Blogi
Topór duński, czyli o dwuręcznej siekierze wikingów

Wokół oręża zwanego popularnie toporem duńskim wyrosło kilka teorii, a przynajmniej ja tyle słyszałem.
W miniony letni sezon rekonstrukcyjny miałem przyjemność wywijać tego typu orężem. Muszę przyznać, że nie patyczkujący się z przeciwnikami wojownik z takową siekierą, ustawiony za plecami dwóch tarczowników potrafi siać prawdziwą zgrozę we wrogich szeregach. Dzieje się tak, ponieważ niemal dwumetrowe drzewce zapewnia istotną przewagę zasięgu, a sam topornik jest osłaniany przez towarzyszy broni. Ponadto nie jest niczym przyjemnym w trafieniu toporem duńskim. Znaczy my będziemy się cieszyć, jeśli nim wywijamy, ale nasi wrogowie nie.
Słyszałem teorie, jakoby wojowie uzbrojeni w ten oręż stawali w pierwszej linii. Jest to chyba najgłupsza rzecz o jakiej słyszałem. Pozbawieni osłony tarcz stawali się ekstremalnie wrażliwi na ostrzał i wrogie włócznie. Możecie to włożyć między bajki. Chyba, że za topornikami ruszą dwa szeregi włóczników i cała formacja zaatakuje z biegu. Wtedy nie miałbym najmniejszej ochoty przyjmować tego na tarczę.
Co zaskakujące odpowiednie wyważenie drzewca i żeleźca mogą zaoferować nam broń relatywnie lekką, co daje większą szybkość uderzania. Topór dzierżony przeze mnie na załączonej fotografii był, dla przykładu, tak lekki, że mogłem go używać razem ze standardową tarczą rekonstrukcyjną, tak zwaną 70tką.
Jaki jest zatem mój wniosek odnośnie duńczyka? Miłe to... Pod warunkiem, że ty masz go w łapie, a nie twój przeciwnik.
Dlaczego książka jest ciekawa?
- Mamo nudzi mi się.
- Poczytaj książkę.
Pod wyraz "mama" możemy wstawić bardzo wiele słów. Jest to uniwersalny dialog, zasłyszany z domu, z wyjazdu i innych miejsc. Któż z nas nie słyszał takiej odpowiedzi? Kto z nas nie znalazł się po jednej lub nawet po obu stronach tej konwersacji? Dlaczego książki są w stanie zabić nudę? Dlaczego ich pożądamy ? Ostatnio dużo się nad tym zastanawiałam. Z początku wydawało mi sie to trudnym pytaniem, ale postanowiłam na nie odpowiedzieć. Książka od zawsze budziła moje zaciekawienie. Co zawierały jej stronice? Co autor miał na myśli? Nigdy nie odpowiadała na moje podstawowe pyatania, co do życia, bo na te trzeba samemu odpowiedzieć.
Wchodzę do księgarni. Jak zwykle tłoczno, bo to centrum stolicy. Przy półce siedzi grupa młodo wyglądających osób. Przyglądam sie im ukradkiem. Czytają. Nawet nie rozmawiają ze sobą, chociaż odległość między nimi wskazuje na to, że razem tu przyszli. Widzę ich oczy wrecz żarłocznie wpatrujące sie w stronice książki; ręce przewracające w pośpiechu strony. Staję przed nimi, żeby sprawdzić, co zrobią. Szybkie zerknięcie i już czytają dalej. Dlaczego? Z ciekawości. Więc, co sprawia, że książka jest ciekawa?
Ludzie z natury są poszukiwaczami. Od zawsze za czymś gonią i czegoś szukają. Z potrzeby, z ciekawości. Według historii ludzkości, człowiek pradawny to przede wszystkim zbieracz i myśliwy. Poszukuje pożywienia, aby przeżyć. Wiąże się to z niebezpieczeństwem. Czy już w tamtych czasach istniała ciekawość? Istniał na pewno jej zalążek, ale na tyle silny by zaistnieć w dalszych dziejach. Mówi się, że ciekawość zabija. Nie zawsze. Owszem wiązało się to z ryzykiem, gdy człowiek zobaczył ruch w pobliskich zaroślach. Nigdy nie wiadomo było, co w nich siedzi. Może zwierzyna łowna, a może polujący na człowieka tygrys. Ciekawość więc równa się ryzyko.
