Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Sillikon 2011 – okiem Kariolki

Sillikon...?

– Jedziesz na Sillikon i weźmiesz udział w LARP-ie! – zostałam poinformowana pewnego pięknego dnia przez Umbrę (Dominikę/Kota/taką tam ze studiów). W pierwszej chwili zdążyłam się przerazić, że Kot załatwiła mi operację plastyczną (może jakaś promocja była, licho wie), ale później zaświtało mi, że LARP i silikon raczej nie idą ze sobą w parze, musi więc chodzić o coś innego niż o zabieg kosmetyczny. Czym prędzej zatem dopadłam Internetu i wujek Google uświadomił mi, iż – po pierwsze, nie silikon, ale Sillikon, a po drugie, nie żadna operacja plastyczna, tylko konwent w Przemyślu. Odetchnęłam z ulgą.

Sillikon!

W piątek 27 maja, objuczona bagażami wielkości i wagi słonia, ruszyłam wraz ze zgarniętym po drodze elfem (Edytą/taką tam jedną) na dworzec, by z godnością wsiąść w pociąg zmierzający do Przemyśla. Rzecz jasna godność diabli wzięli zaraz na początku, ponieważ nie wiem jak, po co i czemu w ogóle kilka przejść dworcowych zostało zablokowanych, w związku z czym wielkie stado ludzkie wzięło i poszło się kotłować w jedynym otwartym. Przepchnęłam się przez to z narażeniem życia i wolności osobistej (na widok wielkich tłumów budzi się we mnie prehistoryczna gadzina, która bardzo chętnie by kogoś ubiła, za co – niestety – grozi więzienie) i stanęłam na peronie, mając nadzieję, iż jest to peron właściwy. Wytężyłam wzrok w poszukiwaniu Kota, ale nie widząc jej nigdzie, czym prędzej wpakowałam się w pudło, które właśnie nadjechało, o dziwo – nieopóźnione. Kot objawiła się natomiast na dwie minuty przed odjazdem, zdążyła wsiąść, więc odjechałyśmy bez niepotrzebnych stresów.

Rzecz jasna pociąg nie byłby w pełni szczęśliwy, gdyby tak udało mu się dwa razy pod rząd nie spóźnić, toteż powetował sobie wcześniejsze zaniedbanie i do Przemyśla dotarłyśmy nie dość, że metodą „Ten z dołu mówi, że ten, co leży pod nim, chciałby wysiąść na tej stacji”, to jeszcze z godzinnym opóźnieniem. W związku z ogólnym wytyraniem, zmęczeniem i padnięciem zamiast jechać od razu na konwent, udałyśmy się do siedziby Kota, by rzucić zwłokami o wyrko i odespać swoje przed sobotą. W sobotę natomiast...

Sillikon – dzień drugi, czyli prelekcje, LARP-y czy inne JEEP-y...

O jakiejś nieludzko wczesnej porze zwlokłyśmy się z posłania i ziewając, przystąpiłyśmy do konsumpcji śniadania.
– Tylko jedzcie szybko, bo niewiele mamy czasu, zanim Wircyn (pan i władca konwentu) po nas przyjedzie – ostrzegła Kot i w tym momencie zadzwonił telefon.
– Pewnie przyjechał przed czasem – strzeliła elf z głupia frant i w tym momencie w progu stanął nie kto inny, a tupiący nogami, bo czas goni – Wircyn. Bijąc rekordy świata na wszystkich dystansach, w pięć minut trzy baby były spakowane i gotowe na wkroczenie w świat konwentowy.

