Doza, nr 1/2010
Pierwszy numer Magazynu kulturalno-literackiego "Doza" prześledziłam z wielką uwagą, należną każdemu nowemu, wchodzącemu dopiero na rynek produktowi. Pismo skierowane zostało do każdego czytelnika, bez względu na płeć, wiek czy też preferencje i upodobania. Posiada kilka nietypowych cech, które zdołały naprawdę mocno mnie zaintrygować. Już na pierwszy rzut oka widać, że twórcy "Dozy" wyznaczyli sobie konkretne cele. Jeden z nich jest niezwykle ważny dla nas – fantastów.
Po to pismo powinien sięgnąć każdy, kto ma jakiekolwiek wątpliwości, czy fantastyka i główny nurt mogą współistnieć ze sobą, nie pogryźć się, a nawet tworzyć wspólnie harmonijną całość. Magazyn łączy oba gatunki w sposób bardzo naturalny, przedstawiając jako równorzędne. Jest to objaw bardzo budujący. Przyjmuję go z ogromną ulgą i radością, jako osoba będąca od wielu lat świadkiem nieustannych kłótni, potyczek, marudzenia i wzajemnego obrzucania się obelgami przez zwolenników jednego i drugiego. Inicjatywy takie jak "Doza" dają nadzieję na zakończenie tych zupełnie niepotrzebnych i irracjonalnych sporów.
Moje zainteresowanie wzbudził także drugi ważny cel, który postawiła przed sobą redakcja. "Doza" to mianowicie nie tylko kilkadziesiąt stron tekstów literackich i publicystycznych. Jest również niezwykle ciekawym przedsięwzięciem, reklamującym swoją działalność jako "profesjonalne wsparcie dla autorów", które przejawia się w dwóch aspektach – bardziej i mniej bezpośrednim. Pierwszy to krytyka, korekta, redakcja i wydawnictwo, które, jak głosi nota zamieszczona wewnątrz magazynu, oferuje ekipa "Dozy". Ponadto sama zawartość pisma w sporej części adresowana jest do młodych pisarzy i osób dążących do debiutu literackiego.
Już okładka wydaje się bardzo sugestywna. Przedstawia steampunkowy wizerunek pisarza przy pracy. Grafika urzeka pomysłowością, stylem wykonania, ale przede wszystkich jest do tego stopnia adekwatna do treści, że ciężko mi sobie wyobrazić inną, która mogłaby ją zastąpić. O tej idei "Dozy" wspomina także redaktor naczelny – Piotr Sender – w słowie wstępnym. Porównuje również magazyn do granatu, który z pewnością wypali. Postanowiłam więc przekonać się, czy od samego początku jest na dobrej drodze do osiągnięcia takiego efektu.

Numer otwiera artykuł o równie sugestywnym tytule – "Zanim wyślesz komuś swój tekst..." – autorstwa Władysława Zdanowicza. Jak nietrudno się domyślić, dotyka on tematu przewodniego "Dozy". Błyskotliwy, pisany z humorem, zawiera mnóstwo konkretnych i praktycznych porad dla przyszłych pisarzy. Z pewnością przydadzą się każdemu, kto planuje podjąć próbę zaistnienia na polskim rynku wydawniczym. Z radością przyjęłam zapowiedź autora, dotyczącą kolejnych tekstów z tej serii. Już teraz wiem, że będę śledzić je z prawdziwą przyjemnością.
Moim zdecydowanym faworytem jest jednak "Płodozmian" Romualda Pawlaka. Stanowi najlepsze potwierdzenie postawionej wyżej tezy, wedle której fantastyka i nurt główny nie muszą ze sobą walczyć. W tym właśnie duchu autor serwuje młodszym kolegom po fachu kolejną porcję dobrych rad. Skupia się przede wszystkim wokół tematu gatunków literackich oraz ich niejednorodności. Prostym, zrozumiałym dla każdego językiem, zaprawionym jednocześnie zdrową dawką humoru, objaśnia interesujące i nie do końca oczywiste zasady rządzące zawodem pisarza.
