Nowa Fantastyka nr 02 (353) 2012
Los bywa okrutny. Możecie oczywiście uznać te słowa za nie na miejscu we wstępie do omówienia kolejnego numeru „Nowej Fantastyki”, ale zaprzeczenie im jest z góry skazane na niepowodzenie. Miesiąc temu łamy Efantastyki przyozdobiła pierwsza recenzja opisywanego miesięcznika, mojego autorstwa, i nawet przez myśl mi wtedy nie przeszło, że omawianą odsłonę otrzymam nie z rąk ukochanej żony, a poprzez słynną na cały kraj, a nawet dalej, nieomal legendarną instytucję o nazwie Poczta Polska. Nie dziwnym jest więc to, że siadając do lektury miałem lekko wspominkowy nastrój, który z czasem zaczął zabierać mnie w czasie i przestrzeni do wszystkich wspólnych chwil. Zastanawiałem się, co też zgotuje mi trzymany w ręku egzemplarz. Może czasopismo będzie dużo ciekawsze niż grudniowy numer i miło zajmie godziny wypełnione czekaniem? Warto spróbować. Owszem, czemu nie, wszak wilkowi też należy się.
Nie burząc ustalonego od wieków porządku rzeczy, bardzo często ocenia się na pierwszy rzut oka, czyli po okładce. Jest ona jednocześnie ubiorem i makijażem. Sprawia wrażenie lekko schizoidalnej, przywodząc na myśl wizje po grzybach halucynogennych. Nie, brak mi uprzedzeń do młodych artystów, którzy wpatrują się rozmarzonym, nieobecnym wręcz wzrokiem w nagą istotkę, przywodzącą na myśl jedno z wyobrażeń germańskiego elfa. Ta jest mniejsza od trzymanego przez chłopaka pędzla, oczywiście przymusowo naga, co sprzyja eksponowaniu kobiecych – tutaj konkretnie, jak na mój gust, dziewczęcych – piersi. Sama kolorystyka jest jasna i przyjemna, przyjazna. Nadaje to wszystkiemu bajkowego wyrazu, co raduje, zmęczone różnorakim sci-fi, oko. Poza tym percepcji, zasypywanej treściami, narzuca się sporawy napis „Najlepsi z www.fantastyka.pl”. Niemniej jednak moją uwagę o wiele bardziej przykuła zamieszczona na okładce reklama powieści „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”.

Pierwszy, w długiej kolejce czekających na mnie z wytęsknieniem artykułów, mających za zadanie przykuć mą uwagę, zaciekawić treścią, a być może wywołać jakieś konkretne emocje, był felieton Jakuba Ćwieka. Sam tytuł, brzmiący wdzięcznie „Atak Klonów (polska odpowiedź)”, nasuwał różnorakie skojarzenia, będące obietnicą czegoś intrygującego. Poruszony został temat, panującej i wysoce drażniącej, mody marketingowej na nazywanie każdego, kto ma w swoim dorobku literackim coś dobrego, „drugim Gaimanem”, czy innym „polskim Kingiem”. Cóż, mogę tutaj przyłączyć się do dezaprobaty względem tego zjawiska. Czy spotkam się kiedyś z sytuacją, gdy ktoś wyda powieść o walce elfów z, dajmy na to… Turmaenilu, przeciwko gigantycznej armii orków pod wodzą… niech mu będzie… Gungolsha, o władzę nad Norny tylko wiedzą jaką, fantastyczną krainą, mogącą mieć nawet kretyńską nazwę, o równie głupim tytule (wpadł mi do głowy „Przedsionek Klozetu”), i zostanie okrzyknięty drugim Tolkienem!?
Po Ćwieku i jego klonach miałem wielką i nieskrywaną przyjemność wrócić do najmłodszych lat. Jako człowiek, który właściwie nie miał dzieciństwa nie mogę powiedzieć, żebym właśnie do niego się cofnął. Zrozumiałe, prawda? „Ekran pełen baśni” Jerzego Rzymowskiego to napisany fachowo i z klasą tekst o tym, jak klasyczne historie ewoluowały na ekranach kin i telewizorów. Tylko dlaczego taki temat, skoro wkoło pełno dopiero co wylazłych z grobu truposzczaków, o przerośniętych kłach i obsypanych toną połyskującego brokatu? Ponieważ, jak zostajemy poinformowani, moda na te przeraźliwie chude i blade kreatury właśnie mija! Nareszcie! Rogi w górę! Graj muzyko! Świętujmy wszyscy! Już dobrze, najpierw skończę tutaj. Dopiero potem, korzystając z pory, przedzierzgnę się w wilcze futro i ruszę do lasu. Póki co, pragnę bardzo zachęcić do lektury tego artykułu, w wartościowy sposób przedstawiającego historię wytwórni i tytułów, które mogłyby zostać uznane za kanon baśni filmowej. Do rozpaczy doprowadziła mnie natomiast wieść, że za ten gatunek zabrała się Catherine Hardwicke. Bogowie, dlaczego?
