Nowa Fantastyka nr 1 (340) 2011
Do czytania styczniowego numeru "Nowej Fantastyki" zasiadłam z niekrytą przyjemnością. Już oprawa graficzna bardzo przypadła mi do gustu. Przypomina scenę ze starego filmu SF. Intryguje i niezaprzeczalnie "ma swój klimat". Zarówno ona, jak i okraszone dobrym dowcipem słowo wstępne naczelnego skutecznie zachęca do przyjrzenia się zawartości pisma.

Po obiecującym początku następują kolejne miłe niespodzianki. Dobrym pomysłem było ustalenie właśnie takiej, a nie innej kolejności tekstów. Marketingowcy wykazali się tym razem nie lada sprytem. Widać to już po otwarciu pisma. Co bowiem mogłoby bardziej zmotywować do czytania niż rozpoczęcie od nowej pozycji, szczególnie jeśli jest nią felieton - pierwszy w nowej serii. Mam na myśli "Samobójstwo Mrocznego Rycerza" Jakuba Ćwieka. Zanim jeszcze przystąpiłam do zapoznania się z jego treścią, rozbawił mnie sam tytuł cyklu - "Zabić Ćwieka". Zastanawiam się nad jego alegorycznym znaczeniem. Prawdopodobnie chodziło o to, że nowy felietonista swoim tekstem zabija ćwieka czytelnikom, a humorystyczna aluzja do jego nazwiska nasuwa się sama, wywołując zamierzony efekt. Moim pierwszym skojarzeniem było jednak: "Ojej, 'Nowa Fantastyka' nakłania do zamordowania własnego autora!". Nie jestem więc pewna, czy ów planowany rezultat rzeczywiście udało się osiągnąć. Sam felieton natomiast mnie nie zawiódł. Był dokładnie tym, czego spodziewałam się po Ćwieku. Specjalista do spraw popkultury wśród polskich fantastów popisał się lekkim i przyjemnym w odbiorze stylem wypowiedzi, połączonym z trafnymi, ciekawymi wnioskami i szeroką wiedzą z zakresu "własnej dziedziny". Tekst czyta się przyjemnie, a rolę motywującą do czekania na kolejne spełnia on doskonale.
Następna interesująca, tym razem okazjonalna, pozycja to Top Dekady. Zaintrygowana zapoznałam się z podsumowaniem największych dokonań w świecie fantastyki w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Byłam niezmiernie ciekawa jak wygląda zestawienie stworzone przez redakcję i współpracowników pisma w opracowaniu Jerzego Rzymowskiego. Ocenie podlegały cztery kategorie: film, literatura polska, literatura zagraniczna oraz wydarzenia (mieszczące w sobie wszystko, co nie zostało zawarte w trzech poprzednich grupach). Znów zostałam mile zaskoczona. Top "Nowej Fantastyki" w dużej mierze pokrywa się z moim własnym. Wiele z wymienionych pozycji ja również uwzględniłabym w swoim prywatnym rankingu. Pozytywne wrażenie wywarło na mnie też trzeźwe, obiektywne spojrzenie głosujących. Pojawiają się bowiem nie tylko dzieła wybitne i wartościowe, ale także te uznawane powszechnie za kicz, a jednak mające wielkie znaczenie rynkowe.
Na kolejnych stronach "Nowa Fantastyka" uczciła 75-te urodziny Lecha Jęczmyka – pierwszego redaktora naczelnego pisma, pełniącego tę funkcję w latach 1990-1992. Zamieszczono na nich "Światło i dźwięk albo moje życie na różnych planetach", czyli zbiór fragmentów wspomnień jubilata. Tekst pełen ciekawych, opisanych bardzo naturalnym językiem wspomnień z okresu powojennego i PRLu, nawiązujący przy tym zgrabnie do literatury SF, urzekł mnie niesamowicie. Utrzymany w nostalgicznym, nieco filozoficznym stylu skłania do głębszych refleksji, a dla mnie – osoby stosunkowo młodej – stanowi znakomitą i bardzo żywą lekcję historii.
Do najmocniejszych punktów numeru znów można zaliczyć Prozę Polską. Po raz kolejny też jestem dumna z rodzimych twórców. Oba teksty długo nie dały o sobie zapomnieć. "Siedem miliardów wyroków" Wojciecha Zembatego ukazuje ciekawą, oryginalną i sprawnie opisaną wizję "życia po życiu". Dotyka tematyki filozoficzno-teologicznej, która jest mi bardzo bliska, a przy tym autorowi udało się w jej ramach czymś mnie zaskoczyć. "Gambit Wielopolskiego" Adama Przechrzty reprezentuje kolejny nurt, który zawsze lubiłam. Jest to intrygująca historia alternatywna. Polacy tradycyjnie odgrywają w niej niebanalną rolę, tutaj jednak zupełnie inną, niż można by się spodziewać. Wielu czytelnikom może wydać się ona kontrowersyjna i wzbudzić skrajne emocje. Ogromnym walorem jest też kreacja świata przedstawionego. Realia minionej epoki, odmalowane przystającym do niej językiem, łączą się z niewłaściwym dla tamtych czasów postępem technologicznym oraz wynalazkami rodem z fantastyki naukowej. W efekcie przeszłość miesza się z przyszłością, a mimo to opisane uniwersum sprawia wrażenie spójnej, harmonijnej całości.
