Nowa Fantastyka nr 9 (348) 2011
Wrześniowa „Nowa Fantastyka” to przede wszystkim solidna dawka hitów popkultury i rozważań na jej temat. Pocieszę jednak tych, którzy kupują pismo głównie ze względu na prozę. I o Was w tym miesiącu nie zapomniano. Także opowiadań jest więcej niż zwykle, a redakcja pisma mile mnie zaskoczyła, gdyż zafundowała czytelnikom niecodzienną niespodziankę. O tym jednak za chwilę… Wszak każdy prezent cieszy tym bardziej, im dłużej się go rozpakowuje.
Okładka nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia – "growa" estetyka nie należy do moich ulubionych i zupełnie nie umiem się nią zachwycać. Nie zwykłam jednak zrażać się do lektury wyłącznie ze względu na nieszczególne walory wizualne.

Lekturę rozpoczęłam od słowa wstępu naczelnego i od razu zostałam wprowadzona w nastrój refleksyjny. Jakub Winiarski poruszył bardzo aktualny temat zjawiska snobizmu w kulturze, nowoczesnego marketingu w tejże oraz pozowania na obytych. Wnioski, które wysunął, wydają mi się bardzo trafne i skłoniły mnie do dłuższej chwili zastanowienia nad tymi zagadnieniami.
Idąc za ciosem, w następnej kolejności sięgnęłam po felietony. Co bowiem lepiej pobudza czytelnika do refleksji, jeśli nie dobry tekst z tego specyficznego gatunku publicystyki?
Jakub Ćwiek mnie nie zawiódł. Tym razem wziął na tapetę ekranizację Hobbita i śmiechu podczas lektury było co niemiara. Refleksje, na które liczyłam, zresztą też się pojawiły. Tekst ocieka ironią i… jak to często u Ćwieka bywa, uderza w temat fanostwa. Dostało się i reżyserowi, i producentowi i… tolkienistom.
Zupełnie innym stylem popisał się Łukasz Orbitowski. A popisał się niewątpliwie. I nie tylko on. Ciekawy pokaz, z tego co wyczytałam, dali także twórcy filmu, którym tym razem zajął się felietonista. Diametralna zmiana nastroju z refleksyjnego na prawdziwie psychodeliczny. Chociaż autor nie określił jasno swojej opinii o opisywanym obrazie, rozbudził we mnie tak wielką ciekawość, iż nie wyobrażam sobie sytuacji, która powstrzymałaby mnie przed obejrzeniem owego dzieła w najbliższej wolnej chwili.
Najbardziej jednak czekałam na kolejny artykuł nowego nabytku „Nowej Fantastyki” – Petera Wattsa, który w poprzednim numerze zauroczył mnie bez reszty. I tym razem nie było inaczej. Temat okazał się niezwykle interesujący, a styl Wattsa nadal mnie zachwyca. Tekst jest mocny i wyrazisty, jak przystało na porządnie napisany felieton, a intrygujący problem, który poruszył autor, nasycił mój – rozbudzony już wcześniej przez naszych rodzimych redaktorów – głód refleksji. Wystarczy mi ich z pewnością na cały dzisiejszy dzień, a może i najbliższy tydzień.
Tematem przewodnim numeru jest jednak, jak nie trudno się domyślić, nowa wersja filmowego Conana. Pierwszą atrakcją dotyczącą tej głośnej ekranizacji jest obszerny i ciekawy artykuł Bartosza Czartoryskiego. Autor przypomniał historię tego bohatera, omówił jego rolę w popkulturze, odwołał się do wszystkich dzieł – literatury, filmów, komiksów i gier – które mają choćby luźny związek z tą postacią. Poświęcił też sporo uwagi innym bohaterom ze świata wykreowanego przez Howarda, a także sporządził krótki spis innych barbarzyńców fantastyki, niewątpliwie inspirowanych Conanem, wskazał podobieństwa i różnice między nimi. Tekst został napisany zgrabnym i prostym językiem, zawiera wiele cennych informacji i czyta się go naprawdę przyjemnie.
Drugim punktem programu, opublikowanym w związku z tą głośną ekranizacją jest wywiad z Jasonem Mamoą – odtwórcą głównej roli. Rozmowa dotyczy nie tylko Conana, pada także wiele pytań o poprzednie filmy fantastyczne, w których zagrał Mamoa. Szczególnie ucieszyły mnie te, w których aktor komentuje swoją, według mnie doskonałą, rolę w serialu Gra o tron. Nie wszystkie tematy poruszone przez Jerzego Rzymowskiego okazały się dla mnie jednakowo interesujące, jednak lektura wywiadu pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie.
Redaktorzy „Nowej Fantastyki” przepytali nie tylko Jasona Mamoę. Marek Doskocz zadał bowiem kilka ciekawych pytań Tomowi Holtowi – autorowi humorystycznych książek fantasy, z których ostatnia, Ziemia, powietrze, ogień i… budyń niedawno miała swoją polską premierę. Z przyjemnością czytałam wyczerpujące i szczere odpowiedzi pisarza, a jego samego odebrałam jako bardzo naturalnego człowieka i prawdziwego profesjonalistę. Niewątpliwie dzięki temu tekstowi moja sympatia do Toma Holta wzrosła, a wyżej wymienioną powieść przeczytam z pewnością – czuję się skutecznie zachęcona do lektury.
We wrześniu dużo miejsca poświęcono także fantastycznym serialom telewizyjnym. Marek Grzywacz w artykule o sporej objętości, zatytułowanym Nowa Brytania prezentuje trzy nowe, ciekawe brytyjskie serie. Autor podszedł do sprawy bardzo rzetelnie, ukazał wiele aspektów opisywanych produkcji, a przede wszystkim potrafił zachęcić mnie do obejrzenia ich. Tekst jest błyskotliwy i charakteryzuje się zgrabnym, prostym, chwilami lekko dowcipnym językiem.
Także Jerzy Rzymowski poruszył temat fantastyki w telewizji. W Fantastycznym sezonie serialowym zamieścił krótkie charakterystyki najnowszych produkcji, które już niebawem będą emitowane przez popularne stacje. Niektórymi z nich redaktor „Nowej Fantastyki” zainteresował mnie bez trudu, do innych nie przekonał. Tekst i oceny poszczególnych seriali ukazują jednak bardzo wyraźnie, przede wszystkim subiektywne gusta Rzymowskiego.
W dziale prozy tekstów dużo, a poziom… bardzo różny. Wśród polskich opowiadań zdarzyły się zarówno bardzo ciekawe odkrycia, jak i utwory, przez które ciężko mi było przebrnąć.
Martwy Siuks i pianista Joe Krzysztofa Kochańskiego zaskoczył mnie nietypową konwencją. Space opera w klimatach dzikiego zachodu z domieszką spirytyzmu? Czemu nie? Szczególnie jeśli opowiadanie zostało napisane dość zgrabnie i ciekawie, fabuła potrafiła mnie wciągnąć, a język – mimo małych potknięć – nie zgrzytał w zębach. Kupiłam ten pomysł.
Ostatnimi czasy mam serdecznie dość zombie i ich apokalipsy. Temat przejadł mi się, a kolejni twórcy już dawno nie wymyślili w jego ramach nic nowego. Tym bardziej zaskoczył mnie Robert Ziębiński z opowiadaniem Dzieci to nasza przyszłość. Chociaż tekst nie zachwycił mnie pod względem warsztatowym, gdyż został napisany drętwym i bezbarwnym językiem, sam pomysł zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Autorowi udało się naprawdę zbić mnie z tropu i zaszokować swoją nietypową, przewrotną wizją.
Zupełnie nie porwała mnie natomiast Inwazja Andrzeja Miszczaka. Nie dość, że tematyka opowiadania zupełnie do mnie nie trafiła, to w dodatku język okazał się zupełnie niezrozumiały. Brnęłam przez cztery strony tekstu powoli i z wyraźnym oporem. Liczyłam na to, że chociaż zakończenie mnie zaskoczy. Niestety, tak się nie stało i teraz, już po lekturze, nie jestem w stanie powiedzieć, o czym właściwie traktuje to dzieło.
Zauroczyło mnie z kolei debiutanckie opowiadanie Leny Jedlickiej – Mara. Charakteryzuje się niesamowitym, hipnotycznym nastrojem i tak samo pełnym niezwykłości językiem. Na zaledwie trzech stronach tekstu autorce udało się wprowadzić mnie w pewnego rodzaju czytelniczy trans, zafascynować historią opisaną w specyficzny, melancholijno-psychodeliczny sposób. Chętnie przyjrzę się dalszym poczynaniom Jedlickiej, gdyż wydaje mi się, że ta początkująca autorka ma wiele do zaoferowania. Jej styl jest charakterystyczny i oryginalny, a warsztat już teraz całkiem niezły. Czekam więc na kolejne utwory z nadzieją, że się nie zawiodę.
Wrześniowa proza zagraniczna to z kolei dwa naprawdę świetne teksty. Zresztą, nie spodziewałam się, że będzie inaczej, w końcu nazwiska obu brytyjskich autorów do czegoś zobowiązują.
Wyjście króla demonów autorstwa Jonathana L. Howarda nawiązuje do sławnego w Wielkiej Brytanii cyklu, którego pierwszy tom ukaże się niebawem także w Polsce. Ja natomiast jestem pewna, że tę książkę kupię. Dlaczego? Urzekł mnie zarówno ciekawy, lekko humorystyczny styl autora, jak i fakt ukazania nietypowego bohatera w nietypowych dla niego realiach. Współczesnego nekromanty Johannesa Cabala trudno nie darzyć sympatią. Opowieść rozgrywa się w scenerii kiepskiej klasy teatru, a ja bardzo lubię taką konwencję. Krótko mówiąc – Howard trafił w mój gust.
Drugie opowiadanie to Jeszcze Większy Zderzacz Hadronów wypróbowanego już i bardzo cenionego przeze mnie pisarza – Toma Holta. Styl i język tego autora są tak specyficzne, że jego dzieło potrafiłabym rozpoznać nawet wówczas, gdyby zostało wydane anonimowo. Tekst jednak diametralnie różni się od twórczości Holta, którą znałam do tej pory – nie jest typową humoreską. Jego największy atut to dobrze przemyślana, ciekawa i zaskakująca fabuła, nie pozbawiona jednak – tak charakterystycznych dla tego pisarza – zabawnych elementów.
W zapowiedziach króluje literatura – i nic w tym dziwnego, bo wrzesień naprawdę obfituje w ciekawe premiery wydawnicze. Warto też zwrócić uwagę na propozycje konwentów, wysunięte przez Rzymowskiego. Redaktor przy okazji pozwolił sobie ponarzekać na wtórny analfabetyzm wśród polskiej młodzieży. I dobrze – taki wstęp tym bardziej zachęcił mnie do przejrzenia działu.
W dziale recenzji książkowych, tym razem zaobserwowałam tendencję zupełnie przeciwną niż zwykle. Egzemplarze sporej części ocenianych powieści trafiły także do nas, z czego kilka przypadło w udziale mnie. Okazało się jednak, że w większości przypadków opinia moja lub innego redaktora Efantastyki zupełnie różniła się od oceny recenzentów "Nowej Fantastyki". Po przeczytaniu trzech recenzji nowości kinowych poczułam się natomiast bardzo zawiedziona. Nie mam ochoty obejrzeć żadnego z nich. Szczególnie przykro mi, że Marcin Zwierzchowski obrzydził mi nową wersję Conana, na którą dotąd nie zdążyłam się wybrać, a miałam na to ogromną chęć. Oczywiście nie jest to winą autora recenzji, ale zapał straciłam – być może bezpowrotnie. Z kolei do przeczytania dwóch pozycji komiksowych redakcja pisma bardzo skutecznie przekonuje.
Niecodzienną niespodzianką, o której wspomniałam już wcześniej, jest darmowy dodatek specjalny, załączony do czasopisma – powieść Andrzeja Tuchorskiego Rezydent Wieży. W poprzednim numerze czytelnicy mieli okazję zapoznać się z opowiadaniem tego autora, które mi osobiście bardzo przypadło do gustu. Tym bardziej ucieszył mnie taki prezent. Książka zasługuje jednak na szczególną uwagę, dlatego o niej na Efantastyce ukaże się osobny tekst – zostanie zrecenzowana przez jednego z naszych redaktorów.
Wrześniowy numer „Nowej Fantastyki” to przysłowiowe dla każdego coś dobrego. I bardzo dobrze! Różnorodność to przecież bardzo pozytywna cecha, którą ja bardzo cenię. Dlatego nie czuję się zawiedziona, i mogę zupełnie szczerze przyznać, że spędziłam z pismem kilka przyjemnych wieczorów.
Paulina Maria "Lorelay" Szymborska-Karcz
dziękujemy wydawcom i redakcji
„Nowej Fantastyki”.


















































Odpowiedzi
A kiedy będzie o
A kiedy będzie o październikowej?