Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Nowa Fantastyka nr 01 (352) 2012

Styczniowy numer „Nowej Fantastyki” jest poświęcony przede wszystkim dziełom przeznaczonym dla młodego odbiorcy. I doskonale, bo przecież w ostatnich latach polski (i nie tylko) rynek przeżywa prawdziwy boom na tzw. young adulty. Temat przybliża już naczelny Jakub Winiarski w swoim słowie wstępu. I robi to w sposób bardzo dobitny, za pomocą gombrowiczowskiej metafory, przytaczając istotne, jakże trafne spostrzeżenia.

Motyw przewodni numeru rozwija Marcin Zwierzchowski w swoim artykule pt. Fantastyka młodnieje. Jak dobrze przeczytać obszerny, zgrabnie skomponowany tekst, udowadniający, że literatura młodzieżowa to nie tylko twory zmierzchopodobne! Autor podaje mnóstwo przykładów poczytnych książek z nurtu young adult, które prezentują, niższy lub wyższy, ale przynajmniej jakiś poziom. Wiele z nich to dzieła ambitne, traktujące poważnie młodego czytelnika. To naprawdę budujące, że w dobie paranormal romance nasze nastolatki nadal mają ochotę sięgać po dostosowane do swojego wieku pozycje z gatunku fantasy, sf czy też horroru. Zwierzchowski spróbował także przyjrzeć się samemu zjawisku rozwoju i wzrostu popularności young adultów, wskazać jego zalety. Fantastyka młodnieje to mój zdecydowany faworyt wśród publicystyki styczniowej „Nowej Fantastyki”.

Chociaż… omawiany wyżej tekst ma poważnego konkurenta – Para buch, koła w ruch Bartosza Czartoryskiego. Artykuł traktuje o przeżywającym właśnie swój rozkwit, niezwykle ciekawym i naprawdę oryginalnym nurcie nie tylko fantastyki, ale i ogólnie popkultury. Chodzi oczywiście o steampunk. Sama jestem zagorzałą fanką tej estetyki, która z napływem kolejnych dzieł, wciąż nie przestaje mnie fascynować. Dzięki Czartoryskiemu mogłam dowiedzieć się więcej na temat genezy gatunku, a także otrzymałam wykaz literatury i produkcji filmowych. Nie ze wszystkimi miałam do tej pory okazję się zapoznać. Chętnie nadrobię.

Pojawił się także nowy tekst z, uwielbianej przeze mnie, serii „z lamusa”. Tym razem jednak Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz uraczyli mnie zupełnie innego rodzaju materiałem, niż ten, do którego wcześniej mnie przyzwyczaili. Tytułowym „propagandzistą z lamusa”, czyli bohaterem artykułu, jest Maciej Wierzbiński. Większość czytelników zapewne kojarzy to nazwisko wyłącznie z założycielem pierwszego poznańskiego klubu wioślarskiego. A kto z Was zdawał sobie sprawę, że ten sam człowiek to także twórca najstarszych historii alternatywnych? Ja nie miałam o tym pojęcia. Dlatego kolejny tekst Haskiej i Stachowicza znów przeczytałam z zapartym tchem. Jak to dobrze, że ktokolwiek ma ochotę poruszać tego typu tematy i dzielić się ciekawą wiedzą, do której przeciętny współczesny odbiorca z pewnością nie dokopałby się na własną rękę, ponieważ zwyczajnie nie wpadłby na taki pomysł.

Z tego co zauważyłam, gościem specjalnym styczniowego numeru pisma jest Joseph Delaney, autor popularnej serii dla młodzieży Kroniki Wardstone. Już Marcin Zwierzchowski w swoim artykule poświecił sporo miejsca dziełom tego pisarza, a w dziale prozy znajdują się aż dwa jego opowiadania. Co więcej, zamieszczono również dość obszerny wywiad z twórcą postaci stracharza. Początkowo pytania ciekawią, są nieszablonowe i oryginalne. Pod koniec Jerzemu Rzymowskiemu najwidoczniej zabrakło inwencji twórczej, gdyż ostatnie poruszone zagadnienia wydały mi się już zdecydowanie bardziej oklepane. Delaney odpowiada jednak interesująco i z powalającą szczerością. Tę rozmowę czyta się naprawdę bardzo przyjemnie.

Dużym plusem „Nowej Fantastyki” niezmiennie jest zróżnicowanie w dziale prozy. Opowiadania zazwyczaj prezentują rozmaity poziom, tematykę i klimat. Tym razem jest lepiej niż zwykle – dwa ostatnie się zgadzają, pierwsze natomiast pozostaje stosunkowo wyrównane. Nie ulega wątpliwości fakt, że wśród pięciu naprawdę dobrych tekstów, każdy czytelnik może znaleźć coś dla siebie.

W temat przewodni numeru idealnie wpasował się Felix, Net i Nika oraz Wędrujące Samogłoski Rafała Kosika. Tutaj jednak na miłośników cyklu powieściowego czeka nie lada niespodzianka. Gwarantuję, że zdziwienie fanów będzie ogromne! Dla mnie natomiast było to dopiero pierwsze spotkanie z tymi bohaterami i… wiem już, że będę je wspominać pozytywnie. Opowiadanie czyta się lekko i przyjemnie, kojarzy się optymistycznie i pozostawia po sobie miłe wrażenie. Zabawna komedia pomyłek w otoczce lekkostrawnego science fiction, która trafia do odbiorcy w każdym wieku – młodego uczy i fascynuje, dojrzałego natomiast bawi i odpręża. Nie mogę jednak nie wspomnieć o mankamencie, który nie zepsuł mi wprawdzie przyjemności z lektury, ale momentami bardzo irytował. Mianowicie znalazłam w tekście kilka istotnych błędów logicznych w kwestiach kluczowych dla fabuły.

Drugim opowiadaniem polskiego autora, a zarazem jedynym w całej styczniowej „Nowej Fantastyce” przedstawicielem typowo „dorosłej” prozy jest Krypta Dnia Sądu Ostatecznego (cztery hasła ze słownika postaci literatury nieznanej). O ile ten utwór można nazwać opowiadaniem… Wbrew pozorom nie jest to jednak zarzut! Filip Haka stworzył bowiem niezwykle oryginalną, całkowicie nietypową formę, z którą spotkałam się wprawdzie już wcześniej, ale… u tego samego autora. Opowiada on ciekawą i spójną historię za pomocą odrębnych opisów każdego z czwórki bohaterów z osobna, sporządzonych w formie… haseł z nieistniejącego słownika postaci literackich. Pomysł – bardzo innowacyjny. Wykonanie – rewelacyjne. Mimo tej dziwaczności i inności sposobu przekazu fabuła wciąga, a możliwość samodzielnego poskładania jej fragmentów, niczym umyślnie porozrzucanych puzzli, w jedną sensowną całość stanowi dla wymagającego czytelnika doskonałą rozrywkę intelektualną. Ja to kupuję! Bez dwóch zdań!

Jak już wcześniej wspominałam, gościem specjalnym tego numeru jest niewątpliwie Joseph Delaney. W prozie zagranicznej aż dwa z trzech tekstów są jego autorstwa. Pierwszy – Opowieść stracharza – należy do tych opowiadań, które z nieudawaną chęcią i przyjemnością czyta się własnym dzieciom. Wartka akcja, interesująca (chociaż wcale nie wybitnie oryginalna) fabuła, bohaterowie, których nie sposób nie lubić, ładny język oraz atmosfera lekkiej grozy, podanej w odpowiedniej dla młodego czytelnika formie – to wszystko elementy dobrze opowiedzianej historii, które tekst Delaneya niewątpliwie posiada. Autor udowodnił, że niekoniecznie trzeba wykazać się nie wiadomo jaką innowacyjnością, aby napisać coś, co spodoba się odbiorcom.

Drugi tekst tego samego pisarza – Wiedźma zabójczyni – jest zupełnie inny od poprzedniego. Towarzyszy mu mroczniejszy i bardziej ponury klimat, a bohaterka to postać trudniejsza do zrozumienia, złożona i nieszablonowa. Opisy są tu brutalniejsze i bardziej plastyczne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to opowiadanie zostało stworzone z myślą o innym typie czytelnika niż Opowieść stracharza. Pierwszy utwór kojarzy mi się ewidentnie z literaturą dziecięco-młodzieżową, drugi natomiast kryje w sobie zbyt wielką siłę przekazu i bardzo dosadny rodzaj grozy, które to cechy powinny (przynajmniej według mnie) pozostać zarezerwowane dla dorosłych.