Po dotarciu na miejsce Sillikonu dziarskim krokiem ruszyłam w stronę stolika z akredytacjami czy innym badziewiem, poinformować, że ja tu jestem z Efantastyki, przyjechałam robić zdjęcia, pałętać się ludziom pod nogami, przeszkadzać i siać chaos, a w ogóle to chciałabym plakietkę.
– Dzień dobry, ja z Efantastyki... – rozpoczęłam przemowę. Kolega siedzący przy stoliku rzucił mi spojrzenie pełne dezaprobaty.
– Organizacja? – spytał znudzonym tonem.
– Ym, chyba nie. Prędzej osoba relacjonująca czy coś.
– Organizacja. Weź sobie wygrzeb z tego pudła zielony świstek i się podpisz.
Tym oto sposobem nie wygłosiłam wspaniałej mowy, którą układałam pieczołowicie przez całą drogę, a szkoda, bo końcówka była naprawdę niezapomniana. No trudno.

Punkt pierwszy programu, który mnie zainteresował, to była prelekcja Kota, dotycząca tego, jak samu zrobić mapę lub dokument w taki sposób, by wyglądały one na stare. Na początku prowadząca przedstawiła krótką historię pisma, by potem przejść do porad, jakiego papieru do produkcji map i dokumentów używać, jak i czym je barwić, w jaki sposób pisać... Ogółem uczestnicy mieli szansę dowiedzieć się tak naprawdę wszystkiego, co trzeba, by zabrać się do roboty. Niestety czasu było niewiele i prelekcja, jak na mój gust, skończyła się zbyt szybko. Osobiście chętnie bym jeszcze dołączyła do tego warsztaty, by spróbować sobie od razu pod okiem osoby doświadczonej coś tam naskrobać na odpowiednio przygotowanym papierze... No, trudno – może następnym razem się uda?

Następnie popędziłam na prelekcję, która zapowiadała się niezwykle krwawo, ciekawo, krwawo i zajmująco, a traktowała ona o średniowiecznych sposobach nie tylko uśmiercania, ale i tortur. Cóż... Nie wiem, ile dokładnie razy zdążyłam podziękować Bogu, bóstwom i wszelakim innym wyższym instancjom za to, że żyję sobie spokojnie w XXI wieku, nikt mnie na stosie nie ma zamiaru spalić, poodcinać kończyn, wypatroszyć, oskubać ani ze skóry obedrzeć, ale pewnie sporo. Kolega prezentujący swoje wywody poparł je jeszcze odpowiednimi ilustracjami... i w końcu poczułam, że czas najwyższy iść posłuchać nieco o popkulturze.

Spotkanie poprowadził Jakub Ćwiek, dowcipnie pokazując, w jaki sposób można wykorzystywać utarte schematy i jak je łączyć, by powstało coś nowego, coś, co trafi do odbiorców. Wyjechały na tapetę między innymi produkcje powszechnie znane, takie jak Shrek czy Piraci z Karaibów, padło pytanie, dlaczego właściwie odniosły one sukces (tak, drogie panie – Jack Sparrow), omówione zostały też teledyski Lady Gagi i cała masa innych rzeczy, o których już nie dane mi było posłuchać, ponieważ trzeba było galopem przemieścić się na miejsce kolejnej atrakcji konwentowej.

LARP Osada w Wiosce Fantasy, czyli zmiksujmy Modę na sukces z Wiedźminem i zobaczmy, co nam wyjdzie

Wraz z godziną czternastą nadeszła przez jednych z niecierpliwością, przez drugich z lekkim niepokojem wyczekiwana chwila – LARP. Jako że należałam do tej drugiej grupy (no proszę ja was – pierwsze takie wydarzenie w moim dwudziestodwuletnim życiu!), spora część mojej pewności siebie dała dyla i tyle ją widzieli. „Raz Kariolce śmierć” pomyślałam, wzięłam w garść siatkę ze strojem, i ruszyłam za Kotem, elfem oraz resztą ludzi zobaczyć, czy da się to jakoś przeżyć.

Pierwsze, co dość mocno zarzutowało na mój komfort psychiczny, to było... włożenie gorsetu. Zapewne większość bab stuknie się w tym momencie palcem w czoło i spojrzy z politowaniem, a ja nawet przesadnie się im dziwić nie będę. Ale fakt pozostaje faktem – koszulinę wdziałam, spódnicę takoż, a na samym końcu Kot wcisnęła mnie w gorset i była zadowolona. Ja nieco mniej, ale brakło mi powietrza w płucach na jakieś tam większe protesty. Miałam jedynie nieśmiałą nadzieję, że nie będę musiała głęboko wzdychać ani – Matko Boska!!! – szybko biegać. Przyrzekłam sobie zatem od razu przemieszczać się powoli i dostojnie.

Druga rzecz – sama wioska... Gdyby nie to, że widziałam ją już wcześniej na żywo, to pewnie szczęka by mi opadła, obiła kolana, w dół się potoczyła i chała by wyszła, a nie mój udział w LARP-ie, bo musiałabym za nią ganiać. Na szczęście jednak zostały mi oszczędzone podobne rozrywki i mogłam w spokoju dotrzeć na szczyt, gdzie towarzystwo zdążyło się już rozlokować w oczekiwaniu na rozpoczęcie. Minęło kilka chwil i, niech ja w domu nie nocuję, zaczęło się szaleństwo...

Może tak – objaśniać, co to LARP, nie będę, ponieważ wychodzę z założenia, że każdy czytający niniejszy tekst dostęp do Wikipedii posiada, ale za to napiszę nieco o swojej postaci. W skrócie: miałam być piękna niesamowicie, inteligentna jeszcze bardziej, generalnie płeć męska powinna była mi się pałętać pod pantoflami, a ja mogłam sobie w nich przebierać niczym w ulęgałkach. Oczywiście dostałam też kilka zadań do wykonania – przede wszystkim musiałam zakończyć związek z niejakim Trevorem, który podobno zakochany był we mnie szalenie, następnie wyjść za mąż za miejscowego artystę, a przy okazji jeszcze dowiedzieć się, na co jestem chora i wyzdrowieć. Także kłócić się z ojcem, który był kapłanem innej niż moja religii, latać po wiosce, robić zamęt i licho wie, co jeszcze. Ufff, no dobra...

Gra potoczyła się gładko (pomijając fakt, że sporo osób się nie zjawiło i trzeba było naprędce wymyślić, dlaczego – padło ostatecznie na zarazę): do wioski przybyli wysłannicy cesarscy, by nawrócić wioskę na jedyną i słuszną religię, a mieszkańcy, rzecz jasna, stanęli w proteście. Krew się polała, wątek religijny pozostawił te osobiste daleko w tyle, a gracze wykonali naprawdę kawał dobrej roboty, jeżeli chodzi o stworzenie klimatu. Ja natomiast musiałam jedynie przypominać sobie od czasu do czasu, że nie jestem zmurszałą kłodą, biernie przyglądającą się wydarzeniom, tylko istotą żywą, która ma do wypełnienia kilka zadań, zatem może bym się tak ruszyła i coś zrobiła w końcu...?

Od razu powiem, że wypełnianie głównego zadania – to jest zmiany stanu cywilnego – nie poszło mi zbyt niesamowicie, aczkolwiek w ostatecznym rozrachunku wyszło jednak to na plus, ponieważ przyszły mąż-artysta, a niech go licho, okazał się moim bratem, moja choroba – ciążą, i jedynie związku z wcześniej wspominanym już Trevorem nie musiałam kończyć, bo szlag go trafił podczas zarazy. A reszta uczestników LARP-a? Cóż... Kilka grzeszków mniejszych i większych wyszło na jaw, zbuntowane baby urządziły sobie orgię na dachu z udziałem pędzelków, a płeć męska poszła się wyrzynać na most. I nie pytajcie, co ja piłam, bo byłam nieskalanie trzeźwa podczas tego LARP-a!

JEEP, czyli przychodzi baba do lekarza...

Nie było mi dane odetchnąć po wrażeniach LARP-owych, ponieważ dość szybko zostałam poinformowana, że biorę udział w „dżipie”, i wywleczono mnie z salki, gdzie konwentowicze oddawali się z wielkim zapałem grze w Guitar Hero. Znów nie bardzo wiedząc, o co chodzi – najpierw silikon, teraz pojazd – dałam się poprowadzić do innego pomieszczenia, w którym kotłowali się już ludzie. Posadzono mnie na krześle i przykazano słuchać i chwilowo nie zadawać głupich pytań.

Okazało się, że JEEP to taki mini LARP, tyle że odbywający się na ograniczonej przestrzeni i niewymagający przebrania. Wszystko bardzo fajnie, czekałam zatem na rozwinięcie akcji – JEEP miał bowiem polegać na odegraniu tworzenia filmu. Nie posiedziałam sobie jednakże zbyt długo, ponieważ dostałam rolę matki – byłej zakonnicy i pracownicy CIA – chorego śmiertelnie dziecka, które miałam przyprowadzić do lekarza. Przyprowadziłam zatem, medyk (będący chyba po wylewie, bo jakoś dziwnie nogą powłóczył i wodę mineralną zębami otwierał) rozpoczął badanie, a potem... o litości wszechobecna! Sama nie wiem, co opisać. Scenę, w której reżyser i scenarzysta rzucają się sobie do gardeł, bo jedno chce nakręcić dramat obyczajowy, a drugie komedię romantyczną? Czy tę, gdy producent cichcem przemyca na plan herbatę „Sagę”, wodę mineralną „Arctic” i bezczelnie promuje miasto turystyczne Łeba? A może moment, kiedy lekarz pochyla się z Pismem Świętym nad chorym i rzuca tekstem: „Drogie dziecko, Bóg przesyła ci Biblię na powitanie, bo... już niedługo się spotkacie”...? W związku z tym, że nijak nie mogę się zdecydować, napiszę tylko, iż nigdy wcześniej w życiu chyba tak się nie śmiałam, jak podczas tego JEEP-a. W związku z tym matka-zakonnica z CIA umarła śmiercią naturalną, bo zamiast wcielić się w rolę i ubić bezczelnego lekarza, który postawił złą diagnozę, przez co dziecko zmarło, wisiała przewieszona przez oparcie krzesła i piała jak młody kogut, a tymczasem eskulap oddalił się czym prędzej samochodem (zapewne w kierunku miasta turystycznego Łeby) i rozbił na pierwszym lepszym drzewie. Amen.

Konwent zakończył Wiktor – czyli podobno jakaś wielka, potężna i wspaniała burza. Czy była taka naprawdę – nie wiem; zmęczona wrażeniami padłam na materac i zasnęłam martwym bykiem, mając wszystkie nawałnice świata głęboko w poważaniu.

Reasumując: wrażenia pozytywne, konwent ze wszech miar udany i godzien polecenia, a ja, chociaż relacja mocno to sugeruje, naprawdę nie zachlałam się w czarnoziem!

Pees - Polecam jeszcze zerknąć na oficjalną stronę zarówno Sillikonu, jak i samej Wioski Fantasy! Znajdziecie tam więcej zdjęć i ogólnie dużo ciekawych informacji, a jeżeli nie macie stroju na LARP-a, zawsze można to nadrobić z pomocą Rekwizytorium.

Karolina „Kariolka” Burda

Odpowiedzi

portret użytkownika Nubia

"A może moment, kiedy lekarz

"A może moment, kiedy lekarz pochyla się z Pismem Świętym nad chorym i rzuca tekstem: „Drogie dziecko, Bóg przesyła ci Biblię na powitanie, bo... już niedługo się spotkacie”...?"

Ten tekst jest mega xD

portret użytkownika Kariolka

Na żywo był jeszcze lepszy!

Na żywo był jeszcze lepszy! :D

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi