słowem – twórcy wykonali naprawdę dobrą robotę. Wodze fantazji puszczono do maksimum i, chociaż konieczny poziom hollywoodzkości został zachowany, nic nie kłóci się z oryginalną wersją mitu, a widza nie korci, by rzucić w ekran czymś ciężkim.

Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta: Monika "kometa088" Pasek

Tytuł oryginału: Beowulf
Tytuł polski: Beowulf
Reżyser: Robert Zemeckis.
Scenarzyści: Roger Avary, Neil Gaiman.
Producenci: Roger Avary, Martin Shafer, Roger Roberts, Neil Gaiman, Steve Bing, Jack Rapke, Steve Starkey, Robert Zemeckis.
Muzyka: Alan Silvestri.
Zdjęcia: Robert Presley.
Montaż: Jeremiah O'Driscoll, Arthur Schmidt.
Scenografia: Doug Chiang,Norman Newberry, Greg Papalia.
Kostiumy: Gabriella Pescucci.
Dźwięk: William B. Kaplan,Tom Johnson, Dennis Leonard, Zach Martin, Clint Smith, Dennis S. Sands, Ronald G. Roumas.
Czas trwania: 1 godz. 53 min.

Obsada:

Beowulf – Ray Winstone
Król Hrothgar – Anthony Hopkins
Matka Grendela – Angelina Jolie
Unferth – John Malkovich
Wiglaf – Brendan Gleeson
Grendel – Crispin Glover

i inni.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi