Nowa Fantastyka nr 12 (351) 2011
Wreszcie. Po całym miesiącu ciężkiej, wytężonej pracy i zmagania się z różnorakimi problemami okołoświątecznymi, począwszy od „akcji karp”, poprzez ichnie (chrześcijańskie) tradycje świąteczne i tym podobne rzeczy, można spokojnie usiąść. Napić się pysznej, rozgrzewającej herbaty zaprawionej sokiem malinowym, przygotowanej przez kochającą żonę i poświęcić kilka chwil na proste przyjemności, takie jak lektura. I w tej właśnie chwili moje, stęsknione za jakąkolwiek książką bądź czasopismem, ręce natrafiły na pozornie zapomniane, kwilące cicho nad swoją niedolą i brakiem należnego zainteresowania grudniowe wydanie „Nowej Fantastyki”.
Oczywiście pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest okładka. Tak, racja, od czegóż innego można rozpocząć lekturę pisma? To trochę tak, jakbym zaczął oglądać film od sceny finałowej. Zdecydowanie nie uśmiecha mi się taka kolej rzeczy, więc pozwólcie, że dzisiejszy posiłek rozpoczniemy od przystawki. Wracając do meritum. Rzeczona okładka, utrzymana w zimnych, mrocznych kolorach, przywodzących na myśl sceny z horrorów, zakłócanych jedynie, a może aż, przez światło bijące z wnętrza jakiegoś dziwnego kalmara, czy innej ośmiornicy. Swoją drogą sama istota przypomina malutkiego obcego z popularnej serii „Alien". Na szczególną uwagę zasługują dwie rzeczy. Przede wszystkim rzuca się informacja o wzbogaceniu miesięcznika dodatkiem Narodowego Centrum Kultury, nawiązującym do 30. rocznicy stanu wojennego. Następnie, starające się skupić na czymś konkretnym oczy trafiają na wieść o pojawieniu się w sprzedaży „Magii krwi" Anthonego Huso. Dopiero po zarejestrowaniu tych rzeczy odkrywa się, że okładka kusi do pochłaniania kolejnych partii tekstu zapowiedziami znajdujących się wewnątrz wywiadów i opowiadań. Zresztą szybko miało się stać jasnym, że to tylko wierzchołek góry lodowej.

Pierwszym tekstem, jaki został rzucony na pożarcie głodnemu lektury czytelnikowi, jest felieton „Pożegnanie z rybą” Jakuba Ćwieka. Sam zbiór tworzących go liter , które zgrabnie przekształcają się w zdania, łatwo ulega niezobowiązującej konsumpcji. Wzięty tutaj niejako na tapetę film Burtona „Duża ryba” został zgrabnie i w bardzo przemyślany sposób wpleciony w końcoworoczny charakter, a raczej czas, grudniowej NF. Wszystko to, w połączeniu z osobistym przekazem i kończącymi felieton wnioskami skłania jednak do, mniej lub bardziej głębokich, ale jednak przemyśleń. Ostatnie zdania natomiast budzą zaciekawienie, lecz można je odebrać jako najzwyklejszą zapowiedź zmian, połączoną z wyjątkowo nieskomplikowanym, rzec można wręcz prostackim, czarnym humorem.
Po Ćwieku przychodzi czas na Michała Chudolińskiego i Jakuba Koisza , którzy rozwodzą się nad jedną z mitycznych wręcz dla współczesnej Ameryki istot – Supermanem. W rozważania odnośnie powolnego upadku, czy wręcz staczania się do rynsztoka, Człowieka ze Stali wprowadza czytelnika kilka ogólnych stwierdzeń i wniosków, oraz miłe wszystkim znającym tę postać przypomnienie bodaj najmocniej kojarzonej z tym herosem sceny, czyli uratowaniem reporterki „Daily Planet”. Całość artykułu ukazuje w pełni z jak kolosalnymi problemami boryka się wizerunek bohatera z czerwonym S na piersi. Autorzy objawiają szerszemu gronu, że niejednokrotnie różni ludzie starali się unowocześnić i uaktualnić Supermana. Zwykle jednak kończyło się to publiczną nagonką. Odkrywają także jawną hipokryzję mediów amerykańskich oraz wrogość w stosunku do zmian w wizerunku Człowieka ze Stali. Również, kończące te rozważania, wnioski nie napawają zbytnim optymizmem. Wszystko wskazuje na to, że nadszedł czas pożegnać się z tym herosem.