Wśród tekstów publicystycznych miłośnicy fantastyki znajdą dla siebie także coś specjalnego. Felieton Piotra Sendera, zatytułowany "Zabójcza Wyobraźnia", to coś w rodzaju psychologicznego portretu tychże, przedstawionego w zabawny, nieco przekoloryzowany i karykaturalny sposób. Autor rozprawia o wyobraźni i jej wpływie na codzienne życie człowieka. Dowcipnie ukazuje też tendencyjne zachowania współczesnych fantastów. Niewątpliwymi zaletami artykułu są ciekawe spostrzeżenia, trafne wnioski i zgrabny, dobrze wyważony język.
W "Dozie" pojawia się także tekst dotyczący filmów grozy – "Ludzie źli" Tomasza Toniemasza. Podejmuje próbę odpowiedzenia na pytanie: "Dlaczego właściwie oglądamy horrory?". Autor o interesującym pseudonimie poruszył zjawisko zainteresowania kinem grozy z dość nietypowego punktu widzenia – psychologiczno-społecznego. Artykuł nie jest jednak przeintelektualizowany. Wprost przeciwnie, czyta się go niezwykle lekko i przyjemnie.
W magazynie kulturalno-literackim nie mogło zabraknąć także opowiadań. Tutaj również fantastyka i nurt główny zaistniały obok siebie, nie rzucając się sobie do gardeł. Tym razem jeden z trzech tekstów to reprezentant "naszego" gatunku. Niemniej wszystkie przeczytałam z zainteresowaniem i każdy z nich wywarł na mnie podobne wrażenie. Ich poziom okazał się porównywalny – może nie zachwycający, ale z pewnością dostatecznie wysoki. Coś dla siebie znajdą czytelnicy o zróżnicowanych upodobaniach i gustach. "Będę szczęśliwa", Magdaleny Witkiewicz, to ciepła, przyjemna historia z nurtu typowej literatury kobiecej. Osobiście niewiele takowej czytuję, jednak to opowiadanie nie rozczarowało mnie trywialnością i banałem jak inne, tematycznie podobne, z którymi miałam okazję się zetknąć. Autorka posługuje się też bardzo przyzwoitym językiem, zachęcającym lekkością. "Masaj Jakaya", autorstwa Jerzego Reutera – osadzony w realiach współczesnej Afryki – nastroił mnie pozytywnie. Fabuła i pomysł pozostawiły pewien niedosyt, nie zostały rozwinięte w stopniu zadowalającym, jednak urzekł mnie sposób odmalowania świata przedstawionego. Honoru fantastyki bronił natomiast Bogdan Wiśniewski i jego "Zanim obudzi się dzień". Uważam, że udało mu się to doskonale. W historii, którą zaprezentował, zgrabnie przeplata się wątek kryminalny, popularna w ostatnim czasie "fantastyka militarna", pomysłowe i solidne science fiction oraz sentymentalno-nostalgiczny nastrój. Atutem są także opisy, jednocześnie precyzyjne, przystępne w odbiorze i malownicze.
"Doza" nie boi się również poezji. Nie należę do wybitnych miłośników tego rodzaju literackiego, zwłaszcza w wydaniu nowoczesnym. Tu na szczęście nie znalazłam pseudoabstrakcyjnego stylu, charakterystycznego dla wielu współczesnych poetów. Wybrano wiersze różniące się nastrojem, formą oraz tematyką, które jednak łączy cecha wspólna – są łatwo przyswajalne dla przeciętnego czytelnika, nawykłego głównie do prozy. Mnie osobiście najbardziej przypadły do gustu utwory Marty Góral – pełne trafnych metafor w klimacie futurystycznym, dotykające aktualnej, nie przesadnie wymyślnej czy wzniosłej problematyki, oraz seria zabawnych, dowcipnych epitafiów w wykonaniu Macieja Gardziejewskiego. Te ostatnie wywarły na mnie naprawdę ogromne wrażenie dzięki mocnym i wyrazistym treściom zamkniętym w króciutkiej, prostej formie.