Jest jeszcze Eliminacja Roberta Reeda. Prosty język oraz atrakcyjna forma przekazu, a jednocześnie trudna, wymagająca i złożona problematyka – czyli coś dla starszej młodzieży. Mimo wieku bohatera (około czternaście lat) zakwalifikowałabym ten tekst do kategorii 16+. Z tym, że ów plus oznacza ewidentny brak górnego ogranicznika. Dlaczego? Ponieważ opowiadanie było w stanie zachwycić również mnie – osobę, której ostatnia „nastka” minęła już bezpowrotnie naprawdę spory kawałek czasu temu. Ujęło mnie ono przede wszystkim bogactwem świata przedstawionego – zawsze wydawało mi się, że w tak krótkiej formie (zaledwie 5 stron!) nie da się tak wyraźnie i dokładnie zakreślić realiów uniwersum sf – a także przewrotnością i nieprzewidywalnością fabuły. Zdecydowanie polecam lekturę, a sama czuję się zachęcona do zapoznania z inną twórczością tego amerykańskiego pisarza, gdyż nigdy wcześniej nie miałam okazji się jej przyjrzeć.

Po opowiadaniach przyszedł czas na felietony. Większość autorów mnie zaskoczyła – jedni pozytywnie, inni niekoniecznie. Zacznę więc może od tych pozytywnych wrażeń.

Mile zadziwił mnie Łukasz Orbitowski, któremu ostatnio notorycznie zarzucałam przegadanie i skupienie bardziej na własnej osobie, niż na opisywanych filmach. Czyżby przeczytał te słowa i wziął je sobie do serca? A może nie tylko ja wyrażałam tego typu opinie? W każdym razie, diametralnie zmienił podejście. I bardzo dobrze, bo dzięki temu znów jestem urzeczona jego stylem. Z felietonu zatytułowanego Drugie życie Rhody Williams emanuje szczery zachwyt nad omawianym obrazem – Druga Ziemia. Doskonały przykład na tekst skutecznie zachęcający do zapoznania się z dziełem, które w normalnych warunkach mogłoby wcale nie zwrócić uwagi odbiorców. Jeżeli Orbitowski chciał przekonać widzów, że warto sięgnąć po Drugą Ziemię – zrobił to po mistrzowsku.

Drugi felieton, który pozytywnie mnie zaskoczył to Bohater z przypadku. Jakub Ćwiek zmienił nie tylko zdjęcie, którym tekst został opatrzony (w dodatku na to nowe o wiele przyjemniej się patrzy), ale i ton wypowiedzi. Zapewne dlatego, że wcześniejszy cykl został zastąpiony nowym, a przynajmniej wszystko na to wskazuje. Przyznam bez bicia, że nadal nie wiem ile w tym, co pisze autor jest prawdą, a ile standardową podpuchą. Jednak w odróżnieniu od poprzednich artykułów, wcale nie muszę być tego świadoma, by dobrze się bawić podczas lektury. Felieton jest zgrabnie napisany, a tematyka zdołała mnie zaciekawić. Ćwiek odstąpił od jajcarskiego opisywania dzieł, które nigdy nie powstały i skupił się na analizie zjawiska popkulturowego. O ile pierwsza seria odznaczała się niebanalnym pomysłem, sądzę, że druga jednak jest łatwiejsza do ogarnięcia dla szerszego grona odbiorców, nie zaś wyłącznie dla osób posiadających w głowie obszerny wykaz faktów dotyczących całego mnóstwa popularnych dzieł.