Czlowiek starożytny kieruje sie już innymi potrzebami - poza podstawowymi (fizjologicznymi), także potrzebą stworzenia kultury, na którą składa się wiele czynników. Na przykład literatura. Pojawia sie więc pierwszy plan (jak u czlowieka pradawnego) i nowy, drugi plan. Potrzeba zaspokojenia ciekawości. Poszukiwania prawdy w świecie niekiedy nieprzyjaznym i wrogim. Jeszcze nie jest to tak niszczycielska i zarazem budująca siła jak później, ale działa.
Prawdziwy złoty okres ciekawości ludzkiej zaczyna się, moim zdaniem, w XVIII wieku. Po czym można to stwierdzić? Ciekawość zawsze równała się rozwój, jeżeli była masowa. Potrzeby mas bowiem sprawiały, że zdobytą wiedzę przetwarzano na różne sposoby. Potwierdza to fakt obecnosci Wielkiej Rewolucji Przemyslowej – gwałtownego skoku ludzkości naprzód. Już wtedy ciekawość napędzała człowieka i rozgrzewała w nim wole walki o kulturę i edukację. Coraz więcej osób umiało czytać, a więc i uczyc się samemu, bez ponoszenia dodatkowych kosztów.
Słowo "zbieracz" ewoluuje i znajduje nowe zastosowania. Zbieraczy informacji ludzie nazywają naukowcami. Pierwsze informacje zostają zapisane. Ciekawość bierze górę. Człowiek uczy sie czytać, a potem pisać by zgłębiać wiedzę zdobytą i przekazywać ją dalej. Na ciekawości zbudowano ten świat, bo gdyby nie ona, czy Kolumb przepłynąłby ocean w poszukiwaniu nowego lądu? Czy Kopernik dowiedziałby się o tym, ze to właśnie Słońce stoi w miejscu, a Ziemia się porusza? Bez ciekawości nie ma nauki, nie ma edukacji, a co za tym idzie wynalazków.
A dzisiaj? Człowiek nie panuje już nad ciekawością. Czaswem jest ona nawet silniejsza od potrzeb fizjologicznych. Stała się ona nieodzownym elementem naszej cywilizacji. W dawnych czasach, ktoś bardzo ciekawy mógł przeczytać jedną, dwie ksiażki w życiu. Dzisiaj czytamy ich tysiące. Miriady słów. Kto nie umie czytać będzie wiecznie sfrustrowany.
Wiele razy słyszy się od dzieci chodzących do szkoły: „Gdybym mógł/mogła tylko uczyć się tego, co mnie ciekawi...” . A gdyby mogły, to co by się stało? Może ludzkość jeszcze raz przeżyłaby wielki skok naprzód. Może zamiast tkwić w szkole, dzieci uczyłyby się w bardziej przyjaznym srodowisku – na przykład w domu? Może jak dotad nieodkryci geniusze stali by się ikoną współczesnego świata?
Zaspokajanie własnych potrzeb daje szczęście. A ciekawość jest potrzebą. W dzisiejszych czasach to silnik napędzający koło fortuny. Jak wczesniej wspomniałam to siła nie tylko budująca, ale i niszcząca. Ciekawośc zabija, to prawda. Ale i uczy. Wybór jest ciężki. Ryzyko jest różnorakie.
Dlaczego siegam po książkę? Czy nie dlatego, że człowiek wyewoluował i kieruje sie już głównie potrzebą informacji? Wystarczy jedno słowo, aby zaciekawić. Tajemnica. Czlowiek łaknie ich odkrycia, jak najwięcej. Nie wie jednak, ze jego ciekawość nigdy nie zostanie zaspokojona, bo za jedną odpowiedzią piętrzy się stos pytań. Garść tajemnic jest dla nas więcej warta niż prosto podanej informacji kilogram. Dokąd to zmierza? Czy ciekawośc wrescie nam się znudzi?
Książki są ciekawe, bo są przyszłością i przeszłością, a my jako tak zwana teraźniejszość nie mamy pojęcia co się w nich kryje. Poszukujemy w nich siebie, co samo w sobie jest przygodą lub po prostu chcemy zobaczyć, co komu w głowie siedzi. Książka jest doskonałym zapisem cudzej głowy. A ciekawość jej stronic? To już prawie fizjologia.
Moja pierwsza recenzja - Czerwień Rubinu
Dopiero wyszła spod pióra. Pochwalę sie chociaż nie wiem czy jest czym. Moja inspiracja do własnej powieści - Czerwień Rubinu.
Może nie ostatnio, bo już kilka miesięcy temu, pojawiła sie na półkach książka Kerstin Gier Czerwień Rubinu, wydawnictwa Literacki Egmont. Tylko przypadkiem ją zauważylam, przechodząc obok półki z literaturą młodzieżową. Jak zwykle zainteresowała mnie okładka i napisy na niej, które głosiły szumnie: Międzynarodowy Bestseller. Miłość, Tajemnica, Podróże w czasie, Przygoda. Oczywiście moja reakcja na miłość była po prostu kiepska. Znowu jakiś paranormalny romans, pomyślałam. Od takich bowiem w pewnym okresie aż roiło się na półkach z literaturą dla mlodzieży. Nie wiem jak jest teraz, bo zmieniłam półki, ale kiedyś tak było. Ale brnęłam dalej. Tajemnica nie zrobiła na mnie dużego wrażenia, bowiem chyba w każdej książce się ona pojawia, ale Podróże w czasie? Już nawet nie doczytałam Przygody. Podróże w czasie to miła odmiana po wampirach, wiec pomyślalam, ze może być ciekawie. Wzięłam książkę pod swoje skrzydła i przeczytałam, nie zatrzymując się ani na chwilę.
W istocie dzieło Kerstin Gier traktuje o podróżach w czasie, jednak, moim zdaniem, brakuje tam paranormalnego romansu. Co prawda jest wątek miłosny, ale dotyczy on dwójki względnie normalnych i podobnych do siebie schematem osób. Rażące jest jednak to, że wątek miłosny niekiedy przyćmiewa wątek główny. Początkowo myślałam, że to dość często spotykany układ. Dziewczyna trafia na niedostępnego chłopaka, zakochuje się w nim bez pamięci, nie liczy na odwzajemnienie, aż nagle takowe się pojawia. Jednak autorka zaskoczyła mnie zakończeniem. Nie sądziłam, że sytuacja rozwinie sie w ten sposób.
Dodatkowo niezbyt chwalebne jest to iż autorka zrobiła z głownej bohaterki głupiutką i lekkomyślną dziewczynę, ale tego można było sie spodziewać po opisie z tyłu książki : "Gwendolyn ma szesnaście lat(...)". Z racji wieku jest jeszcze zmienną nastolatką, co być może zniechęci wsiększość starszych odbiorców. Według mnie trochę brakuje jej charakteru. Jest jakby bezbarwna i przezroczysta, dostosowująca się elastycznie do zaistniałej sytuacji, ale nie mająca własnej sygnatury na tle tekstu.
Kompozycja książki jest typowa dla pierwszego tomu trylogii i skupia sie na wprowadzeniu w świat autorski. Moim zdaniem dość pospolicie. Przypomina mi schemat wielu książek z kategorii młodzieżowych, które miałam okazję czytać. Ciekawym urozmaiceniem powieści są Kroniki Strażnikow, które pojawiają się przed każdym rozdziałem. Prolog i epilog zdają się służyć tylko zbudowaniu klimatu, którego nie ma w pozostałej części ksiązki, bowiem dialogi z epoki są zupełnie nowoczesne i nie pasujące do sytuacji. Psuje to trochę opinię o książce. Tak samo jak pewne błędy w merytoryce, na ktore zwróciłam uwagę i które nijak nie są wyjaśnione.
Książkę cechuje dość prosty język, co z jednej strony jest wadą ( nie sprosta wymaganiom niektorych czytelników), a z drugiej zaletą (trafi do szerokiej rzeszy odbiorców). Brakuje tutaj opisów. Pojawiają sie one raczej sporadycznie i są mało kunsztowne, ale naprawdę barwne i miłe dla wyobraźni. Dialogi są nieco wymuszone, slużą tylko rozwijaniu akcji i wyjaśnianiu wielu spraw z nią związanych.