Pozwólcie mi, proszę, pominąć „Smoki niebanalne” niejakiego Artura Szrejtera. Mogę tylko obiecać, że jeszcze do nich wrócę w dodatkowym, bonusowym, tekście. Zbrojnie zresztą, jeśli ta świadomość ma osłodzić Wam oczekiwanie.
Film dalej nas nie opuszcza. Tym razem stajemy naprzeciw kiczowi w całej jego krasie. Tak więc do broni! Ponownie przyjdzie bić się z atakującą z ekranu durnotą, jak to było już uczynione z pewnym „Beowulfem – pogromcą ciemności”! W ten bojowy nastrój (nie patrzcie tak na mnie, naprawdę mam na włóczni dżem truskawkowy, a to ciało reżysera to nie ja) wprawił mnie artykuł o wytwórni filmowej Asylum, zatytułowany „Azyl dla kiepskich filmów”. Mateusz Albin przybliża wszystkim zainteresowanym historię produkcji rzeczonej firmy, będących tak naprawdę najzwyklejszymi pasożytami, niczym pijawki ssące pieniądze z portfeli dzięki podobieństwu, jakże złudnemu, do kinowych superprodukcji. Teraz już wiem czyim dziełem jest znacząca część tych wszystkich tanich szmir, nadających się chyba tylko na wieczorki przy piwie, oby jak największym swoją drogą, chociaż znam o wiele przyjemniejszy sposób zagospodarowania wolnego czasu. Przy okazji, rzeczony artykuł nie tylko bawi, ale i kształci. Po jego lekturze wielu z Was stwierdzi zapewne fakt poznania i zrozumienia nowego, obcojęzycznego słówka. Co więcej, przewartościowaniu ulegają pojęcia takie, jak „gniot”, czy choćby „nie wart wydania nań pięciu złotych zbędny produkt przemiany materii”. Mowa o tym, co opuszcza owo podziwiane u kobiet przez mężczyzn miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
Następnie dane mi było wreszcie odsapnąć od ekranów kin, czy ryczących na cały regulator domowych telewizorów. Ileż można? Ich miejsce zajęły znacznie bliższe mi, jako skaldowi, deski teatrów. Muszę szczerze przyznać, iż jeszcze nie miałem przyjemności z tego typu instytucją. Z drugiej strony, czy ktoś na sali zrozumiałby moje pojawienie się tam w najprzedniejszej kolczudze i z ukochanym orężem? Wszak należy dbać o prezencję w takim miejscu, czyż nie? Michał Hernes przybliża najnowsze trendy w tej branży, a tytuł artykułu, „Doktor Jekyll i Mister Joker”, daje wiele do myślenia. Dla mnie jest nadzieją na to, że nikt nie będzie krzywo patrzył na ulfhedinna w najnaturalniejszej dla niego postaci. Tak, wracając do tematu… Tekst wyjaśnia, dlaczego właściwie i w jakiej formie przeróżne poczwary zaczęły pojawiać się na scenach, by po raz kolejny śmieszyć i szokować. Co prawda lektura nie wgniotła mnie w fotel, ale brak także jakichkolwiek negatywnych wrażeń. Przyjemny zbiór literek. Mogę śmiało stwierdzić, że w ostatecznym rozrachunku warto było poświęcić nań czas. Może zdałoby się przywdziać najlepszą zbroicę i poprosić żonę o wyczesanie futra?
„Głównonurtowy Coming Out” Jakuba Winiarskiego właściwie nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Być może dlatego, że naprawdę nie jestem zwolennikiem wyciągania na światło dzienne tego, że jakiś autor odżegnujący się od fantastyki de facto tworzy i w tym nurcie. Dopóki taki twórca nie zmusza mnie do chronienia przed nim kogoś z mych bliskich to niewiele mnie interesuje jak go sklasyfikować i do której wepchnąć szufladki. Być może po prostu nie zrozumiałem przesłania tekstu, co jest oczywiście jak najbardziej możliwe, ale nie był on w stanie wybitnie, a raczej w ogóle, mnie zaciekawić. O wiele bardziej zaintrygowała mnie reklama „Baru dla potępionych” Kaelana Patricka Burke’a z następnej strony, zwłaszcza, że bardzo podobało mi się opowiadanie tegoż autora z grudniowego numeru „Nowej Fantastyki”.
I tak oto dotarłem wreszcie do głównej atrakcji, czyli opowiadań. Tym razem jest ich dość dużo. Przedstawiono bowiem sześć tekstów, o wcale niejednolitej tematyce. Linia podziału pomiędzy prozą polską i zagraniczną znajduje się dokładnie pośrodku stawki. Warto także zwrócić uwagę, że wszyscy, bez wyjątków, autorzy reprezentujący drużynę biało-czerwoną zostali odkryci na stronie fantastyka.pl.
Jako pierwsze ukazuje mi się dzieło niejakiego Istvana Vizvary’ego „Konfrontacja Elaine Housemann”. To zaprawdę ciężki i niewdzięczny kawałek chleba. Z początku tekst wydaje się ciekawym opowiadaniem o tematyce kryminalnej i coś takiego bardzo chętnie bym przeczytał. Niestety autor pragnął osiągnąć zupełnie inny efekt i im dalej, tym trudniej we wszystkim się połapać i łudzić choćby o cień zrozumienia dla tego, co dzieje się w kolejnych akapitach. Intryga nie tyle zazębia się, co ewoluuje w jakiś pokraczny, niemożliwy do pojęcia sposób. Rys psychologiczny, z początku wydaje się dość klarowny i jasny, później zmienia swoje znaczenie tak diametralnie, że traci jakikolwiek urok. Mówiąc wprost: mam wrażenie, iż podano mi źle wyciętą część większej całości, która utraciła swój wyrazisty i pełny smak.
Na szczęście, te nieprzyjemne wrażenia zatarły następne karty, przyozdobione twórczością Karola Mitki. „Eustachy kontra półdemon” to jedno z tych opowiadań, dla których czyta się „Nową Fantastykę”. Wartka akcja, prosty język, brak sztucznego wygładzania realiów. Wszystko to z odpowiednią dawką brutalności i cynicznego humoru. Czytało się tym przyjemniej, że autor podszedł do wizerunku chrześcijańskiego zbawiciela bardzo na luzie. Nie jest świętoszkiem bez skazy i zmazy. Do gustu przypadła mi szczególnie włożona w jego usta łacina podwórkowa. Oczywiście, nie każdemu może się podobać tak nieskrępowane podejście do spraw wiary, ale dla mojego pogańskiego ducha było to coś przyjemnego. Taka naturalizacja Chrystusa. Zażartowano również z innych rzeczy. Po przeczytaniu ostatniego zdania z ukontentowaniem stwierdziłem, że mojej twarzy ani na chwilę nie opuścił radosny uśmiech, ani też nie przeszła mi chęć poznania nie tyle zakończenia, co dalszych perypetii bohaterów tego utworu.
„Zapisane w snach” Jarosława Sopińskiego osobiście uważam za numer jeden wśród zaprezentowanej prozy polskiej, a autorowi szczerze życzę dalszych sukcesów. Fabuła utworu jest dość specyficzna ze względu na bardzo ciekawe podejście do narracji. Wszystko zostało ukazane w konwencji wspomnień głównego bohatera. Dzięki temu czytelnik ma szansę dobrze go poznać i łatwo się z nim utożsamić. Można temu zarzucić bardzo jednostronne ukazanie wydarzeń, ale będzie to najzwyklejsze czepialstwo. Pisanie takim stylem jest wymagające i stawia pisarza przed trudnymi wyzwaniami. Sama historia to rasowe sci-fi. Mamy statki kosmiczne, podróże międzygwiezdne, wreszcie obcą cywilizację. Jednak w tym wszystkim odnalazłem elementy, które urzekły mnie wcześniej w dwóch powieściach. Mowa o „Magii Recluce” – wywarła ona na mnie niezapomniane wrażenie, oraz „Ciele Michaela Chandlera”. Gorąco zapraszam do zapoznania się z tym tekstem. Autorowi życzę powodzenia i czekam na co najmniej trzystustronicowe rozszerzenie tego opowiadania.
Proza zagraniczna okazała się równie zaskakująca, jak polska. Szkoda tylko, że akurat w niej górę wzięły te nieprzyjemne wrażenia. Czym to jest spowodowane? Przeczytajcie sami.
„Dzień Niepodległości” Sarah Langan okazał się drugim już utworem, jako żywo odwołującym się do mrocznych wizji zautomatyzowanej, technokratycznej przyszłości. Akcja ukazana oczami nastoletniej dziewczynki, lekko zagubionej w otaczającej ją rzeczywistości. Fabuła tekstu odzwierciedla jedne z moich najgorszych przeczuć względem tego, co może się zdarzyć. Cieszy mnie bardzo, że pisarze zwracają uwagę na problemy, jakie stwarza postępujący rozwój cywilizacji i biurokracji. Mam natomiast szczerą nadzieję, iż weźmie to sobie do serca ktoś więcej niż co dziesiąty czytelnik. Jeśli ludzie się nie opamiętają, to w końcu dojdzie do sytuacji, w której nasze prawnuki będą powoli zapominać o tym, co naprawdę ważne. Wtedy cała ta przeklęta zasłona opadnie. I będzie już za późno na działanie.
Gdy zobaczyłem tytuł – „Ambasador” – ciekawiło mnie co przeczytam tym razem. Niestety, moim oczom ukazało się nazwisko Petera Wattsa. Myśli zaczęły swobodnie błądzić i przed oczami stanęła recenzja grudniowego wydania „Nowej Fantastyki”. Tym samym przypomniał mi się niestrawny felieton tegoż autora i zamarłem. Ostatecznie odgoniłem od siebie tego mentalnego natręta i zacząłem czytać. Znowu sci-fi. Już za dużo. Zwłaszcza, iż opowiadanie, jak wspomniany powyżej felieton, okazało się całkowicie nie w moim guście. Ktoś inny może odkryć w nim głębię, jakiej ja nie dostrzegam. Być może to, co pisze Watts jest najzwyczajniej w świecie nie dla mnie? Swoją drogą grafika, którą przyozdobiono ten twór przywodzi na myśl plemnik i komórkę jajową. Nie. I w tym miejscu pragnę uciąć pogląd, jakoby wszystko kojarzyło mi się z seksem. Co? Czytaliście rozmowę pod newsem o „Kościotrzepie”? W takim razie mam tylko nadzieję, że się podobało.
„Bogowie co drugiej środowej nocy” S. L. Farella pozostawili we mnie bardzo mieszane i niespójne odczucia. Z jednej strony, jako RPGowiec, z zaciekawieniem stwierdziłem, że oto ktoś zastanowił się nad tym, jak sesje gier fabularnych mogą wyglądać od tej drugiej strony. Z punktu widzenia postaci, w które wcielają się gracze. Niestety, zastosowany styl sprawił, że cała radość z lektury wyciekła ze mnie niczym powietrze z pękniętego balonu. Nie wiem czemu miało to służyć… Jeśli przewracaniu stron w celu odkrycia końca i możliwości czytania czegoś, co nie ubliża odbiorcy to zamierzony efekt został osiągnięty.
Po raz trzeci już Michael J. Sullivan dzieli się swoją wiedzą dotyczącą tworzenia pasjonujących historii z każdym, kto pragnie poświęcić trochę czasu na przeczytanie kolejnego już artykułu z serii „Rady dla piszących”. Tym razem w moje ręce został oddany tekst pod tytułem „Pokazuj i opowiadaj. Minihistorie”. Objaśnia on dokładnie, jak przekazywać czytelnikowi dużą ilość treści oraz kiedy bardziej skupić się na przedstawieniu czegoś, a w którym momencie lepiej będzie, dla dobra tempa akcji, pewne kwestie uogólnić.
Dział recenzji jak zwykle oferuje coś dla każdego. W tym wydaniu nie zwróciłem szczególnej uwagi na wiele tytułów książkowych, niemniej jednak gorąco polecam recenzję „Nie jestem seryjnym mordercą”, napisaną piórem Marcina Zwierzchowskiego. Powieść wzięta przez niego pod lupę opowiada o Johnie Waynie Cleaverze. Brzmi znajomo? Poza tym nie mogłem sobie odpuścić dowiedzenia się, co o „Dzieciach Demonów” uważa Jakub Winiarski. Dzięki przekazanym mi informacjom utwór J.M. McDermotta jeszcze bardziej przykuł moją uwagę. Również tekst o „Vladzie Draculi” Marcina Zwierzchowskiego znalazł we mnie godnego odbiorcę. Ciekawiło mnie, czy warto zapoznać się z książką spisaną przez Dariusza Domagalskiego. Niestety wygląda na to, że niezbyt. Wszystkim samcom czytającym moje słowa pragnę natomiast zacytować bardzo trafne zdanie z recenzji „Uczciwość Barbarzyńcy” autorstwa Jerzego Rzymowskiego, dotyczącej powieści „Conan i pradawni bogowie”: „(...)Płeć piękna lubi towarzystwo barbarzyńcy – namiętnego, silnego i dzikiego, lecz zarazem opiekuńczego i dającego poczucie bezpieczeństwa.” Panowie, wziąć mi się tam za siebie!
Chociaż , po Asylum i bajeczkach, mam, jak na jeden raz, szczerze dosyć tekstów o filmach, mojej uwadze nie umknęły recenzje tychże. Tutaj również panuje zaskakująca różnorodność. „Klucz do sukcesu” Piotra Pieńkosza nawiązuje do artykułu „Ekran pełen baśni”, ponieważ opisuje produkcję „Hugo i jego wynalazek”. Autor czyni to bardzo pochlebnie, zwraca jednak uwagę na pewien mankament tego utworu. „Najczarniejsza godzina 3D” została przybliżona przez Przemysława Pieniążka. Ponieważ mam już na dzisiaj dość sci-fi, klimatów apokaliptycznych i tym podobnych, radośnie stwierdziłem, że ostatni film opisany w tym numerze to „Kot w butach” twórców „Shreka”. Pozostając przy ekranie pragnę od razu zauważyć, że zaserwowano również tekst o serialu „Babilon 5 – sezon 2”.
Komiksy – dwa, niezwykle się różniące. Coś na kształt postawienia przy sobie Johna Rambo i Lucky Luke’a. Żaden z tych przykładów nie został dobrze dopasowany, więc istotne jest tylko to, jak diametralnie różnią się między sobą. Dowiedziałem się dużo odnośnie „Detektywa Fella: Zdziczałego miasta” w tłumaczeniu autorstwa Tomasza Sidorkiewicza. Jeśli wierzyć temu, co napisał Paweł Deptuch to wykreowana tam rzeczywistość jest mroczna i gęsta niczym smoła. Druga recenzja dotyczy komiksu opowiadającego historię pewnego mieszkańca Dzikiego Zachodu. Dzięki temu tekstowi można przekonać się, jak istotne dla dalszego życia są najmłodsze lata.
Rafał Kosik dzieli się z szerszym gronem odbiorów przemyśleniami dotyczącymi tego, jak by tu przeciwdziałać przeludnieniu. Felieton „Siedem miliardów i rośnie” wysuwa bardzo wiele hipotez, a może raczej wysoce możliwych do zrealizowania pomysłów, odnośnie tego, jak wykorzystać zdobycze fantastyki (zwłaszcza tej naukowej, choć nie tylko) celem zmniejszenia nienależycie owłosionych dwunogów bądź pomieszczenia na świecie większej ich liczby. Osobiście pragnę dołożyć własny pomysł. Cofnijmy się do wczesnego średniowiecza, skończmy z zakazem pojedynków, brakiem wojen i zerwijmy całą tę maskę cywilizowanego świata.
„Podbici przez Obcych” to wytwór umysłu Petera Wattsa. I tutaj zaskoczenie! Felieton naprawdę mi się podobał! Zrozumiałem, a przynajmniej tak mi się wydaje, o czym pisał ten zagraniczny autor! Planuję sobie to zapamiętać. Wracając do samego tekstu, jest wysoce intrygujący i bardzo ciekawy. Wart polecenia i przeczytania. Nasuwa wyjątkowo jasne, zaskakujące i naprawdę niepokojące refleksje.
„Drzwi do krainy dzieciośmierci” Łukasza Orbitowskiego przeczytałem bardzo sprawnie i szybko, z jednoczesnym dogłębnym zrozumieniem przesłania, jakie płynie z wysnuwanych przez autora wniosków. Cóż… czego innego mogłem spodziewać się po twórcy „Wszystko o moich matkach”, które to opowiadanie tak bardzo przypadło mi do gustu w grudniowym numerze? Przede wszystkim pisze on znacznie bardziej zrozumiale niż Watts, w stylu odpowiednim dla przeciętnego Nowaka, czy też po prostu dla kogoś, kto swój rozum ma i nie widzi sensu w ubieganiu się o tytuł profesora. Bo i po co? Pozytywny akcent na koniec numeru!
Tak oto dobrnąłem do ostatnich słów tej recenzji. Mam nadzieję, że nakreśliłem Wam, czego mniej więcej spodziewać się po lutowej „Nowej Fantastyce”. Doskonale zdaję sobie sprawę również z tego, że każdy może mieć inne zdanie odnośnie zamieszczonych opowiadań, artykułów czy recenzji. Ale nie przekonacie się o tym, dopóki sami nie przeczytacie omówionego przeze mnie czasopisma!
Kamil „Tyrsson” Gołębowski
Redakcja: Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta: Monika "Katriona" Doerre
dziękujemy wydawcom i redakcji
„Nowej Fantastyki”.

















