Głodny dalszych wrażeń zacząłem zagłębiać się w wywiad z Simonem Bisleyem. Początkowo, zwróciwszy uwagę głównie na rażące sztampą pytania Bartosza Czartoryskiego, jakie zostały skierowane do brytyjskiego grafika, miałem wrażenie jakbym zasiadał do obiadu z rodzicami mojej ukochanej żony. Nie dość, że wyjdę głodny i będą patrzeć na mnie spode łba co najmniej jak na wilka w owczarni, to jeszcze przyjdzie mi męczyć podane dania przez następny tydzień. Na szczęście wyjątkowo bezpośredni, otwarty i rubaszny sposób udzielania odpowiedzi przez twórcę Lobo sprawił, że wywiad śledziło się bardzo przyjemnie i cały czas towarzyszył mi niewymuszony uśmiech, który rozkwitł jeszcze bardziej dzięki zerwaniu ze sztywnym schematem pytań pod sam koniec. Cóż rzec, można tylko zachęcić do przeczytania!
Tekst Marka Grzywacza „Komiks 2.0” dotyczy raczej obcego mi tematu, a mianowicie rozwoju historii obrazkowych w tym szalejącym oceanie, pełnym spamu, reklam i nie wiadomo czego jeszcze, o szumnej nazwie Internet. Lektura pozwoliła mi przekonać się o tym, że być może tak właśnie mają wyglądać rysowane książki przyszłości. Osobiście jednak wątpię, by ekran monitora potrafił zastąpić zapach papieru i dotyk wydania tradycyjnego. Cóż, być może jestem staroświecki i tyle. Przyznam natomiast, że wywarło na mnie wrażenie, i to nie małe, powodzenie, a przede wszystkim różnorodność zaprezentowanych w artykule komiksów, która dosłownie powala. Nie mam też najmniejszego zamiaru ukrywać miłego zaskoczenia wywołanego przez ukazanie swego rodzaju perełek. Niemniej jednak jest to zrozumiałe, a ta forma przedstawienia sprawy może owocować odnajdywaniem, przez czytelników magazynu, w webcomicach interesujących ich treści. Nie mogę jednak nie zauważyć, że opisany powyżej artykuł zawiera… cycki! Jakież ja mam szczęście, że mogę w tej chwili przytulić się do cudownie miękkich i ciepłych piersi mojej żony, zamiast zachwycać się tymi, które zadomowiły się w tekście Marka Grzywacza.
Wywiad „Herosi i dobrzy ludzie są nudni”, w którym Brian Azzarello odpowiada na pytania Michała Chudolińskiego, przeciągnął moją wzmożoną uwagę już w chwili oglądania okładki. Wielu ludzi z całą pewnością uzna go za co najmniej kontrowersyjny. Moim zdaniem natomiast był to drugi genialny tego typu tekst w omawianym wydaniu NF. Zupełnie inny niż poprzedni, bardziej głęboki i skłaniający do przemyśleń. Zwraca uwagę na istotne kwestie społeczne, a co bardziej wnikliwe i lubujące się w rozważaniach umysły mogą dzięki lekturze zyskać nowy ogląd na pewne sprawy, czy wręcz przedefiniować wyznawane przekonania. Pytania i odpowiedzi są pozornie proste i dość jednoznaczne, ale już sam tytuł wywiadu skłania do popadnięcia w refleksję, zadumę. Zwłaszcza, że na piedestał wysuwane są czarne charaktery i ciemna, często z definicji negowana, strona ludzkiej natury. Tę z kolei posiadamy wszyscy, choćbyśmy nawet jak najgorliwiej temu przeczyli.
Tak oto dotarliśmy – powoli i z mozołem, a niekiedy dziką wręcz radością, rozgryzając kolejne, wchodzące w skład naszego literackiego posiłku, dania – do tych najtreściwszych mięsiw. Opowiadań. Gdy tylko zasiadłem do ich lektury wiedziałem, że ciężko będzie mnie od nich oderwać.
Zacznijmy się im przyglądać od początku. Pierwszym było „Wszystko o moich matkach” Łukasza Orbitowskiego. Muszę przyznać, że pomimo narastającego powoli zmęczenia i nęcącej obietnicą odpoczynku ciepłej pościeli twór ten pochłonął mnie bez reszty. Moje oczy łapczywie odkrywały kolejne litery, zdając się pędzić do przodu w pragnieniu nie tyle dotarcia do finału opowieści, co po prostu rozkoszowania się fabułą. Ponieważ sam wychowałem się w rodzinie dysfunkcyjnej, mogłem w pewnym stopniu utożsamić się z bohaterem tej mistrzowsko pomyślanej i rozrysowanej opowieści. Dojrzałem w niej punkty wspólne z moimi własnymi doświadczeniami. Wszystko, co zostało podane w opowiadaniu, spowija tajemnica, pewna bliżej niewyjaśniona zagadka. Cieszy także bardzo wysoka życiowość tego tekstu i marginalizowanie elementów fantastycznych. Finał zaskakuje i jest wart każdej spędzonej przy lekturze minuty.
„Kiedy cienie są zmarznięte i głodne” to próbka mająca dodatkowo zachęcić czytelnika do wysupłania z mieszka paru groszy na powieść Kealana Patricka Burke’a „Bar dla potępionych”, która doczekała się także krótkiej i bardzo przychylnej recenzji. Wracając jednak do samego opowiadania. Podobnie jak "Wszystko o moich matkach" należy ono do tych bardziej życiowych, gdzie elementy fantastyczne są albo bardzo trudne do dostrzeżenia, albo można uznać je za nieistniejące. Ta przystawka do powieści pozwala nam prześledzić, jak mniemam, część historii zastępcy szeryfa z miasteczka Milestone. Jak się okazuje rzeczony stróż prawa nie ma lekko i popełnia pewne błędy życiowe, za które przyjdzie mu słono zapłacić.
Zawiodłem się natomiast na „Wicehrabim i wiedźmie” Michaela J. Sullivana. Moje zniesmaczenie tym tekstem jest spowodowane kilkoma istotnymi faktami. Po pierwsze, mierzi mnie publikowanie fragmentów książek w formie opowiadań. Co prawda nie mam pewności, że jest tak w wypadku tego tekstu, niemniej jednak odniosłem takie wrażenie. Następna jest kwestia Royce’a. Z tego, co zrozumiałem z lektury postać ta została wychowana przez wilki i najpewniej to ma tłumaczyć jej zachowanie. Właśnie to strasznie mnie mierzi. Serdecznie zwracam już na podłogę wszystkie wizerunki wilkoludzi, pokazujące ich w negatywnym świetle, jako mroczne, czarne wręcz stereotypy zimnych morderców.
„Szkicowanie fabuły” podbudowało w moich oczach, zepsuty opowiadaniem, wizerunek Sullivana. Przede wszystkim cieszy mnie to, że osoba zawodowo pisząca i utrzymująca się z tego, pragnie podzielić się swoimi uwagami i doświadczeniami z szerszym gronem odbiorców. Plastyczny styl i jasność przekazu znacząco ułatwia odbiór udzielanych przez autora tekstu porad i wskazówek dotyczących trudnego warsztatu pisarskiego. Zastanawia mnie tylko, czy to nie przyczyni się do powstawania zbyt wielu domorosłych literatów, uważających się za nie wiadomo jak doskonałych twórców. Cóż, czas pokaże…
Po tak obfitym posiłku trudno sobie wyobrazić, że można mieć miejsce jeszcze na deser. Zwłaszcza, że jest on wyjątkowo solidny i treściwy. Proponuję w takim razie poluzować pas o kilka dziurek, a następnie zająć się czymś lżejszym. Warto spojrzeć na recenzje, zamieszczone w grudniowej „Nowej Fantastyce”. Wypada na wstępie zauważyć, że samych książek przedstawiono w ten sposób dwanaście, co stanowi dość pokaźną pulę, z której każdy może wybrać coś odpowiadającego swoim gustom i upodobaniom.
Osobiście bardzo szybko i z nieskrywaną lubością zasymilowałem z wrażeniami po przeczytaniu opowiadania „Kiedy cienie są zmarznięte i głodne” recenzję zatytułowaną „Hipnotyzer”, o której wspominałem już wcześniej. Moją uwagę zwrócił także „Fantastyczno-religijny kolaż”, dotyczący „Stroiciela Ciszy”. Nie ukrywam, że w pewnym stopniu jest to zasługą grafiki, towarzyszącej rzeczonej recenzji. Jednak sam opis tego zbioru opowiadań bardzo mnie ciekawi i gdyby ta publikacja w jakiś sposób wpadła w moje ręce to z całą pewnością zagłębiłbym się w lekturze. W omawianym dziale dało się też słyszeć echo zjawiska, nazwanego „lemofilią”. Są to oczywiście jedynie te rzeczy, na które ja zwracam uwagę i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że inny czytelnik zauważy w dziale recenzji grudniowego wydania „Nowej Fantastyki” zupełnie odmienne elementy.
Osobne akapity poświecę natomiast recenzjom filmów i komiksów, gdyż osobiście jestem przeciwny traktowaniu tych form jednakowo. Dlaczego? Chyba każdy zgodzi się ze mną, jeśli stwierdzę teraz, że twory te należy rozpatrywać w zupełnie innych kategoriach. Wszak recenzując książkę nie wspominamy o wrażeniach, jakie pozostawiła w nas ścieżka dźwiękowa, czyż nie?
Nie da się zaprzeczyć wrażeniu, jakoby „Bogowie wierzą w ludzi” było najobszerniejszym tego typu tekstem dotyczącym twórczości filmowej. Jerzy Rzymowski (w tej chwili po moich ustach błąka się leniwy uśmiech, na wspomnienie pewnego przystanku autobusowego w Gdyni) moim zdaniem dobrze wywiązał się z postawionego sobie zadania i przybliżył czytelnikom film Tarsema Singha w należyty sposób, nie pomijając istotnych kwestii, decydujących o wyjątkowości tego obrazu. Poza tym mamy przyjemność zapoznać się ze zdaniem Joanny Kułakowskiej o „Przygodach Tintina”. Na temat tego filmu z całą pewnością o wiele lepiej wypowiedziałby się mój redakcyjny kolega Adam "Gotan" Kmieciak. Ja sam mogę natomiast stwierdzić, że wysiłki Stevena Spielberga zostały wyraźnie docenione i zaaprobowane przez autorkę tekstu. Ostatnia ujawnia się recenzja tworu „Harry Potter i Insygnia Śmierci. Część 2” w wydaniu DVD. Marcin Zwierzchowski odnosi się do niego dość krytycznie, przede wszystkim ze względu na reżysera. Jeśli dobrze zrozumiałem, należałoby go zmienić.
Była mowa o tym, że niniejsze wydanie zawiera także recenzje komiksów. I faktycznie, gdy już przebrniemy przez powyżej omówione filmy, naszym oczom ukazuje się tekst Pawła Deptucha, mający na celu nakierować nas na twórczość Rafała Szłapy, który w dziele zatytułowanym „Bler #2: Zapomnij o Przeszłości” kreuje dalsze losy tytułowego superbohatera. Również Waldemar Miaskiewicz dzieli się z czytelnikami poglądami odnośnie pewnego komiksu. Mowa o albumie „Funky Koval: Wrogie Przejęcie”. Niestety recenzja stawia ten twór w dość dwuznacznym świetle.
Jako fan wszelakiego rodzaju gier bitewnych, planszowych, zręcznościowych i tym podobnych z nieskrywaną radością czytałem tekst zatytułowany „Krasnoludzkie Przypadki”, traktujący o grze „Hobbit”. Jerzy Rzymowski najwyraźniej nie lubi planszówek, w których element szczęścia i pecha ma tak naprawdę bardzo ważne znaczenie, a z tego co przeczytałem w jego tekście tak jest w omawianej przez niego produkcji. Szczerze chciałbym rozegrać kilka partyjek i sprawdzić jak rzecz ma się w praktyce.
Teraz zajmijmy się powolnym kończeniem tego, jakże sutego, posiłku. Deserem okazują się trzy felietony o bardzo zróżnicowanej treści, właściwie w żaden sposób ze sobą nie powiązane, jeśli nie liczyć tego, że zostały opublikowane w tym samym wydaniu „Nowej Fantastyki”. Chociaż możliwe, że to mój prostacki umysł zwierzęcia nie jest w stanie zrozumieć zawoalowanych, ukrytych nawiązań i tym podobnych rzeczy. Zresztą, nieważne.
Felieton Rafała Kosika „Wtedy tak się nie walczyło” trafił na jak najbardziej zainteresowanego tym tematem czytelnika (w mojej osobie). Autor porusza kwestię wierności realiom historycznym we wszelkiego typu literaturze fantastycznej. Interesuje mnie to tym bardziej, że jestem aktywnym członkiem grup rekonstrukcyjnych, zorientowanych na czasy wikingów i jako taki mam szczególne zacięcie w kierunku trzymania się realiów w twórczości osadzonej w konkretnej epoce historycznej. Felieton polecam każdemu, kto ma podobne rozterki, jak również ludziom lubiącym ciekawe grafiki.
Tekst Petera Wattsa zatytułowany „Od dupy strony”, traktuje o sprawach, które chyba okazały się zbyt ciężkie jak na mój (przynajmniej według mnie) nieskomplikowany tok myślenia i iście chłopski rozum, niezdolny do pojęcia pewnych spraw natury filozoficzno-naukowej. Za coś takiego uważam rozważania, podjęte w omawianym felietonie, odnośnie świadomości. Cóż, z całą pewnością ludzie zainteresowani tego typu kwestiami będą mogli powiedzieć o tym tekście więcej niż ja. Dla mnie jest to, ot, po prostu naukowy bełkot, którego mój pogański umysł nie jest w stanie przetworzyć i zrozumieć.
Grudniowe wydanie „Nowej Fantastyki” zamyka felieton Łukasza Orbitowskiego pod tytułem „Straszna strona księżyca”. Uważni czytelnicy z całą pewnością skojarzą, że zachwycałem się wcześniej opowiadaniem jego autorstwa, które przyozdobiło łamy czasopisma. Felieton traktuje o wizjach kilku reżyserów, starających się pokazać jak może wyglądać wszechświat, to wielkie „nie wiadomo co” określane szumnie mianem kosmosu, czy innej przestrzeni międzyplanetarnej. Autor skupia się głównie na filmie „Apollo 18”, przy okazji wchodząc w sferę egzystencjonalną. Całość czyta się lekko i przyjemnie, co było dla mnie miłą odmianą po „Od dupy strony” i, choć fantastyka kosmiczna to absolutnie nie moja bajka, twór Orbitowskiego potrafił przykuć moją uwagę.
I tak oto skończyliśmy ucztę. Zaiste stwierdzam, iż omawiane czasopismo obfitowało w warte uwagi i poświęconego czasu treści. Mam nadzieję, że ów intelektualny posiłek przypadł Ci do gustu i smakował na tyle, by skłonić do sięgnięcia po grudniowe wydanie „Nowej Fantastyki”. Oczywiście rozumiem każdego, kto myśli sobie teraz, że recenzja została opublikowana zdecydowanie zbyt późno, ale czasem tak bywa. Redaktor też człowiek i ma prawo do potknięć.
Kamil „Tyrsson” Gołębowski
Redakcja: Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta: Monika "Katriona" Doerre
dziękujemy wydawcom i redakcji
„Nowej Fantastyki”.

















