Czerwień Rubinu ma też sporo zalet. Jest to powieść niezwykle romantyczna i choć tak prosto skonstruowana to jednak wciągająca i budząca u czytelnika różnego rodzaju tęsknoty. Pojawia sie tam wiele pytań, na ktore odpowiedzi znajdziemy zapewne w ostatniej części, co jest typowe dla trylogii. Zachęca to do dalszego czytania i coraz szybszego przewracania kartek książki. Dodatkowo intrygujące podróże w czasie, tajemnice związane z nimi oraz niepewność przyszłości. Autorka daje bardzo mocno do zrozumienia, że nie znasz siebie z przyszłości i nigdy nie wiesz do jakich czynów popchnie cię los. Zachęcam do przeczytania te osoby, które lubią tajemnice dręczące umysł oraz niepoprawnych romantyków. Będziecie zachwyceni. Wymagającym czytelnikom polecam Czerwień Rubinu jako lekką i "zwiewną", rozluźniającą umysł powieść pomiędzy dwoma innymi, bardziej skomplikowanymi.
Ksantyd, część pierwsza.
Jak już zapowiadałam wcześniej, pierwsza część opowiadania o Ksantydzie wyszła dopiero co spod pióra ( a raczej klawiszy komputerowych). Zapraszam do czytania, bo czemu nie :)
Ksantyd od zawsze był naczelnym hultajem Draconisu. Nie przestępcą. On siebie nie uważał za przestępcę. Zlodziejaszek to jeszcze, ale przestępca? To do niego jakoś nie pasowało. Przecież nikogo nigdy nie zabił. Fakt czasem groził, że zabije, ale to tylko puste pogróżki. Bez pokrycia. W ostateczności przecież miał w miarę dobre serce, co miało okazać się niebawem, a o czym Ksantyd jeszcze nie wiedział. Eidolon, czyli zmiennoksztaltny, nigdy nie był większy niz przeciętny człowiek. Ksantyd na jego szczęście, bądź nieszczęście, zaliczał się do tej niewielkiej grupy. Dzięki darowi zmieniania własnych i cudzych kształtów, wyglądał na dość groźnego. Bycie eidolonem miało zarówno swoje zalety jak i wady. Zaletą było na przykład to, ze potrafił wyczuć i usunąc z organizmu trucizny. Albo to, że mógł wyglądać jak tylko chciał. Mógł też zmieniać swój kształt do tego stopnia, żeby przypominać zwierzęta, a to było przydatne przy szpiegowaniu czy nawet przy drobnych kradzieżach. Wadą był mikry wzrost i słabe punkty oraz nadmierna wrażliwość na ból. Ksantyd wyglądał jak każdy eidolon - dziwnie. Miał spiczaste uszy, włosy do szczęki w kolorze ciemnej zieleni, zakrzywione szpony, rogi wystające z czoła i duży ogon skorpiona. W przeciwieństwie do innych nie był aż tak dziwny. Gdyby chciał, w ułamku sekundy bezboleśnie stałby sie zielony niczym niedojrzałe jabłko ze Świata Ludzi. Ale nie chciał, bo każdy wyglądał dobrze to dlaczego z nim miałoby być inaczej.
Ksantyd słynął z tego, że miał wielu lojalnych mu przyjaciół. I jakież było jego zdzdiwienie, kiedy przyjaciele ci, zazwyczaj gotowi za niego zginac tak samo jak on za nich, stanęli przeciwko niemu. A było to tak.
Eidolon przemierzał pieszo główną drogę Draconisu, kierując się do karczmy. Zostawił tam swojego rumaka, chcąc załatwić kilka spraw. Obłożył go zaklęciem chroniącym, aby nie kusił koniokradów. Vesil, ów dumny rumak, miał ponad dwie hoki wzrostu czyli na nasze około dwóch metrów z hakiem. Vesil był dobrym koniem. Wiele razy ratował swego pana przed niebezpieczeństwem. Tak jak wtedy, kiedy za drzewem czekała na niego straż z gotową pułapką. Vesil nawet nie chciał przejść przez kladkę, za co Ksantyd skopał go niemiłosiernie po brzuchu. Dopiero, kiedy zza drzewa wyskoczył oddział uzbrojonej straży Draconisu, zrozumiał, co koń na swój sposób próbował mu przekazać.
Ksantyd zobaczył, że przy Karczmie stoją jego przyjaciele. Było to dość dziwne zważając na to, że zasady nakazywały im nie spotykać się w miejscach publicznych takich jak Karczma pod Krwawym Smokiem. Zmarszczyłby brwi, gdyby je miał. Zamiast nich, czolo Ksantyda zdobiła prawie niewidoczna fałda skórna, tworząc dwa cienie, kształtem przypominającwe luki brwiowe. W każdym razie obezność przyjaciół go zadziwiła. Zastanawial sie prezez chwilę co oni kombinują, gdy jeden z nich wskazał na niego i ruszył w jego kierunku, a reszta ochoczo za nim. Ksantyd przystanął. No cóż, nie wyglądało, żeby szli mu na powitanie, szczególnie, że ten, ktory go wcześniej wskazał wyjął miecz z pochwy. Eidolon nie miał pojęcia o co chodzi.
- Ty! Zdrajca! - wykrzyczał Herdo, ten na czele, nie mogąc się powstrzymać.
Ksantyd nie pytał nawet. Jeżeli nazwali go zdrajcą to z pewnością nie odpowiedzą mu na podstawowe pytanie: Niby z jakiej paki? Odwrócił sie na pięcie i pobiegł w drugą stronę. Biedny Vesil musiał jeszcze trochę poczekać. Ksantyd za sobą słyszal tupot trzech par nóg i zgrzyty wyciąganych mieczy. Instynkt ucieczki do reszty przejął jego umysł.
- Zdrajca! Zdrajca! I tak sie nie ukryjesz szczurze! Łajdaku! Patrzcie jak ucieka szmira jedna!
Eidolon uciekał, co sił w nogach. Tego go z pewnością nie nauczyli w Akademii. Taktycznych odwrotów. Nie chciał walczyć z przyjaciółmi, cokolwiek im zrobił. Skręcił w ciasną uliczkę i zapierajac się nogami o dwie ściany wszedł na dach. Zobaczył jak jego prześladowcy zatrzymują sie zdezorientowani. A potem spojrzeli w górę.
- Tam jest! - wykrzyczał Herdo i zaczął wdrapywać się po ścianach, dokładnie w ten sam sposób co Ksantyd przed chwilą. Niestety nie był eidolonem, a więc tym samym nie był aż tak giętki, żeby zrobić serię prostych acz wymagających nadzwyczajnego sprytu ruchów. Runął tym samym na swoje siedzenie z wysokości półtora hoki.
Ksantyd nie marnował czasu. Uciekał już po dachach skacząc po nich jak królik między bruzdami zaoranego pola. Myślał gorączkowo nad tym gdzie może sie schować, kiedy jego noga natrafiła na spróchniałe drewno i wpadła po kolano do pomieszczenia poniżej. Ksantyd wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i spróbował się wydostać z potrzasku. Niestety kręcąc się i wijąc jak piskorz poszerzył dziurę do takiego stopnia, że wpadł cały przez nią do środka.
Jakież było zdziwienie Herdo, kiedy już wdrapał się na dach razem ze swoimi kumami. Ksantyd niespodziewanie zniknął im z oczu. Deportował się czy co? No to kiszka, pomyślał. Tym razem go nie dopadli, jaka szkoda. Przecież by mu łeb ukręcili przy samej dupie za nasłanie Zabójców. Bo kto inny mógl to zrobić jak nie Ksantyd. Tylko jego nie dopadli, tylko on był takim szczęściarzem. Albo zdrajcą. Herdo obrócił sie do swoich towarzyszy.
- Deportował się. Nic tu po nas. Szczur.
Tymczasem, kilkanaście metrów dalej i piętro niżej...
Ksantyd dostał czymś mocno w głowę. Prawdopodobnie podłogą. Tak, to zdecydowanie ona nabiła mu wielkiego guza na czole. Leżał na ziemi, nasłuchując, cichy jak mysz pod miotłą. Zdawało mu sie czy glosy na dachu ucichły? Nie dosłyszał, co mówili, bo tuż nad jego uchem rozległ się namiętny głos kobiecy.
- Droga twa długa. Czeka na ciebie. Oni- źli- wierzą w klamstwo. Ty- równie zły- dziś niewinny.
Ksantyd podskoczył jak oparzony uderzając kobietę tyłem głowy w nos. Ta zatoczyla się i zaklęła brzydko. Tupnęła nogą ze złością. Zaklęła po raz drugi, trzeci i czwarty.
- Co u... ? - spytał, nie kończąc i rozmasowując drugiego guza na potylicy.
- Na kaganki mocy! Co za dureń! Mówiłam, że musisz uciekać, bo cie powieszą i wypatroszą jak świniokrada, za to, ze ktoś naslał na nich zabójców. - wysyczała i dodała - Żywcem.
- Ale niby za co? - Spojrzał na nią. Miała zielone, wielkie oczy umieszczone trochę daleko od siebie i słomiane włosy. Słomiane fakturą nie kolorem. Barwą przypominały raczej odchody alpaga - czworonożnego zwierzęcia o wyglądzie tygrysa ze Świata Ludzi.
- Za łajno! - wykrzyczała zniecierpliwiona.
Ksantyd sapnął, z deczka już rozjuszony. Niczym byk przed atakiem. Wstał szybko i podszedl do wstrętnej baby.
- Kto jesteś?! - wykrzyczał, plując na jej brzydką twarz, która była równie czerwona, co jego. Kobieta obnażyła zęby w krwiożerczym uśmiechu.
- Wieszczka Amatyliada.
I wtedy zrozumiał, co powiedziała. Przedziwny przypadek bowiem sprawił, że tamtego dnia Ksantyd był pijany, toteż nic nie pamiętał. Nie pamiętał, że lezał pod stołem w karczmie niczym wór skórnomięśniowy i że jego koledzy dość niewygodnie zaleźli za skórę pewnemu mieszkańcowi Draconisu, który przypadkiem był też jednym z głównych składników dania zwanego "Mafią Dracońską" . Mimo, ze nie pamiętał, to czuł, że ma kłopoty. Zgodnie z tym, co wieszczka mu oznajmiła po pierwsze - był niewinny, co miało jednak niewielkie znaczenie. Po drugie ktoś nasłał Zabójców na jego kumpli. Ksantyd zmierzył umownie kaca jakiego miał dziś rano i stwierdził, że musiał być tak pijany, że wręcz nieżywy. Jesli wiec uznano go za martwego, to zapewne pozostala piątka wbiła pierwszy gwóźdź do wlasnej trumny, zadzierając z kimś, kto nie da sobie w kaszę dmuchać. Wieszczka była dobra. Musiał uciekać.
***
Ciag dalszy nastąpi... jak nastąpi :)
No to zaczynamy !
Bo dlaczego nie.
Już dawno rozmyślałam nad tym, żeby się tu pojawic. (wybaczcie mi brak "cie", ale piszę z komputera kolegi i mu nie działa "cie" ) ;P
Soł rosioł. Nie bardzo ogarniam jak działa blog na efantastyce (może mi ktoś to wytłumaczy 8D ). W każdym razie tak sobie myślę... Można tu publikowac własne teksty, czyż nie? Jeżeli tak, to mnie to urządza :)
Mam sporo pozaczynanych powieści i opowiadań, ale tutaj będę pisac miniaturki o aniołach (możliwe, że nie tylko, ponieważ jestem zakochana w moim autorskim Draconisie). O takich tru anieliszczach, żadnych tam świętoszkach (no chyba...chociaż niektórzy z moich bohaterów będą myśleli, że są idealni...). Może nie jestem jakąś wybitną pisarką, ale uczę się, uczę. Może niektórzy z was pamiętają "Ziemię Upadłych" ? Wita was jedna z dwóch jej twórczyń. Dla tych, którzy nie wiedzą - "Ziemia Upadłych" była kiedyś PBF-em, ale niestety nie wyszło nam z Lorelay tak dobrze, jak chciałyśmy :(. Mimo wszystko spędziłyśmy nad tym trochę czasu i chciałabym pisac (wciąż) w tej tematyce, nawet jeżeli mam to robic tylko dla siebie :)
Może nawet dzisiaj coś jeszcze skrobnę.
Pozdrawiam wszystkich!
Asatru misyjne.
Przed typowy, szary, polski blok, podjechał dziwny, podłużny bus o niespotykanym powszechnie kształcie. Z powodu panujących ciemności wyglądał na pierwszy rzut oka jak długa, masywna kłoda z dwoma, rzucającymi żółte snopy światła, reflektorami. Dopiero po dłuższej chwili można było wyodrębnić dość kształtów, by zrozumieć, iż jest to z pozoru zwyczajny bus szkolny, przerobiony na coś, co w założeniu miało przypominać drakkar. Efekt końcowy był jednak daleki od ideału, niemniej jednak owo dziwo mogłoby wystraszyć nie jednego pijaka.
Gdy silnik przestał rzęzić po obu stronach pojazdu otworzyły się duże, prostokątne drzwi, zalewając szary trawnik żółtawym blaskiem. Z busa wychynęło kilka masywnych postaci, szybko tworząc linię przed jednym z bloków. Stało się to tak nagle, że dopiero gdy już stanęli było widać ich zacięte twarze, wypolerowane kolczugi, okrągłe tarcze i błyskającą złowrogo broń. Włócznie i topory. Na końcu stanął przed nimi wyjątkowo masywny i postawny jegomość w bogato zdobionym złotem hełmie okularowym typu vendel, obrzeżonej miedzianymi kółkami kolczudze, długim płaszczu z futrzanym obszyciem i wspaniałym mieczu, którego wściekły blask nieomal raził oczy.
-Dziś stajemy tutaj, by ponownie ruszyć po chwałę i sławę! By nieść naszą świętą wiarę tam, gdzie zdaje się ona nie docierać!- przemówił wojownik gromko i dumnie.-Dziś raz jeszcze nasze ostrza pójdą w ruch, nasze słowa ukażą chrystom prawdę!
Odpowiedziały mu radosne, pełne niezachwianej siły okrzyki, którym towarzyszyło wznoszenie w górę oręża i skandowanie prastarej modlitwy: "Odyn! To Furia! Odyn To Siła! Odyn, Odyn, ODYN!!!"
Zanim umilkł ostatni okrzyk wojownicy szli już za swym jarlem, który zapukał do pierwszych drzwi. Otworzył mu niewysoki, grubawy człowiek ze srebrnym krzyżykiem na szyi. Jarl przemówił do niego, tym razem spokojnie i rzeczowo.
-Chwała! Chciałbym porozmawiać o Odynie.
-Idź się lecz ty wariacie!- wrzasnął rozhisteryzowany staruszek zamykając drzwi.
Na jego nieszczęście jarl zdołał wcześniej zablokować je swoją wspaniałą tarczą.
-Poprawie się dobry człowieku. Ja POROZMAWIAM z Tobą o ODYNIE!
Wojownicy czekali skupieni, w milczeniu. Jarl już dwadzieścia minut wykładał temu człeczynie asatryjskie świętości. Zazwyczaj trwało to o wiele krócej... Nagle ciszę przerwał krzyk ranionego, a z drzwi do mieszkania wypadł jarl, dzierżąc okrwawiony miecz.
- Nie było ratunku dla tego kpa!-zawył radośnie, kierując się ku następnym drzwiom.-Brać wszystko co ma wartość! Resztę spalić!
Trwało to aż do rana. Gdy przerobiony na drakkar bus odjeżdżał cały blok stał w płomieniach, a pobliskie drzewa uginały się od wisielców... W busie pobrzmiewała natomiast prastara, uwłaczająca pieśń: "Odyn! To Furia! Odyn To Siła! Odyn, Odyn, ODYN!!!"
Kamil "Tyrsson" Gołębowski
Anielskie tęsknoty...
Dawno już zapomniałam
jak to jest czuć na sobie
dotyk śnieżnobiałych skrzydeł
muskanie piór na policzkach
Chciałabym znów zatopić się
W ramionach mojego anioła
który upadł z nieba
a nie stracił bieli
Bo on nie jest złem
nie jest diabelskim nasieniem
za bardzo tylko ukochał
życie śmiertelnika.
Z dedykacją dla M.
Różyczka
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- …
- następna ›
- ostatnia »
























