W "Nowej Fantastyce" cenię otwartość na twórców europejskich. Pismo, w dziale Prozy Zagranicznej, nie drukuje wyłącznie autorów amerykańskich. Dwa miesiące temu mogłam zapoznać się z tekstami Francuzów, w tym numerze natomiast zaprezentowano dzieła Czecha, Niemca i Austriaka. Niestety, same utwory mnie nie powaliły. A przynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Najbardziej rozczarowało mnie "City" Thomasa Zieglera. Opis inwazji straszliwej kloaki w toalecie bohatera, fetoru przez nią wydzielanego oraz towarzyszącego temu bulgotania, który ciągnął się przez pierwszą połowę tekstu, znużył mnie do tego stopnia, że nie miałam ochoty zgłębiać dalszej części historii. Na dodatek raziły mnie okrutnie drętwe, nienaturalne dialogi, dotyczące oczywiście nie czego innego, jak smrodu i odgłosów zapchanego klozetu. "Zupełnie normalny obłęd" Reinharda Kleindla również mnie nie zachwycił. Początkowo zainteresowałam się rozważaniami nad istotą normalności, zaciekawił mnie też bohater – odstający od ogólnospołecznych norm psychiatra, który lepiej rozumie swoich pacjentów niż współpracowników. Ta tematyka znikła jednak całkowicie jeszcze przed połową tekstu, zastąpiona naiwną historyjką o locie w kosmos i obrzydliwie głupiej wizji obcych cywilizacji. Pointa natomiast była ostatecznym ciosem, mającym dobić leżącego czytelnika. Nie dość, że jej związek z treścią opowiadania był bardzo luźny, przedstawiała w dodatku niezwykle płytkie i nic nie wnoszące wnioski. Honor zagranicznych autorów ratuje jedynie Petr Schink i jego "Tylko muszka złota". Zgrabna, zajmująca historia, której akcja skupia się wokół ciekawej intrygi, osadzona jest w barwnych realiach alternatywnej rzeczywistości wzorowanej na Francji oraz Chinach, prawdopodobnie XVIII–wiecznych.
Nie zabrakło też stałych pozycji, takich jak komiks "Funky Koval", dział recenzji, zapowiedzi Jerzego Rzymowskiego oraz konkursów. "Nowa Fantastyka" ogłosiła również plebiscyt dla czytelników. Mogą oni dokonać własnego podsumowania wszystkich ubiegłorocznych numerów i zagłosować na swoje ulubione: opowiadanie polskie oraz zagraniczne, tekst publicystyczny, rysownika i okładkę, jak również wybrać "Obciach roku". Wśród uczestników rozlosowane zostaną atrakcyjne nagrody książkowe.
Styczniowy numer standardowo zamyka Łukasz Orbitowski i jego felieton "Jajko i kura". Tym razem prześmiewczemu stylowi i pełnej cynizmu, ale ostrej krytyce podległ film "The Blood of Satan's Claw" Piersa Haggarda. Jak zwykle dobrze się bawiłam czytając "Orbitowanie po kinie". W kolejny rok autor cyklu wszedł w tak samo dobrej formie, jaką prezentował w poprzednim. Warto dodać, że zamieszczenie dwóch dobrych felietonów jako tekstu pierwszego i ostatniego, to bardzo trafny zabieg.
Podsumowując: rok 2011 "Nowa Fantastyka" rozpoczęła bardzo obiecująco, pomijając klapę w postaci dwóch z trzech opowiadań zagranicznych. Wśród ostatnich kilku numerów ten jest zdecydowanie moim faworytem i szczerze przyznam, że dawno już nie czytałam tego pisma z tak wielką przyjemnością. Widać, że się rozwija, dąży do wprowadzenia ulepszeń i zwykle są to zmiany na korzyść. W myśl powiedzenia, że nowy rok jest taki, jakim się go zaczęło, stawiam "Nowej Fantastyce" poprzeczkę wyżej niż w 2010 i mam nadzieję, że sprosta wymaganiom.
Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz
dziękujemy wydawcom i redakcji „Nowej Fantastyki”.

















