Zawiedli mnie natomiast autorzy, których teksty z poprzednich numerów „Nowej Fantastyki” najbardziej chwaliłam. Przede wszystkim chodzi mi o Petera Wattsa. Jego Granice dyskusji przypadły mi do gustu znacznie mniej niż wcześniejsze artykuły, które publikował na łamach pisma. Ten zdecydowanie mnie nie zachwycił. O ile na początku bawiły mnie skrajnie ateistyczne i racjonalistyczne wywody, o tyle teraz zaczynam być już nimi zmęczona. Felieton stracił tę swoją specyficzną uszczypliwość i umiejętnie użyty cynizm, wyrażany w bardzo mocnych i dobitnych słowach. Tutaj ów styl jest zdecydowanie mniej widoczny. A szkoda, bo to właśnie on tak mnie urzekał i stanowił najbardziej charakterystyczny element artykułów tego autora. Co pozostało? Skrajny ateizm i naukowy racjonalizm właśnie. Nie żeby było w tym coś złego, ja wolałam jednak poprzednie teksty Wattsa, pikantniejsze i bardziej odkrywcza. Poza tym… poglądy poglądami – każdy ma własne, ale nadawanie w kółko na to samo kopyto z czasem zwyczajnie się nudzi.

O ile felieton Wattsa uznałam za mało odkrywczy, to z Rafała Kosika powinnam zacząć drzeć pasy. Dlaczego? Ponieważ czytając jego Poglądy alternatywne nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że z podobnymi wnioskami spotkałam się już wcześniej. I to niejednokrotnie. Zapoznawało mnie z nimi wiele razy całe mnóstwo autorów publicystyki i prozy w klimatach sf. W dodatku… ładnych kilka, a może nawet kilkanaście lat temu. Co więcej, autor przechodzi leniwie do meritum dopiero po spłodzeniu 1/3 tekstu, w której rozwodzi się na temat imprez rodzinnych i własnego kuzynostwa. Szczerze współczuję rodziny zainteresowanej wyłącznie polityką (nie żebym nie miała powodu narzekać na swoją!), ale nie sądzę, by czytelników pisma interesowały tego typu problemy felietonisty, zajmujące miejsce, w i tak krótkim artykule, które z powodzeniem można by poświęcić na rozwinięcie omawianego tematu.

Na koniec zostawiłam natomiast autora, który nie zdążył mnie jeszcze ani mile zaskoczyć, ani rozczarować. Z prostego powodu – ponieważ poprzedni numer „Nowej Fantastyki”, w którym jako felietonista debiutował Michael J. Sullivan, omawiał inny redaktor. Dla mnie jest to pierwsze spotkanie z Radami dla piszących wyżej wymienionego pana. Wrażenia z lektury – pozytywne. Przesądza o tym kilka cech tekstu enigmatycznie zatytułowanego Kto, co i gdzie. Przede wszystkim Sullivan nie wciska swoich mądrości z punktu wszechwiedzącego eksperta – odgrywa raczej rolę bardziej doświadczonego kolegi po fachu, któremu udało się już odnieść pierwsze sukcesy i dzięki temu może on podsunąć kilka praktycznych wskazówek tym, znajdujących się w nieco bardziej odległym punkcie tej samej drogi. Porusza kwestie kluczowe i czyni to w przystępny i przejrzysty sposób. Podaje konkretne, trafne przykłady. Używa prostych metafor, które sprawiają, że tekst staje się bardzo obrazowy. Takie rady naprawdę mogą przydać się osobom, usilnie starającym się pracować nad swoim warsztatem pisarskim.

Miły, i właściwie jedyny (co bardzo mnie zdziwiło), noworoczny akcent wprowadził Jerzy Rzymowski, który w tytule swoich zapowiedzi złożył czytelnikom okolicznościowe życzenia. Po entuzjastycznym, wprowadzającym w dobry nastrój wstępie, redaktor „Nowej Fantastyki” polecił kilka tytułów książek oraz filmów. Na niektóre z nich z pewnością zwrócę uwagę. W szczególności przekonał mnie do kinowego Kota w butach i nowej powieści z serii patronowanej przez pismo – Dzieci demonów J.M. McDermott. Osobiście czekam także na, otwierające ciekawie zapowiadającą się trylogię, WWW: Przebudzenie Roberta J. Sawyera. Nie rozumiem jednak zachwytu Rzymowskiego nad kolejną produkcją z serii Underworld, której poprzednie części uważam za gnioty jakich mało. Warto zwrócić uwagę także na polecane wydarzenie – Konferencję LARP-ową, która ma się odbyć we Wrocławiu w połowie bieżącego miesiąca. Z opisu wnioskuję, że może okazać się prawdziwą gratką dla miłośników Live Action Role Playing.

Dział recenzji książkowych obfituje w bardzo wysoko oceniane pozycje. Do części z nich redaktorom udało się mnie przekonać, do innych nie. Do lektury części z omawianych pozycji wcale nie potrzebowałam zachęty. Znalazło się też kilka tytułów, na których recenzenci nie pozostawili suchej nitki, po te jednak sama również bym dobrowolnie raczej nie sięgnęła.

W kinie, z tego co widzę, kiepsko. Na DVD jeszcze gorzej. Mimo iż Marcin Zwierzchowski usilnie próbuje przekonać czytelników pisma, że Przed świtem to w gruncie rzeczy wcale nie taka zła produkcja, ja nadal bardziej wierzę mojemu redakcyjnemu koledze – Krystianowi „Anansiemu” Citowickiemu, który ocenia ten film znacznie bardziej surowo. Inne, przedstawione w tym numerze, obrazy także nie zaciekawiły mnie na tyle, by chciało mi się wyłuskać trochę cennego czasu na wycieczkę do kina lub stawiać na półkę kolejną płytę, która najpewniej wylądowałaby w śmietniku w chwili, gdy osiadłoby na niej zbyt wiele kurzu.

Czuję się za to zmotywowana do zakupu pierwszego zeszytu z nowej komiksowej serii o córce Thorgala – mojego ukochanego bohatera z wczesnej młodości. Sama jestem tym faktem zaskoczona, gdyż zarzekałam się, że za nic nie sięgnę po „Thorgala, w którym za mało Thorgala”. Waldemarowi Miaśkiewiczowi udało się mnie jednak przekonać. Gorzej poszło już Pawłowi Deptuchowi. Mimo iż zachwala on pod niebiosa kolejne przygody Funky’ego Kovala, jego peany nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Cóż, po prostu nie moje klimaty i tyle.

Jest też recenzja gry Star Wars: The Old Republic, będę jednak szczera: nie zmusiłam się do jej przeczytania. I tak nic bym nie zrozumiała i nie była w stanie wyrazić swojej opinii na temat zarówno produkcji, jak i tekstu. Nie grywam w gry komputerowe, nigdy tego nie robiłam i uważam się za skrajnego laika w tym temacie. Po co więc miałabym udawać przed moimi czytelnikami, że wiem o czym piszę?

Pojawiła się także wzmianka o serialu telewizyjnym. Fani Star Trecka z pewnością będą bardzo zadowoleni, mogąc oglądać Enterprise dwa razy w tygodniu za pośrednictwem stacji AXN sci-fi. Ja jednak do nich nie należę, dlatego uczciwie przyznam, że jedynie pobieżnie prześledziłam tekst wzrokiem.

A teraz czas na ciosanie kołków. Wciąż jestem niezadowolona z poziomu korekty „Nowej Fantastyki”. W artykułach i opowiadaniach pojawiają się nie literówki czy zagubione przecinki, ale okrutne babole językowe! Błędy typu: „wydaje się być” czy też „przekonywujące” naprawdę nie osładzają lektury.

Na sam koniec zostawiłam sobie okładkę pisma. Dlaczego? Ponieważ jest elementem najmniej godnym uwagi. Nie mam pojęcia co grafika z gry Star Wars: The Old Republik może mieć wspólnego z fantastyką młodzieżową… Rozumiem – marketing, rozumiem – reklama, ale jeżeli numer posiada temat przewodni, sądzę, że jednak to, co potencjalny nabywca widzi na pierwszy rzut oka, powinno jakkolwiek do owego motywu nawiązywać.

Podsumowując: nie każdy numer jest w stanie zadowolić każdego czytelnika. Styczniowy, mimo niedociągnięć i kilku mniej interesujących elementów, na pewno zadowolił mnie. Ale jak wiadomo, gusta są różne. Najlepiej więc przekonać się samemu.

Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta: Marta „Nubia” Porwich, Monika „Katriona” Doerre

Odpowiedzi

portret użytkownika Nubia

Apropos redaktora

Apropos redaktora Rzymowskiego - na kolokwium z literatury powszechnej miałam wypisać nazwiska badaczy. Nie mogąc sobie żadnego przypomnieć, wymieniłam nazwisko Jerzego Rzymowskiego. Jakiś czas później czytając "Nową Fantastykę" olśniło mnie, jakąż to gafę palnęłam ;]

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi