Wilczy Amulet (S.A. Swann)
Zachęcony Wilczym Miotem sięgnąłem po drugą już powieść, opisującą perypetie wilkołaków i Zakonu Krzyżackiego. Przyznam szczerze, ciekawiło mnie, co tym razem zostanie mi przedstawione. I o ile pierwszą część tego cyklu uznałem za interesującą, nawet pomimo iż został w niej zastosowany niezbyt lubiany przeze mnie wizerunek wilkołaka, to wgryzając się (jak na prawdziwego ulfhedinna przystało) w opisywaną teraz książkę, miałem wrażenie, że znam już ten smak aż zbyt dobrze.
Okładka mnie zawiodła. Spodziewałem się czegoś diametralnie innego i naprawdę nie umiem zmienić swego zdania patrząc na zakrwawioną, szponiastą łapę, zapewne należącą do jednego z naszych włochatych milusińskich, z której zwisa amulet wyobrażający łeb demona, wpasowany w coś na kształt krzyża celtyckiego. Nie jest to głowa wilkołaka, a przynajmniej moja wyobraźnia pokazuje ją w zupełnie odmiennej formie. Co więcej, w trakcie lektury miałem wrażenie, że tytuł i okładka powinny zdobić inną książkę. Teraz mogę tylko zastanawiać się nad tym, co miała wywoływać w czytelniku zastosowana szata graficzna. Szarość, czerń i brąz to jej dominujące, nieomal jedyne, barwy. Trochę jak dla powieści grozy... Mnie to nie przekonało, a jedynie zdegustowało.
Swann zachował jednak dużo z wysokiej jakości Wilczego Miotu. Przede wszystkim ponownie urzeka realizm historyczny. Czuć go na każdym kroku, zwłaszcza gdy przychodzi do kwestii uzbrojenia, heraldyki i obyczajowości. Specyfika tego tomu, mam tutaj na myśli ulokowanie akcji na Mazowszu, wymusiła na autorze zapoznanie się nie tylko ze strukturami zakonnymi, ale również zwyczajami tamtejszych Słowian. Na szczęście brak tutaj sienkiewiczowatości. Dzięki temu nie jest to martyrologia czy tym podobna, wysoce działająca mi na nerwy, idealizacja dziejów Polski.
Znów zachwyca prosty, nieskomplikowany język. I dobrze, gdyż zbyt wielka ilość łacinobełkotu, czy bardziej spodziewanego dogmabełkotu, odebrałaby Swannowi jeden z największych atutów. Styl tego autora jest zrozumiały dla przeciętnego czytelnika, który w innym wypadku mógłby zostać zmuszony do wklepywania w słynnego wujka Google czy też niemniej uwielbianą ciocię Wikipedię, ogromnej ilości przeróżnych haseł i, zapewne, dostania ślinotoku podczas czytania kolejnych definicji. Niektórzy i tak pewnie by tego nie robili, odrzucając powieść w kąt.
Akcja jest wartka. Wręcz rwąca, niczym rzeka, spadająca z górskich zboczy. Ciągle coś się dzieje i ciężko oderwać się od lektury choćby na chwilkę. Ma się wrażenie, że na każdej następnej stronie czeka solidna dawka emocji. Swoją drogą, te odgrywają bardzo istotną rolę w omawianej powieści i odnajdziemy tam całą ich plejadę. Od lodowato zimnej, niszczycielskiej nienawiści, po krystalicznie czystą miłość. Sprawia to, że nic nie jest do końca proste, jasne.
Uczucia mieszają się ze sobą, niejednokrotnie doprowadzając główną bohaterkę do zaskakujących, sprzecznych decyzji. Wszystko to zostało podlane wyrazistą, rozbudowaną warstwą psychologiczną. Wewnętrzne rozterki, dylematy natury moralnej i etycznej, a w końcu i duchowej, doskonale oddają sposób myślenia i postrzegania ludzi z okresu historycznego, będącego tłem powieści. Dzięki temu zabiegowi bohaterowie stają się bliżsi, łatwiejsi do zrozumienia oraz zaakceptowania. Wszak, gdy wiemy, że zakonnicy są fanatycznie oddani Bogu, a wilkołakami targa niezaspokojony głód, nie uprzedzamy się do nich automatycznie, lecz pragniemy poznać rządzące nimi mechanizmy.
Co więc sprawia, że Wilczy Amulet nie porwał mnie tak, jak pierwsza powieść Swanna o lykantropach i rycerzach Najświętszej Marii Panny? Świat widziany oczami wilka to chyba jakaś kpina. Według mnie został znacząco przerysowany i, przede wszystkim, zeszpecony. Mogę tutaj pokusić się o wniosek, jakoby stało się tak, a nie inaczej, ze względu na to, że demony Swanna mają wiele cech wspólnych z ludźmi. Nie zmienia to jednak wysoce pejoratywnego zarysowania wilka, co przeczy znanym mi faktom i osobistym doświadczeniom. Stanowi to natomiast bardzo ładne przedstawienie tego, jak postrzegają ten świat ludzie. Przez swój własny pryzmat. To mógłbym jeszcze znieść. Nie pierwsza książka, która tak podchodzi do sprawy.
Znacznie gorsze okazało się, trudne do odegnania, przekonanie, że drugi raz czytam to samo. W innej formie, osadzone w innym miejscu i czasie, ale jednak... to samo. Zmienili się bohaterowie oraz realia, ale coś uparcie mówi mi, że to ten sam schemat. Jakby powieść oparto na słowach kluczach, mających zapewnić jej jak największe powodzenie i popularność. Cóż w tym złego? Nic. Przecież każdy pisarz pragnie, by jego książkę ktoś zechciał wydać, a jeszcze inne persony uznały ją za wartą swej ceny.
We mnie Wilczy Amulet pozostawił uczucie niedosytu i rozczarowania, wtórności. Nie mogę zaprzeczyć temu, że powieść czytało mi się lekko i nawet przyjemnie, ale bez szczególnych rewelacji. Ot, poprawnie napisana książka i niestety nic więcej. Szkoda, bo po pierwszej części nabrałem apetytu na więcej. Cóż... Z całą pewnością pozycja jest jednak warta polecenia ludziom, szukającym czegoś mrocznego, brutalnego, a zarazem mocno psychologicznego i fantastycznego. Natomiast tych, którzy czytali Wilczy Miot może spotkać to samo rozczarowanie co mnie.
Autor: Tyrsonn Ulvhjerte (Kamil „Tyrsson” Gołębowski)
Redakcja: Thordis Ulvhjerte (Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz)

Tytuł: Wilczy amulet
Tytuł oryginału: Wolf’s cross
Autor: S. A. Swann
Projekt okładki: Irina Pozniak
Tom: II
Wydawca: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: kwiecień 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 384

















