Magazyn zajmuje się jednak nie tylko literaturą i wcale nie świadczy o tym wyłącznie jego nazwa. Można tu znaleźć również sporo interesujących tekstów dotyczących filmu oraz muzyki. Wśród nich warto wyróżnić "Strzeżcie się mgły" Wojciecha A. Rapiera, który przypomina o jednym ze starych, kultowych horrorów. Na pochwałę zasługuje, według mnie, fakt, że pismo zajmuje się nie tylko nowościami rynkowymi, ale także tymi pozycjami, które jak pisze autor artykułu, można znaleźć "w koszach z tanimi filmami we wszystkich supermarketach na terenie kraju". W podobnym klimacie "retro" utrzymana jest także pierwsza część cyklu Dariusza S. Jasińskiego, "Muzyka przełomu systemów". Tekst stanowi recenzję wspominkową albumu "Europa i Azja" grupy Sztywny Pal Azji. Urzekł mnie głównie ze względów sentymentalnych, gdyż traktuje o muzyce mojej własnej wczesnej młodości, wciąż budzącej we mnie silne emocje. Do ciekawszych artykułów pozaliterckich należy zaliczyć również wywiad z zespołem "Lustro". Z jego członkami rozmawia także Jasiński. Porusza nie tylko w temat samej muzyki, ale również tekstów, które zdaniem pytającego "dotykają mrocznych zakamarków umysłów" oraz... literatury.
Nie brakuje działu krytyki. Redaktorzy oceniają płyty muzyczne, filmy oraz książki. Tutaj spotkało mnie także miłe zaskoczenie. Zwykle rubryki zwane "recenzjami" w czasopismach papierowych (niestety, te dotyczące fantastyki są bardzo dobrym przykładem) ograniczają się do niezbędnego minimum – streszczenia w kilku zdaniach treści oraz przedstawieniu równie krótko subiektywnej opinii autora. Są pobieżne i mało konkretne. Brakuje im rzetelności, wnikliwości i drobiazgowości, którymi recenzja powinna się charakteryzować. W przypadku "Dozy" jest inaczej. Tym tekstom poświęcono stosunkowo dużo miejsca, co niewątpliwie wyszło im na dobre.
Na koniec wspomnę jeszcze o czarno-białej kolorystyce "Dozy", która także bardzo pozytywnie wpływa na jej odbiór. Potęguje wrażenie profesjonalizmu, wysokiego poziomu merytorycznego, sugeruje, że magazyn nie jest przesadnie komercyjny i skupia się na konkretnej treści, ściśle związanej z profilem jego działalności. Czytelnika nie rozpraszają rzucające się w oczy jaskrawe barwy. Oprawa graficzna wykonana przez Natalię Likas i Piotra Radziuna utrzymana jest w dobrze dopasowanym klimacie i doskonale harmonizuje z treścią. "Doza" wydana została również na dobrym jakościowo, mocnym, a co najważniejsze matowym papierze. Śliska faktura zwykle wywołuje we mnie niesmak, budzi skojarzenia z zupełnie innym rodzajem czasopism. Wszystkich tych walorów dopełnia cena – w zestawieniu z obszernością, poziomem zawartości oraz porządnym wydaniem – niska.
"Doza" zaskoczyła mnie. Okazała się interesującą i naprawdę wyjątkową w założeniach, a przede wszystkim potrzebną, inicjatywą. Ten granat ma, według mnie, spore szanse wypalić. Redakcji pisma szczerze życzę, by tak się stało. Kolejny numer przeczytam z chęcią. Tym razem nie będzie on już pierwszy, a ja wiem czego się po nim spodziewać. Stawiam więc twórcom naprawdę wysoką poprzeczkę i mam nadzieję, że mnie nie zawiodą.
Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

















































