zamarly - blog
dzwon
Leśnym duktem pędziły wozy. Prędkość, którą rozwijały, w każdej chwili groziła katastrofą. Jakikolwiek większy wybój, lub nierówność mogły doprowadzić do urwania koła i wywrotki. Niepomni na to ludzie bezlitośnie poganiali konie zmuszając je do morderczego biegu. Do woźnicy siedzącego na pierwszym wozie w pełnym galopie podjechał konny.
- Nie zdążymy – krzyk młodziana siedzącego na koniu zabrzmiał piskliwie pośród głuchego tętentu kopyt.
Człowiek siedzący na koźle rzucił za siebie szybkie spojrzenie.
- To na razie tylko ich forpoczta, wiesz co masz robić.
Siedzący na koniu Przemko w lot zrozumiał intencję brata. W powietrzu rozległy się dźwięki gwizdka i nie minął pacierz jak wokół niego uformowała się dwunastka zbrojnych konnych.
Odczekali chwilę i gdy zniknęli z oczy goniących ich tatarów błyskawicznie zapadli w las po obu stronach drogi.
Gdy tylko oddział młodszego brata zniknął w lesie, Jan zaczął kląć. Klął wyszukując najbardziej ordynarne słowa, nie pozostawiając na obiekcie swoich złorzeczeń suchej nitki. A to, że tym obiektem był on sam nie łagodziło w żadnym stopniu jego wściekłości. Jak mógł dopuścić, żeby ochroną taboru zajął się Przemko. Tyle razy tłumaczył sobie, że nie powinien narażać brata na takie niebezpieczeństwo, a i tak w końcu i tak uległ jego namowom.
- Przecież mogłem zatrudnić najmitów, a Przemka wziąć do pomocy na wozy. Jak mogłem być tak lekkomyślny, przecież jeżeli mu się coś stanie to nigdy sobie tego nie wybaczę.
Zgodził się tylko dlatego, że wyprawa zdawała się zupełnie bezpieczna. Karawana nad morze po jantar nie stwarzała żadnego ryzyka. Atak Tatarów zupełnie ich zaskoczył i nagle cała ekspedycja znalazła się w wielkim zagrożeniu.
- Byle tylko wrócił, już przecież musimy się zbliżać do Krakowa, jeszcze tylko parę staj i będzie most za którym będziemy bezpieczni – Jan szeptał do siebie – byle tylko wrócił.
Fakt, że ich ojciec zmarł, gdy Przemko był jeszcze bardzo mały, sprawił, że starszy brat praktycznie zastępował go młodszemu. Jan czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo młodego narwańca, nawet teraz, gdy osiągnął on już wiek męski. Od najmłodszych lat Przemko był zapatrzony w starszego brata i zawsze chciał iść w jego ślady. Na początku Janowi bardzo się podobało niemal bałwochwalcze uwielbienie, którym darzył go Przemko, ale później odkrył, że wiąże się to z wielką odpowiedzialnością. Nigdy nie zapomniał wyrazu oczu matki, gdy z jednej z ich wspólnych wypraw Przemko wrócił ranny. Na samo wspomnienie zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.
***
Manewr krycia się w lesie i zastawiania pułapki ćwiczyli wielokrotnie, ale co innego trenować a co innego wykonywać w pełnym zagrożeniu. Przemkowi wydawało się, że zanim wyhamował wierzchowca, zeskoczył z niego i przypadł na skraju drogi minęła cała wieczność. Na szczęście grupka najszybciej ścigających ich dzikusów jeszcze nie nadjechała. Zdążył wyszarpnąć pistolety i szybko się pomodlić zanim nadjechali trzej pierwsi wrogowie. Szybko dał znak kusznikom, że ci należą do nich. Trzech to za mało by użyć pistoletów i alarmować dalsze oddziały nieprzyjaciół. Sześć bełtów przeszyło powietrze i nieomylnie odszukało swe cele. Dwóch wrogów spadło z koni, więc kilku ludzi z oddziału błyskawicznie wciągnęło ciała do lasu, luźne konie pognali precz, by nie alarmować następnych napastników. Trzeci z tatarów utrzymał się w siodle, ale dwa bełty sterczące mu z pleców pozwalały na to by się nim już nie przejmować.
Przemko przez chwilę zastanawiał się czy, nie podążyć za wozami, ale postanowił jeszcze poczekać.
- Żeby ich nie było więcej niż dwa tuziny, Matko Boska spraw by ich nie było więcej a będę cię sławił po wsze czasy– szeptał cichą modlitwę, obserwując jak jego ludzie niecierpliwie wypatrują nadciągających wrogów. Nerwowo wsłuchiwali się w odgłos kopyt niosący się leśną drogą. Nagle z zza załomu wyłoniła się następna grupa ścigających. Przemko szybko ocenił, że nie wypada więcej niż po dwóch przeciwników na każdego członka oddziału. Dał znak swoim ludziom i przygotował się do strzału.
Dwadzieścia cztery wystrzały zlały się w jeden huk. Większość z pędzących napastników padła jak rażona gromem. Na pozostałych, z lasu, wyskoczył Przemko wraz ze swoim oddziałem. Ciął szablą najbliższego napastnika zwalając go z konia i błyskawicznie dobił sztyletem, który trzymał w lewej ręce. Poszukał wzrokiem następnych przeciwników, ale walka była już skończona. Jego towarzysze piorunem uporali się ze zdezorientowanymi tatarami.
- Na koń i jak najszybciej do wozów – Przemko szybko wydawał rozkazy – ciał nie chować, jak je zobaczą będą chcieli zebrać się w większą grupę.
Pognali cwałem.
***
Oddział Przemka dogonił wozy tuż przed wyjazdem z lasu. Jan odetchnął, gdy tylko zobaczył brata prowadzącego swój oddział. Chciał mu powiedzieć jak bardzo się cieszy z jego powrotu, ale jak zwykle na takie wyznania nie starczyło czasu.
- Zbliżamy się do mostu – starszy z braci przejął dowodzenie – trzeba osłaniać wozy. Sprowadź dla mnie konia żebym mógł dowodzić obroną.
- Ochrona karawany to moja sprawa – Przemko kategorycznie sprzeciwił się Janowi – ja jestem dowódcą ochrony i to ja będę dowodził. Ty musisz zająć się wozami.
Widząc stanowczość w oczach brata, Jan zrezygnował z kłótni wiedząc, że nie będzie w stanie przekonać Przemka.
- Nie narażaj się, bo co ja matce powiem.
- Powiesz jej to co zwykle – młodszy z braci uśmiechnął się – powiesz, że wróciliśmy ze skarbem do domu.
Przemko już miał odjechać w stronę swojego oddziału, gdy nagle coś mu się przypomniało.
- Pamiętaj bracie, gdyby mi się coś stało to obiecałem Maryi, że będę ją sławił po wsze czasy. - Pamiętaj – krzyknął i zniknął Janowi z oczu.
Nie było czasu do stracenia. Wozy zbliżały się do mostu i trzeba było pokierować przeprawą.
Wydawało się, że wszystko pójdzie dobrze. Wozy kolejno wjeżdżały na most. Nie było żadnego przepychania, żadnych kłótni, ani wzajemnego tarasowania drogi. Jan dobrze dobierał ludzi i sowicie ich opłacał a oni mieli świadomość, że panika może zgubić ich wszystkich. Wszystkie wozy znalazły się na moście. Ostatni wjechał wóz wiozący Jana, a zaraz za nim podążył oddział Przemka.
Byli już w połowie przeprawy, gdy zaczęło się dziać źle. Z lasu wyskoczyła wataha ścigających ich tatarów. Blisko setka dzikusów zbliżała się bardzo szybko do mostu i było widać, że nie odpuszczą tak łatwo wymykającego się im łupu. W powietrzu znów rozległy się dźwięki gwizdka i wokół Przemka zgromadził się jego oddział. Jan wiedział co musi zrobić oddział ochraniający karawanę i po raz kolejny przeklnął swoją decyzję o mianowaniu Przemka dowódcą ochrony.
- Nie jedź, Przemko nie jedź, może uda się nam schronić – Jan krzyczał, ale sam nie wierzył w swoje słowa.
Młodszy brat, tylko się odwrócił i odszukał spojrzeniem oczy starszego. Chwilę trwało, gdy patrzyli na siebie bez słowa. Wyrazu oczu obu braci nie zastąpiłyby miliony wypowiedzianych wyrazów. Potem Przemko uśmiechnął się lekko, wyszeptał jedno słowo, które było przeznaczone tylko dla starszego brata, a następnie ujął w usta gwizdek i zaczął wydawać komendy. Oddział ochronny zbił się w zwartą grupę wokół dowódcy i pogalopowali by bronić wjazdu na most tatarom.
Plan Przemka był prosty. Postanowił bronić mostu do chwili, aż ostatni z wozów bezpiecznie go opuści, a następnie próbować się wycofać ostrzeliwując nacierających przeciwników. Podzielił swój oddział na dwie szóstki, z których gdy jedna strzelała, druga naciągała kusze. Pistolety i szable postanowił zatrzymać na koniec. Początkowo wszystko szło według planu. Mądra decyzja by mierzyć w konie wjeżdżające na most pozwoliła im zyskać trochę czasu, bo martwe lub ranne wierzchowce skutecznie zatarasowały wjazd. Szybkim rzutem oka uchwycił, że ostatni z wozów zjeżdża z mostu w kierunku bramy klasztornej i dał znak do odwrotu. I wszystko może by się udało, ale wtedy Tatarzy przypomnieli sobie, że posiadają łuki.
***
Jan siedząc na ostatnim wozie z zaciętą twarzą obserwował walkę na moście. Był pełen podziwu dla rozkazów Przemka. Widział jak mądrze kierowana obrona odnosi pożądane rezultaty. Ostrzeliwując się, oddział ochrony, krok za krokiem zbliżał się do zbawczego końca mostu.
Z klasztoru, pod którego ochronę kierowały się wozy wypadł zbrojny oddział by wspomóc broniącą się karawanę. Jan staje na koźle, by lepiej widzieć poczynania brata i mimowolnie się uśmiecha podziwiając fachowość i opanowanie Przemka. Cofający się oddział jest już na tyle blisko, że Jan rozpoznaje poszczególne twarze swoich towarzyszy. Zamyka oczy i prawie oddycha z ulgą, ale wtedy nadlatują strzały.
Tatarzy już nie mają nadziei na łupy, widzą, że wozy chronią się za murami klasztoru, którego zdobyć im nie sposób, ale chcą jeszcze na koniec ukąsić tak by zadać kupcom jak największe straty.
Chmura strzał przykrywa broniący się na moście oddział. Jan z niedowierzaniem patrzy jak Przemko odwraca się w jego stronę, gardło ma przebite strzałą ale mimo to próbuje coś wykrzyczeć. Do uszów Jana dolatuje potworny dźwięk, który jest ostatnim krzykiem jego brata. Jest to samo słowo, które wyszeptał do niego przed walką, tyle że zmienione rozszarpaną przez strzałę krtanią. Dźwięk jest nieludzki, prawie metaliczny a mimo to Jan rozpoznaje słowa:
- Pamiętaj, pamiętaj …
***
Ciało Przemka leżało w klasztornym lochu. Jan siedział przy nim, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią brata. W głowie tłukły mu się wszystkie słowa, których nie zdążył mu powiedzieć.
Ciszę zakłócił odgłos kroków rozlegający się na schodach. Do lochu weszła Ksieni. Po chwili ciszy Jan zaczął mówić. Twarz nadal miał odwróconą w stronę martwego brata, mimo tego, że słowa skierowane były do nowej towarzyszki.
- To miała być bezpieczna wyprawa. Dowiedzieliśmy się o okazyjnej sprzedaży jantaru w Gdańsku. To miała być nasza ostatnia wyprawa, mieliśmy się na niej tak wzbogacić, że moglibyśmy otworzyć faktorie. I udało się, wieziemy skarb o jakim nam się nie śniło.
Przez chwilę milczał zapatrzony w twarz brata.
- Gdyby wiedział jak to się skończy, nigdy bym w tą drogę nie wyruszył.
Jan chwilę milczał, ale potem jakby zebrał się w sobie i odwrócił w stronę Ksieni.
- Mam prośbę pani. Jutro pochowam tutaj mojego brata i wyruszę w dalszą drogę, ale chciałbym prosić o przysługę.
- Chciałbym ufundować dzwon, na pamiątkę śmierci Przemka. Proszę cię pani o zamówienie jak najlepszego u tutejszych ludwisarzy, a ja wrócę i pokryję wszystkie koszty. Nie mam w tej chwili tyle złota i zostawiłbym tylko zadatek, bo wszystko włożyłem w jantar, ale gdy go sprzedam zapłacę z nawiązką bo zależy mi aby głos dzwonu rozbrzmiał jak najszybciej. Jestem to winien jego pamięci.
- Widziałam jego walkę, widziałam jego śmierć i słyszałam jego ostatni krzyk, gdy żegnał się z tym światem – głos Ksieni zabrzmiał cicho w zimnym klasztornym lochu – zrobię jak prosisz panie Janie, zamówię dzwon godny pamięci twojego brata, możesz jechać spokojnie.
***
Droga do domu, była dla Jana prawdziwym koszmarem. Przez cały czas nie mógł uwierzyć, że Przemko już nigdy nie pojawi się w jego życiu. Co noc zrywał się z krzykiem przerażenia bo wciąż śniła mu się śmierć brata i jego przeraźliwy krzyk, którym rozstał się z tym światem. Za dnia wozy jechały praktycznie w całkowitej ciszy, bo każdy w milczeniu opłakiwał towarzyszy, którzy oddali życie za bezpieczeństwo karawany. Każda wiorsta pokonywanej drogi zbliżała też Jana do chwili, której nie potrafił sobie wyobrazić. Będzie musiał spojrzeć w oczy matki i powiedzieć jej straszliwą prawdę. Na samą myśl o tym mężczyźnie robi się mdło.
Na widok bram domu, Jan zagryzł zęby. Wszystko odbywało się jak zwykle. Doświadczeni ludzie zajęli się rozpakowywaniem wozów i oporządzaniem koni. Jan wydał kilka poleceń i udał się do swoich komnat. Zmył z siebie brud, którym się pokrył podczas podróży, przebrał się w świeże szaty i doszedł do wniosku, że nie może dalej odwlekać spotkania z matką.
Zastał ją w jej komnacie. Stała odwrócona tyłem do drzwi, patrząc w okno.
- Pani matko – Jan ledwo zdołał wykrztusić pierwsze słowa, gdy kobieta nagle mu przerwała.
- Miałam sen, widziałam co się stało – jej głos był spokojny, ale przepełniony wielkim bólem – widziałam i słyszałam jak krzyczał przed śmiercią.
Nie odwróciła się w stronę Jana, mówiąc cały czas była odwrócona w stronę okna, jakby chciała za nim wypatrzeć coś co pozwoliłoby jakoś ukoi ból.
- Nadal go słyszę, co noc budzę się gdy moje dziecko krzyczy do mnie we śnie.
Jan stał i nie wiedział co ma ze sobą zrobić. W pewnym sensie był wdzięczny losowi, że oszczędził mu przymusu powiadomienia matki o śmierci Przemka, ale z drugiej strony nie wiedział co ma teraz jej powiedzieć.
- Zamówiłem dzwon, na pamiątkę jego śmierci. Mają go odlać i powiesić w Krakowie, by był pamiątką po mym bracie.
W końcu się odwróciła i spojrzała na Jana. Na widok jej twarzy mężczyzna nieświadomie wziął głęboki oddech. Lico miała bledsze od kredy, i jakby postarzałe o kilkanaście lat.
- Będziesz musiał mnie tam zabrać, będę chciała pojechać w miejsce gdzie straciłam syna i usłyszeć głos dzwonu, który go wspomina.
- Dobrze, pani matko, jak tylko sprzedam jantar by móc zapłacić Ksieni, natychmiast udamy się w drogę.
Matka z powrotem odwróciła się w stronę okna, a mężczyźnie nie pozostało nic jak tylko się ukłonić i wyjść.
Jan rzucił się w wir interesów, by jak najszybciej zebrać złoto na zapłatę za dzwon. Był tak zajęty transakcjami handlowymi, że nie od razu usłyszał krążące wokół niego plotki. Jednak stawały się tak popularnymi opowieściami, że w końcu dotarły i do niego. Nie namyślając się długo rzucił wszystko i pognał do Krakowa.
***
- Wróciłem tutaj pani, bo , po tym co usłyszałem długo nie mogłem dalej odwlekać tej podróży.
Ksieni milczy, patrzy na wzburzoną twarz Jana z zagadkowym uśmiechem.
- Co usłyszałeś panie, że nie chciałeś przyjechać w miejsce śmierci swojego brata ?
Chłodny spokój Ksieni powoduje, że Jan jest co raz bardzie wzburzony.
- Zaufałem ci pani, poprosiłem o przysługę i srodze się zawiodłem.
Ksieni siedzi nadal nieporuszona, jakby słowa, prawie wykrzyczane przez zagniewanego mężczyznę w ogóle jej nie dotyczyły.
- Najpierw nie chciałem wierzyć w to co ludzie opowiadają, nie dopuściłem do siebie myśli, że mogłabyś pani postąpić tak okrutnie. Nie wierzyłem, ale pogłoski były coraz liczniejsze, szepty coraz głośniejsze, aż w końcu praktycznie zaczęto się ze mnie śmiać, ze mnie i z pamięci mojego brata.
- I cóż takiego mówiły te pogłoski.
- Że na pamiątkę śmierci mojego brata kupiłaś pani wybrakowany dzwon, że pewnie nie kochałem swojego brata godząc się na to – oburzony Jan praktycznie krzyczał prosto w twarz Ksieni – obiecałem matce, że przywiozę ją by mogła usłyszeć głos, który wspomina jej syna, a musiałem potajemnie tu przyjechać by nie dowiedziała się o tej hańbie.
- Zbliża się dwunasta panie Janie, lepiej usiądź.
- Nie będę siadał, nie pozwolę by ten dzwon dłużej bił, to obraża mnie i pamięć mojego brata, nie godzę się …- Jan nie dokończył swego wywodu.
Przeraźliwy krzyk Przemka rozlega się rozrywając czas i przestrzeń na drobne kawałki.
Lodowata dłoń chwyta Jana za serce i ściska powodując straszliwy ból.
Rozpaczliwe wołanie urywa się w jednej chwili, by za moment zabrzmieć ponownie. Dźwięk świdruje uszy, przechodzi do wewnątrz, rani i kaleczy.
Jan pada na kolana i czuje jak traci resztki powietrza w płucach. Jakby lodowy żmij tchnął prosto w jego usta swój zamrożony oddech. W Janie wszystko tężeje, lodowacieje i okrutnie boli. Traci kontakt z rzeczywistością. Nic nie widzi, nie pojmuje gdzie jest i tylko ten krzyk świdruje mu uszy, krzyk, który będzie mu się śnił w każdą koszmarną noc.
- Pamiętaj, pamiętaj, pamiętaj …
Przemko krzyczy coraz słabiej, coraz bardziej urywanie by w końcu zamilknąć.
Jan klęczy, prawie pada lecz w ostatniej chwili podpiera się ręką. W oczach błyszczą mu łzy, nie może dobyć słowa i tylko jego oczy błagają Ksienię o wybaczenie.
- Ja też Go wtedy słyszałam – słowa Ksieni dobiegają do niego jakby z oddali, jakby jego głowa znajdowała się pod wodą – a teraz mogę Go słyszeć codziennie.
- Zamówiłam dzwon u najlepszego ludwisarza, nie szczędziłam kosztów bo widziałam śmierć tego, którego miał dzwon sławić. Liczyłam się z tym, panie Janie że nie wrócisz, i nie uregulujesz rachunków, ale nie dbałam o to.
- Gdy po raz pierwszy posłałam po dzwon, pachołcy wrócili z wieścią, że jest on pęknięty i mistrz go nie wyda. Przybyli do mnie ludwisarze z przeprosinami i z zapewnieniem, że następnym razem dzwon będzie doskonały.
Jan powoli odzyskiwał panowanie nad sobą. Wrócił mu oddech i starał się nie uronić ani jednego słowa z przemowy kobiety.
- Nadszedł termin ponownego odbioru i posłałam pachołków po raz drugi.
Ksieni spojrzała na Jana jakby sprawdzając czy słucha jej słów.
- Wrócili razem z mistrzem. Gdy zobaczyłam jego twarz, wiedziałam, że dzwon ponownie się nie udał. Mistrz przywiózł całą należność za wykonanie dzieła i chciał zrezygnować z usługi. Powiedział, że wykorzystał wszystkie swe umiejętności, by wykonać dzwon doskonale, a mimo to ponownie powstało pęknięcie. Pamiętam jego słowa, gdy trwożliwie szeptał coś o nieczystej sprawie. Ubłagałam go o jeszcze jedną próbę.
Ksieni przerwała na chwilę jakby zbierając myśli. Jan nie przerywał, słuchał.
- Tym razem ja również pojechałam z pachołkami. Gdy dotarłam na miejsce mistrz był przygnębiony jeszcze bardziej niż wtedy, gdy do mnie przyjechał. Domyśliłam się, że ponowna próba również się nie udała. Mistrz bez słowa oddał mi całą należność i odmówił dalszej pracy. Zbierałam się do drogi powrotnej, gdy parobkowie podnieśli dzwon. Mieli go zanieść do przetopienia, gdy nagle rozkołysane serce uderzyło …
- Nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy usłyszałam krzyk dzwonu po raz pierwszy. Przeżyłam to gorzej niż pan, panie Janie, bo po drugim uderzeniu serca dzwonu straciłam przytomność. To jakby ktoś zaklął głos twego brata i uwięził go, by po wsze czasy mógł dawać świadectwo jego bohaterskiej śmierci.
Jan nie był w stanie dobyć słowa, tylko wielkie łzy płynęły mu po wykrzywionej bólem twarzy. Pomimo łez widzi jak do komnaty wchodzi jego matka. Podchodzi do niego matczynym gestem przytula jego głowę do swej piersi.
- Płacz, Janku, płacz. Ja też płakałam, gdy usłyszałam dźwięk dzwonu.
Jan płacze i słyszy jak matka jeszcze szepcze mu do ucha.
- Wybacz, że przyjechałam tutaj w tajemnicy przed tobą. Nie przygnały mnie złe słowa nieżyczliwych ludzi. Nie dałam wiary oszczerstwom, jakie szerzyli na temat Ksieni.
Milczy przez chwilę, dalej tuląc zapłakaną głowę swego syna.
- Ale przestałam go słyszeć – podejmuje po chwili – przestałam go słyszeć w moich snach i musiałam sprawdzić dlaczego. I teraz już wiem, teraz Przemko może krzyczeć na cały świat, że jego głos został zabrany z mojego snu by móc brzmieć tutaj.
Moja baśń, cz. 3
Chłopak nie pamiętał jak to się stało, ale nagle znalazł się wysoko górach, a przed nim stało wejście do wielkiej jaskini. Tuż obok stał proszalny dziad który nagle zaczął się zmieniać. Jego twarz w sekundzie się wygładziła i ze starej stała się młoda, włosy dotąd siwe nagle nabrały kruczoczarnej barwy, łachmany w które był ubrany zamieniły się w lśniącą zbroję. W jednej chwili zamiast starego dziada stał przed Miłosławem prawdziwy rycerz.
- Nie bój się – głos rycerza był spokojny, ale mocny i nie znoszący sprzeciwu – jestem strażnikiem rycerzy śpiących w tej jaskini. Wiele lat minęło od czasu gdy zasnęli i wiele jeszcze upłynie zanim się zbudzą. Śpią tutaj czekając na wielką wojnę, która kiedyś nastąpi. Gdy przyjdzie czas obudzą się i staną w obronie tego kraju przeganiając wrogów tak by już nikt nigdy nie ośmielił się napadać na tę krainę. Mijają jednak lata i konie rycerzy potraciły podkowy, jedne pordzewiały inne odpadły. Nadszedł czas byś podkuł wszystkie konie na nowo.
Miłosław uśmiechnął się, zadanie wydało się łatwe, przecież od małego dziecka zajmował się pracą w kuźni i podkucie konia nie było dla niego niczym trudnym.
- Jest jeszcze jeden warunek – rycerz spojrzał groźnie na chłopaka – gdy wejdziesz do jaskini nie wolno odezwać ci się żadnym słowem.
Posmutniał Miłosław gdy to usłyszał, bo lubił podczas pracy pośpiewać sobie dla otuchy, ale cóż zrobić, zakaz to zakaz.
Strażnik wszedł do jaskini a chłopak postąpił tuz za nim. Podeszli do jednej ze ścian, a ta sama rozstąpiła się przed nimi ukazując rozświetloną pochodniami kuźnię. Tuż obok niej stała stajnia w której były konie. Ale jakież to były okazy. Miłosław takich jeszcze w swoim życiu nie widział. Każdy z nich był co najmniej dwakroć większy od zwyczajnego. Piersi ich były szerokie i mocarne, nogi sprężyste a kopyta wielkie jak głowa człowieka. Nic to, Miłosław bierze się do roboty. Praca idzie szybko bo chłopak w kuźni obeznany i robota dla niego ciężką nie jest. Czasem spojrzy tylko w stronę drugiej komnaty, gdzie na skalnych łożach śpią zakuci w zbroję rycerze. Tak wielkich wojowników jak świat światem nikt nigdy nie widział. Więksi byli od Miłosława prawie trzykrotnie, plecy ich szerokie i mocarne. Obok każdego rycerza leży miecz co ma długość prawie półtora człowieka. Leżą tak w zupełnym bezruchu i czekają na swój czas. Robota idzie szybko i młodzieniec ani się spostrzegł jak wszystkie konie zostały podkute. Miłosław stanął szczęśliwy na środku kuźni i spojrzał na podkute konie. Udało się pomyślał, robota skończona, będę mógł wrócić do rodziców.
- Skończyłem panie rycerzu, czas wracać do domu – młodzieniec odwrócił się w stronę strażnika i wtedy wraz z wypowiedzianymi przez niego słowami w jednej chwili zaczęło się dziać kilka rzeczy na raz.
Z komnaty w której spali rycerze wyszedł jeszcze jeden koń, który nie spał w stajni ale czuwał przy swoim panie. Miłosław spojrzał na jego nie okute kopyta i nagle zdał sobie sprawę, że robota wcale jeszcze nie była skończona. W tym samym momencie w sali rycerzy nagle zaczęły grać trąby budząc ich ze snu. Ze straszliwym zgrzytem postacie spoczywające do tej pory na kamiennych leżach zaczęły wstawać i przypasywać swoje miecze.
- To już czas, nareszcie wybiła nasza godzina.
- Chodźmy bić wroga, nasza chwila nadeszła.
Skalni rycerze przemawiali do siebie głosem podobnym do zgrzytu stali ocierającej się o kamień.
- Stójcie to jeszcze nie teraz – głos strażnika był jeszcze bardziej potężny niż słowa rycerzy – niech mgły sprowadzą na was sen, bo to jeszcze nie nadszedł wasz czas.
Zaraz po tych słowach, wykrzyczanych przez strażnika, w jaskini pojawiła się mgła która otoczyła wstających skalnych wojowników. Zaczęli oni z powrotem kłaść się na swoich posłaniach, ale widać było, że czynili to bardzo niechętnie jakby raz obudzeni nie chcieli ponownie zapaść letarg.
- Śpijcie, damy wam znać gdy nadejdzie pora – głos strażnika uspokajał i sprawiał, że rycerze jeden po drugim poddawali się usypiającej mgle i z powrotem legli na swych posłaniach. Strażnik stał pośrodku jaskini kompletnie wyczerpany. Sprowadzenie mgły i uśpienie kamiennych wojowników wymagało od niego nieprawdopodobnie dużego wysiłku. Odpoczywał dobrą chwilę, aż w końcu spojrzał na oniemiałego Miłosława.
- Nie podołałeś zadaniu, przemówiłeś zanim skończyłeś pracę, a byłeś już tak blisko – w głosie strażnika brzmiał żal, bo polubił młodzieńca i nie chciał go karać, ale nie miał wyboru – będziesz musiał pozostać w tej jaskini już na zawsze.
Miłosław stał i nie był w stanie przemówić ani słowa. Z jednej strony był zbyt dumny by prosić o łaskę, czy tłumaczyć się że nie widział ostatniego rumaka ale z drugiej nagle zrobiło mu się okropnie żal utraconego świata. Pomyślał, że nigdy nie zobaczy już słońca, nigdy nie poczuje wiatru na swej twarzy, a przede wszystkim nigdy już nie zobaczy rodziców. Stał tak i łzy zaczęły mu się same cisnąć do oczu, gdy nagle z mgły która opadła z rycerzy zaczęły formować się przeróżne postacie. Była tam sarna którą znalazł kiedyś poranioną w lesie i którą opiekował się póki nie wydobrzała. Był jastrząb którego znalazł z przetrąconym skrzydłem i pielęgnował go dopóki nie mógł sam polować. Było wiele przeróżnych leśnych zwierząt którymi opiekował się w zimie i nie pozwalał im zamarznąć bądź umrzeć z głodu. Był młynarz, któremu pomagał zreperować koło młyńskie, była staruszka dla której zbierał drzewo i przynosił jedzenie. Byli także inni ludzie, którym pomagał na różne sposoby.
- Nie zabieraj go nam - przemówiły widmowe kształty – dużo dobrego dla nas uczynił i pewnie wiele z nas by bez niego pomarło. Nie zabieraj go, bo cóż teraz bez niego poczniemy. Zdziwił się strażnik i zaczął zastanawiać co począć, aż w końcu zapytał Miłosława:
- A ty dlaczego o nic nie prosisz, nie chcesz wrócić z powrotem ?
Młodzieniec odważnie popatrzył w oczy rycerza i powiedział:
- Wiem, że nie wykonałem zadania i dla siebie o łaskę bym nie prosił, ale pozwól mi wrócić bym zaopiekował się swoimi rodzicami. Starość do nich idzie i ciężko im będzie żyć samym.
- Nie o sobie myślisz, a widzę, że i do tej pory dużo dobrego innym uczyniłeś – tu strażnik spojrzał na widmowe kształty, które nadal wstawiały się za Miłosławem – niech więc tak będzie, wrócisz do wioski, ale pod pewnym warunkiem. Za dwadzieścia lat przyjdę po ciebie byś jeszcze raz podkuł konie, za następne dwadzieścia przyjdę do twojego syna i wtedy on będzie musiał podjąć się tego zadania. Co dwadzieścia lat będę tak przychodził, aż do chwili gdy wypełni się czas śpiących rycerzy, a twoja rodzina musi zadbać by znalazł się ktoś kto wykona tę pracę.
Uśmiechnął się Miłosław na te słowa, a strażnik chwycił go za rękę i w jednej chwili znów byli w wiosce pod kuźnią.
Nie da się opisać radości Przemka i Lubawy na widok swego syna. Miłosław został z nimi i przejął kuźnię po swoim ojcu. Po jakimś czasie ożenił się i założył rodzinę. Nadal pomagał w potrzebie każdemu stworzeniu i każdemu człowiekowi nie oczekując w zamian żadnej zapłaty. Zawsze mówił, że otrzymał już nagrodę za wszystkie dobre uczynki, które popełnił i które jeszcze zdąży uczynić.
To już koniec tej opowieści, ale jest jeszcze coś co rzeknę wam na koniec. Jeżeli kiedyś będziecie nocą w górach i usłyszycie dźwięk kucia podków, nie szukajcie kuźni. Nie znajdziecie jej, ale bądźcie pewni, że to któryś z potomków Miłosława wykonuje pracę, którą zadał mu strażnik śpiących rycerzy. A jeżeli kiedyś stanie w waszym progu proszalny dziad, nie przeganiajcie go. Poczęstujcie jedzeniem czy dobrym słowem, bo może on odmienić wasze życie. A gdyby przypadkiem mieszkał u was smutek, to dziad może przegnać go raz na zawsze.
Moja baśń, cz. 2
Na widok zmokniętego i zmarzniętego człowieka małżonkowie nie mieli serca zatrzasnąć przed nim drzwi. Kowal poprosił gościa do środka i zaprosił do stołu.
- Dziękuję wam dobrzy ludzie – dziad z ulgą skorzystał z zaprosin Przemka – przeszedłem całą wioskę i tylko wy otworzyliście przede mną drzwi swojego domu.
- Ano nie dziwota – Lubawa w naprędce położyła na stole posiłek składający się z chleba, mięsiwa i sera – na taką pogodę strach komukolwiek wrota otworzyć, a co dopiero nieznajomemu.
- Wy się jednak nie baliście – wyszeptał gość, po czym skwapliwie skorzystał z posiłku. Przez jakiś czas było słychać jak łapczywie pochłania pożywienie by w końcu otrzeć usta rękawem koszuli.
- Dawno tak dobrze nie zjadłem, dziękuję wam dobrzy ludzie – wymawiając te słowa dziad skłonił się w kierunku Przemka i Lubawy – odwdzięczę się wam opowieściami com je słyszał na krańcach świata bo w taką pogodę pewnie nie uda się zasnąć, a przyprowadźcie też swoje pociechy bo historie te również mogą je ucieszyć.
Zasępiły się na te ostatnie słowa, twarze małżeństwa a dziad szybko spostrzegł, że temat dzieci nie jest im miły. Ujrzał w ich oczach olbrzymią tęsknotę, wyczuł smutek, który wprowadził się do domu kowala. Szybko więc zaczął snuć baśnie by zająć umysły słuchających, obrazami cudów, o których słyszał wędrując po świecie.
Noc minęła nie wiedzieć kiedy. Opowieści przybysza były tak zajmujące, że czas jakby skurczył się w jedną chwilę. Kowalowi wydawało się, że jeszcze przed chwilą była noc gdy pierwsze promienie słońca pojawiły się za oknem jego chaty. Widząc, że wstaje nowy dzień, dziad zakończył opowieść i zaczął żegnać się z gospodarzami. Nie pozwolili mu oni jednak tak szybko odejść. Najpierw nakarmili obfitym śniadaniem, a następnie podarowali jeszcze zapas jedzenia na drogę. Na koniec, Przemko widząc, że kapota przybysza składa się praktycznie z samych łat i jest bardzo cienka podarował mu swój ciepły, jesienny kubrak.
- Dziękuję za gościnę – obdarowany dziad nie krył wzruszenia – wiele dobrego spotkało mnie z waszej strony. Zamilkł na chwilę a potem szybko wypowiedział, niezrozumiałe w pierwszej chwili, dla małżeństwa słowa.
- Zostawiłem wam dar, mam nadzieję, że będziecie szczęśliwi. Niestety musi on przejść za dwadzieścia lat próbę. Zajmijcie się nim jak potraficie najlepiej, a ja przybędę by sprawdzić na kogo go wychowaliście. Nazwijcie go Miłosław bo niezwyczajne życie go czeka i pamiętajcie dwadzieścia roków, ani jednego dnia dłużej.
Po tych słowach przybysz odwrócił się i odszedł w kierunku gór, zostawiając zdumionego Przemka i Lubawę. Popatrzyli oni przez chwilę na siebie myśląc, że stary dziad zwariował, po czym weszli do domu.
- Popatrz żono – Przemko wskazał na ławę na której siedział przybysz – nasz gość zostawił kapelusz, ale przecież chyba nie myśli, że będziemy opiekować się jego nakryciem głowy i na dodatek nazwiemy go imieniem ?
Lubawa nic nie odpowiedziała, tylko podeszła do kapelusza i podniosła go do góry i wtedy oczom zdumionych małżonków ukazało się niemowlę. Pod kapeluszem przybysza spało sześciomiesięczne dziecko, które nadało sens wypowiedzianym przy pożegnaniu słowom.
- To nie był zwyczajny proszalny dziad – Przemko ledwo zdołał wymówić te słowa bo niezmierne wzruszenie ściskało mu gardło. Lubawa nie była w stanie nic powiedzieć, tylko jej roześmiane oczy patrzyły na męża z wyrazem bezgranicznego szczęścia. Tak to małżonkowie doczekali się syna, a smutek raz na zawsze wyprowadził się z ich chaty.
Czas płynął, mijał rok za rokiem. Życie w wiosce toczyło się spokojnym trybem. Miłosław rósł i stawał się dorodnym młodzieńcem. Wszędzie było go pełno. To pomógł staruszce dźwigać drewno z lasu, to razem z młynarzem naprawiał koło młyńskie, to zbierał z gospodarzami zboże z pola. Wszystkim pomagał z radością, nie oczekując w zamian żadnej nagrody. Wspomagał nie tylko ludzi, ale także zwierzęta. Każde zranione, chore lub głodne stworzenie mogło liczyć na jego wsparcie. Najbardziej ulubionym jego zajęciem było pomaganie Przemkowi w kuźni. Od najmłodszych lat chciał pomagać przy kuciu żelaza, a gdy skończył siedemnaście wiosen mógł iść w zawody w sztuce kowalskiej z własnym ojcem.
Przemko i Lubawa byli bardzo szczęśliwi i tylko zapowiedź, czekającej ukochanego syna próby, czasem spędzała im sen z powiek. Dawno już opowiedzieli Miłosławowi jak doszło do tego, że zamieszkał razem z nimi i że w wieku dwudziestu lat czeka go sprawdzian zapowiedziany przez proszalnego dziada. Młodzieniec zupełnie nie przejmował się czekającym go egzaminem i zawsze pocieszał rodziców, że na pewno sobie z nim poradzi. I tak minęło lat dwadzieścia. Nad wioskę znów nadciągnęła straszliwa burza, a wraz z nią przybył proszalny dziad, który skierował się prosto do domu kowala.
- Przybyłem, tak jak zapowiedziałem dwadzieścia lat temu, muszę zabrać chłopaka …
- Zlituj się – Lubawa przypadła do starca – zostaw go, on jest dla nas wszystkim.
- Zabierz mnie – Przemko stanął przed dziadem – ja poddam się twojej próbie, tylko zostaw Miłosława w spokoju.
- Nie pozwolę na to – młodzieniec stanął obok ojca i odważnie spojrzał w oczy przybysza – to ja mam przejść twoją próbę i sprostam jej by wrócić do rodziców.
- Dobrze go wychowaliście – dziad spojrzał na kowala i jego żonę – jeżeli podoła zadaniu odprowadzę go rano.
Po tych słowach starzec chwycił rękę Miłosława i nagle obaj zniknęli.
Moja baśń, cz. 1
Historia ta przekazywana była w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Ja sam usłyszałem ją po raz pierwszy od mojego taty. Tak bardzo mnie urzekła, że musiał ją opowiadać przy każdej nadarzającej się okazji. Po jakimś czasie zauważyłem, że za każdym razem ojciec powtarza ją słowo w słowo. Niczego nie dodaje, ani niczego nie zmienia by ubarwić, albo uatrakcyjnić opowiadanie. Gdy go o to spytałem powiedział, że taką usłyszał ją od swojego dziadka z przykazaniem by słowo w słowo opowiedział ją swemu synowi. Taką ją spisałem by wam przekazać. A było to tak … .
U podnóża gór stała wioska. Nie była ona duża, ale miała wszystko co każdej wiosce potrzebne do życia było. Był tam kościół pośrodku rynku gdzie co niedzielę zbierała się cała ludność by słuchać słowa bożego, była karczma na rogu kościoła gdzie gruby szynkarz podawał smaczne potrawy z kuflem pienistego piwa, był targ, gdzie każdy mógł sprzedać to co wytworzył siłą własnych rąk lub kupić to co akurat było mu potrzebne. Na jednym końcu wioski, przy brzegu rzeki, stał młyn w którym ziarna zbóż zmieniały się w puszystą mąkę. Na drugim skraju wioski stała kuźnia. Mieściła się ona trochę na uboczu by odgłosy dudniących młotów nie przeszkadzały innym ludziom. Przy kuźni stał dom w którym mieszkał kowal. Był to wysoki postawny mężczyzna, który całe dnie spędzał przy kowadle zmieniając żelazo w podkowy, noże, gwoździe, łańcuchy, haki i inne narzędzia potrzebne mieszkańcom wioski. Potrafił wykuć również szable, miecze lub zbroje, ale rzadko kiedy miał zmówienie na takie artykuły. Przemko, bo tak nazywał się kowal kochał swoją pracę. Stukot młotów uderzających o kowadło był dla niego najpiękniejszą muzyką, praca miechów działała kojąco a stal słuchała jego rąk pozwalając się uginać na wszystkie możliwe kształty. Mówiono o nim, że potrafiłby podkuć każde zwierzę i wykuć każdą rzecz jaką tylko by zechciał. Jedyną osobą zdolną oderwać go od pracy była jego żona Lubawa. Była ona najpiękniejszą kobietą mieszkającą w wiosce i kowal świata poza nią nie widział. Mieszkali razem w swym domku przy kuźni i bardzo się kochali. Każdego dnia z uśmiechem witali wschód słońca, szczęśliwi, że dane jest im zacząć nowy dzień. Lubawa przygotowywała śniadanie z pachnącego słońcem chleba, które razem jedli przed wyjściem Przemka do kuźni. Gdy kowal pracował jego żona zajmował się domem. Czasem przychodziła do kuźni by popatrzyć jak Przemko pracuje. Lubiła te chwile gdy mogła obserwować jak mąż tworzy przeróżne przedmioty ze zwykłego kawałka żelaza. Żyli tak sobie szczęśliwie, gdy niespodziewanie do ich życia wprowadził się nieproszony gość. Kowal zauważył go w oczach żony, gdy szli razem do kuźni i minęli gromadkę dzieci. Przez chwilę zagościł w oczach Lubawy, ale Przemko, który kochał swoją żonę widział go wyraźnie.
Smutek, bo tak nazywał się ten nieproszony gość zaczął pojawiać się w życiu małżonków coraz częściej. Najpierw tylko wtedy kiedy spotykali małe dzieci. Pojawiał się na krótkie chwile, które wraz z upływem czasu stawały się co raz dłuższe. Aż w końcu smutek zamieszkał u nich na stałe. Widać go było w oczach małżonków, krył się po kątach by napadać ich znienacka. Można było co raz częściej go usłyszeć w śpiewie Lubawy, zakradał się do dźwięku wydawanego przez młoty Przemka.
Wszystko to działo się dlatego, że małżonkowie, chociaż bardzo pragnęli, nie mieli dzieci. Z coraz większą tęsknotą spoglądali na pociechy sąsiadów wyobrażając sobie jak mogłoby wyglądać ich dziecko. Na szczęście byli na tyle dobrymi i życzliwymi ludźmi, że nigdy w ich sercach nie zagościła zazdrość. Żyli więc dalej spokojnie, tylko smutek rozgościł się na całego w ich życiu.
Pewnej nocy znad gór nadciągnęły czarne burzowe chmury. Najstarsi ludzie mieszkający w wiosce nie pamiętali tak straszliwej nawałnicy. Pioruny biły tak gęsto, że rozświetlone nimi niebo wyglądało jak wielka złocista pajęczyna. W tak straszną pogodę nagle w domu kowala rozległo się pukanie do drzwi. Nikt by go pewnie nie usłyszał, ale z powodu trwającej burzy małżonkowie nie spali i akurat byli blisko wejścia. Najpierw bardzo się przestraszyli, bo nie spodziewali się by ktokolwiek mógłby do nich zawitać w środku nocy. Bali się otworzyć drzwi, ale w końcu wrodzona dobroć zwyciężyła. Byli praktycznie pewni, że ktoś potrzebuje pomocy i nie pomylili się. Na progu ich domu, przemoknięty do suchej nitki stał proszalny dziad w wielkim słomianym kapeluszu z którego spływały strumyki deszczu.
- Spytacie kto to dziad proszalny ? Ano był to człowiek, który zwykle na skutek nieszczęśliwych okoliczności nie miał swojego domu, ani majątku. Musiał on na stare lata chodzić od wioski do wioski prosząc o cokolwiek do zjedzenia i jakiekolwiek schronienie. W zamian za wyświadczone dobro odwdzięczał się opowiadaniem różnych historii, śpiewaniem pieśni a i przy okazji opowiadał co działo się w innych wsiach. Ludzie różnie traktowali takich włóczęgów. Czasem dawali im jakieś ochłapy, czasem pozwalali przespać się w stodole, ale zwykle przeganiali precz jakby w strachu, że mogą zarazić się biedą lub nieszczęściem.
Ziemowit V
Pod natarczywym spojrzeniem starki wołchw zaczął mówić.
- Ta wiedza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nie wolno jej zapisywać, nie może dotrzeć do niepowołanych uszu, można ją wykorzystać tylko w tak beznadziejnej doli jaka nas teraz spotkała.
A było to tak, w czasach, gdy bogowie częściej odwiedzali Jawię narodził się człowiek, który ośmielił się do nich zbliżyć. W nagrodę za dzielność, sam Światowid obiecał mu, że jeżeli jego potomkowie w chwili zagrożenia wykażą się taką samą odwagą to jego plemię przetrwa każdą klęskę, i będzie cieszyć się łaskami wszystkich bogów. Warunki Światowida były jednak straszliwe. Plemię musi wybrać jednego spośród swoich członków, który będzie przekazywał wiarę w bogów swym potomnym, reszta musi poświecić się w ofierze całopalnej. W co drugim pokoleniu wybrańca będzie rodził się dziedzic, którego moc będzie wzrastać. Będzie tak aż do trzydziestego pokolenia. Wtedy narodzi się mściciel. Moc mściciela będzie praktycznie nieograniczona. Będzie rozmawiał z Czarnogłowem i Białobogą. Na posyłki będzie miał Znicze, Żmije i Smoki. Jego sługami będą Płanetnicy, Utopce, Strzygi, Ubożęta i wszelkie licha. Pod jego rządami plemię rozkwitnie i obejmie w posiadanie cały świat. Mściciel wywrze pomstę na wszystkich, którzy prześladowali jego lud. Taka była obietnica władcy bogów jaką dał człowiekowi. Słowa te przekazywane są wśród wołchwów jako jedna z największych tajemnic.
Szaman zamilkł. Starka spojrzała wójtowi prosto w oczy.
- Wiem, że mi już niewiele życia zostało i łatwiej jest mi mówić o śmierci, ale uważam, że to jedyne dla nas wyjście.
- I tak wszyscy zginiemy – wójt mówił tak jakby sam siebie chciał przekonać do podjęcia decyzji – jeżeli jest jakaś szansa by nasza śmierć nie była bezsensowna to musimy ją wykorzystać.
***
Obraz przed oczami Ziemowita zamazał się i zniknął. Włosy rzucone w ogień wypaliły się do końca. Ludzie wokoło zachowywali się tak jakby nic się nie stało. Poszukał wzrokiem mamy i zobaczył jak uśmiecha się słuchając czegoś co ojciec szeptał jej do ucha.
Niczego nie widzieli – Ziemowit nagle zdał sobie sprawę, że był jedynym który zobaczył dramatyczne sceny dziejące się w odległych czasach – te obrazy są przeznaczone tylko dla mnie. W tej samej chwili poczuł jak jego włosy napinają się po raz drugi i dziadek ponownie odcina ich kosmyk.
- Chyba jednak nie jestem wyłącznym uczestnikiem tego widowiska – mruknął pod nosem spoglądając na Gorzysława.
- Patrz w ogień – polecenie dziadka było ciche, ale wypowiedziane takim głosem, że Ziemowit w żaden sposób nie mógł się oprzeć wydanemu rozkazowi.
Włosy poleciały w płomienie i przed Ziemowitem znowu pojawił się obraz z przeszłości.
***
Stosy. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć płoną stosy. Ogień z łatwością pożera ułożone drewno i staje się co raz bardziej potężny. Nagle w stronę szalejącego żywiołu ruszają ludzie. Idą spokojnie i zdecydowanie. Nie powstrzymuje ich żar, nie zatrzymują płomienie. Czasami dorośli niosą na rękach dzieci. Widać jak niektóre z nich starają się protestować przed wejściem w płomienie, ale ich sprzeciw jest zdecydowanie tłumiony.
***
Ziemowit patrzy z przerażeniem i nie może oderwać oczu od rozgrywanego przed jego oczami dramatu. Może tylko cieszyć się z tego, że nie docierają do niego krzyki umierających ludzi i płacz zrozpaczonych dzieci. Swąd spalonych włosów każe mu również dziękować, że wraz z obrazami z przeszłości nie dochodzi do niego smród palonych ciał.
***
Pośrodku stosów stoi chłopak. Jego głowę ochrania kaptur tak, że nie widać całej twarzy. Ciałem samotnika co jakiś czas wstrząsają dreszcze tłumionego szlochu.
- Zemszczę się – krzyczy do ginących w płomieniach współplemieńców – nie zawiodę was!
Ostatnia w płomienie wchodzi Starka. Tuż po przekroczeniu ściany ognia odwraca się i w powietrzu roznosi się jej wrzask przechodzący w nieludzki skowyt.
- Pamiętaj, mściciel ma się nazywać Siemowit – głowa rodu ! Potem już tylko słychać trzaskający ogień, który pochłania ciała członków plemienia.
Młodzieniec nagłym ruchem zrywa z głowy kaptur i wyciąga przed siebie ramiona jakby chciał objąć wszystkich odchodzących w płomienie. Widać jego twarz, wykrzywioną grymasem wściekłości i bólu .
***
Obraz niknie, ale Ziemowit nie może oderwać oczu od miejsca gdzie rozpłynęło się umęczone oblicze chłopaka. Twarz która towarzyszy mu przecież w całym jego dotychczasowym życiu. Twarz, która codziennie rano patrzy na niego z lustra.
Ziemowit IV
Następnie zdarzenie potoczyły się tak szybko, że pozostały w pamięci Ziemowita jakby wydarzyły się we śnie. Zapamiętał zdziwione oczy mamy, której nie potrafił wytłumaczyć dlaczego zgodził się na wymyślone przez dziadka postrzyżyny. Mina taty świadczyła o tym, że od razu wiedział, iż Gorzysław i tak w końcu postawi na swoim. Ziemowit wybuchnął śmiechem, gdy zobaczył ich w starosłowiańskich strojach, które przygotował dziadek i pomyślał, że ten widok może być swoistą rekompensatą za uczestnictwo w tej rodzinnej wariacji. Nawet w filmie „Sami swoi” Kargul z Pawlakiem nie wyglądali tak groteskowo jak jego rodzice. Co prawda śmiech nie trwał zbyt długo, bo Gorzysław przygotował podobne ubranie także dla niego, przy okazji wygłaszając pouczające kazanie na temat dawnego wytwarzania odzieży. Niewiele z tego zapamiętał. Coś o płótnie wyrabianym z lnu i konopi nazywanego partem od którego nazwę swą wzięły portki, coś o suknie wyrabianym z wełny od którego nazwę wzięła suknia. Dziadek jeszcze mówił o pilśni czy filcu, który wykonywany był z wełny lub sierści zwierzęcych. Bardziej zainteresowało go wytwarzanie butów ze skór zwierząt zarówno tych udomowionych jak i upolowanych w lasach, czy też z łyka lub kory drzewnej. Zastanawiał się z czego Gorzysław zrobił buty dla całej rodziny ale bał się zapytać dziadka wprost. Bardziej niż pytania, raczej bał się jaką usłyszy odpowiedź, bo na wyrób z drzewa to one raczej nie wyglądały.
Teraz siedział przed wielkim ogniskiem, które dziadek rozpalił przed chatą i czuł się głupio. Marzył już tylko by całe te postrzyżyny dobiegły końca. W końcu zobaczył jak dziadek zbliża się do niego i poczuł przypływ nadziei, że wreszcie to wszystko się skończy.
W ręku Gorzysława zalśnił jakiś metalowy przedmiot, który zbliżył do włosów Ziemowita. Chłopak poczuł jak dziadek jedną ręką napina jego włosy, a drugą uzbrojoną w narzędzie odcina je tak, że w zaciśniętej garści zostaje ich spora ilość.
Nie zdążył zaprotestować, bo Gorzysław szybko podszedł do ogniska i rzucił w ogień odcięte włosy.
- Patrz – słowa zostały wypowiedziane cicho, ale ich dźwięk przeszył Ziemowita zimnym dreszczem, nigdy nie słyszał by dziadek używał tak kategorycznie nakazującego tonu – patrz i poznaj prawdę o swoim przeznaczeniu.
Ziemowit spojrzał na palące się włosy i omal nie wrzasnął z przerażenia. Nocny koszmar powrócił.
***
Przerażone oczy wołchwa spoglądały na starkę z takim wyrazem jaki można wyczytać u maltretowanego codziennie psa, który czuje że zbliża się godzina kaźni.
- Nie możesz tego żądać – prawie, że zawył patrząc w oczy starki – to pradawna magia, która nigdy nie została potwierdzona, ta ofiara może okazać się niepotrzebna.
- Wiesz, że nie mamy wyboru – starka popatrzyła na otaczający ich tłum ludzi – wiesz, że i tak wszyscy zginiemy i tylko od nas zależy, czy nasza śmierć, przyniesie jakiś pożytek.
- O czym rozmawiacie – w rozmowę wtrącił się wójt – powiedzcie co może nas uratować.
- Mówimy o przetrwaniu – starka odwróciła się w stronę przywódcy społeczności – mówimy o przetrwaniu naszego plemienia.
- Mówimy o śmierci – wołchw potoczył wzrokiem po otaczających go ludziach – mówimy o śmierci nas wszystkich.
- Tylko dobrowolna śmierć da nam możliwość przetrwania byśmy mogli wywrzeć pomstę – starka spojrzała na wołchwa – czarownik powie wam jaki mamy ratunek.
Ziemowi III
***
Ziemowit obudził się o świcie. Ledwo pierwsze promienie słońca dotarły przez okno do jego małej izby na poddaszu. Pomimo nocnych koszmarów czuł się raczej wypoczęty. Wstał z łóżka i poczuł, że jego ciało wypełnia jakaś radosna energia. W tej chwili czuł, że mógłby jak to mówią, przenosić góry. Podszedł do okna by poczuć promienie słońca na całym swoim ciele i wyciągnął przed siebie ręce.
- To pewnie to dojrzewanie – przemknęło mu w myślach – staję się dorosły i hormony zaczynają buzować w moim organizmie.
Krytycznie rzucił okiem na swoją postać w lustrze. To co z niego wyglądało nie przypominało raczej mężczyzny, ani nawet młodzieńca. Z lustra nadal spoglądał na niego niezbyt wysoki i zupełnie przeciętny chłopak. Duże piwne oczy i delikatne rysy twarzy sprawiały, że jeszcze, bardziej przypominał dziecko niż choćby namiastkę kogoś dorosłego. Zwłaszcza długie do ramion blond włosy niewiele pomagały w kreowaniu wizerunku dojrzewającego mężczyzny.
- Jasny gwint – chłopak zwrócił się do swojej postaci w lustrze – w przyszłym roku trzeba będzie iść do gimnazjum, a jak będę tak wyglądał, to dodając do tego moje cudowne imię czeka mnie jeszcze gorszy koszmar niż podstawówka.
Na dojrzewanie i związany z nim przyrost masy mięśniowej oraz parędziesięciu centymetrów wzrostu raczej nie miał na razie co liczyć. Ojciec nie należał do ani do wielkoludów ani do mieśniaków, a w dodatku przy tak zwanej męskiej rozmowie powiedział, że jego dojrzewanie zaczęło się w wieku piętnastu, szesnastu lat. Trochę nadziei pokładał w dziadku, który był praktycznie o głowę wyższy od ojca i o wiele bardziej rozrośnięty. Czasem nawet zastanawiał się jak różni mogą być ojcowie od synów.
Jeszcze raz zwrócił się w stronę słońca, by ogrzać się w jego promieniach. Jego wzrok powędrował na podwórko i w tej chwili zamarł w bezruchu. Na środku placu stał, obrócony w stronę słońca dziadek, i to w identycznej pozycji jaką przed chwilą przybrał Ziemowit. Nagle przed oczami stanęły mu wszystkie nocne koszmary. Chłopak stał bezruchu jak sparaliżowany nie mogąc oderwać wzroku od postaci na placu. Patrzył na dziadka, a obraz spokojnie stojącego Gorzysława przeplatany był urywkami z nocnych snów. Jeszcze raz jak na pozrywanym filmie zobaczył scenę z własnej sypialni jak i wydarzenia rozegrane jakby w starosłowiańskiej wiosce. Dziadek obrócił się powoli i spojrzał wprost na stojącego w oknie wnuka. Uśmiechnął się łagodnie i coś powiedział. Z tak dalekiej odległości Ziemowit nie usłyszał słów, ale w jednej chwili wspomnienie nocnych mar go opuściło. Chłopak stał jeszcze przez chwilę w oknie odprowadzając wzrokiem dziadka, który udał się do domu. Ziemowit usiadł na swoim łóżku starając się uporządkować natłok myśli. Przecież wszystko co wydarzyło się wczoraj w sypialni musiało być częścią snu. Dziadek przekazujący mu pokoleniowe moce to pewnie owoc zbyt dużej ilości książek fantazy, a o Słowianach to przecież mama pisała ostatnio artykuł. Tak, może sobie tylko śnić, że zostanie wszechmocnym bohaterem i zemści się na swoich szkolnych prześladowcach. A tak fajnie byłoby zobaczyć miny Arka i Waldka, gdyby to w końcu on ich pokonał. Oczyma wyobraźni widział ich jak błagają o litość w obecności całej klasy. No, może nie tyle zależało mu na obecności wszystkich, co na uczestnictwie w tym zdarzeniu Magdy. Rozmyślania przerwały mu odgłosy dobiegające z jadalni na dole. Wyczuł zapach śniadania i po chwili usłyszał wołanie mamy:
- Ziemowit, śniadanie gotowe, czekamy tylko na ciebie.
- Ziemowit, Ściemowit – zamruczał pod nosem – jak mama mogła się zgodzić na to głupie imię.
- Już schodzę, tylko się umyję – odkrzyknął w kierunku jadalni i powędrował do łazienki. Jak dobrze, że dziadek zagospodarował dla niego poddasze i mógł się czuć tutaj całkiem swobodnie.
Schodząc na dół usłyszał podniesiony głos mamy. Nadstawił uszu domyślając się, że kłótnia dotyczy jego osoby.
- Przecież słyszałeś jego wczorajsze zapewnienia, za nic na świecie nie zgodzi się udział w przygotowanej przez ciebie imprezie.
- To nie jakaś tam, jak ty to nazywasz impreza – głos Dziadka był spokojny ale stanowczy – to odwieczna tradycja naszego rodu.
- A co zrobisz jeżeli się nie zgodzi, przecież go nie zmusisz – w głosie mamy nie było jednak pewności co do poczynań dziadka na wypadek odmowy.
- Może spytamy głównego zainteresowanego, bo właśnie do nas schodzi – Gorzysław odwrócił się w kierunku schodów.
Przecież nie mógł mnie widzieć – Ziemowit stał jak wmurowany na schodach – jak on mnie skubaniec wyczuł. Otrząsnął się ze zdumienia i podszedł do dziadka by zdecydowanie odmówić jakimkolwiek zabawom, które jak zwykle odbędą się jego kosztem.
Zbliżył się na tyle, by hardo popatrzyć w oczy Gorzysława i nagle poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Oczy dziadka były wielkie i jakby gorejące wewnętrznym ogniem, zupełnie takie jakie widział w swoim śnie.
- Oczywiście, że się zgadzam dziadku –usłyszał jak przez mgłę swoje słowa.
Ziemowit II
***
Wołchw stał nieporuszony od dwóch dni. Dwa razy Swaróg skrył swe oblicze od chwili, gdy wróżbita zapadł w całkowity bezruch, po tym jak wił się w ekstatycznym tańcu. Starosta kilkukrotnie próbował go wybudzić, ale nawet żerca nie potrafił przerwać tego niezwykłego transu.
Osada kryła się w lesie. Bardzo trudno było ją znaleźć, bo mieszkańcy rzadko wypuszczali się w dalsze rejony i nie nawiązywali kontaktów z sąsiednimi grodami. Żyli spokojnie w zgodzie z przyrodą. Trudnili się myślistwem i rolnictwem, z trudem wydzierając naturze dary potrzebne do życia. Nie prowadzili z nikim wojny, więc dla ochrony wioski mieli zaledwie piętnastu wojów. W razie zagrożenia wszyscy mężczyźni mieli obowiązek stanąć do obrony plemienia.
Właśnie taka chwila nadchodziła. Od jakiegoś czasu do wioski docierały złe wieści. Do osady przybywali przerażeni ludzie mówiący o hordach zbrojnych, którzy szerzyli nową wiarę. Wszyscy, którzy przeciwstawiali się przyjęciu nowego jedynego boga, byli bezlitośnie mordowani. Palono wioskę, za wioską, zabijano mężczyzn, kobiety i dzieci. Pochód zbrojnych niebezpiecznie zbliżał się do osady. Zagrożenie stawało się co raz bardziej realne, dlatego starosta zwołał zgromadzenie. Na wiec zaproszono również mieszkańców najbliższych wiosek oraz najbardziej znanego wołchwa. Starosta zaryzykował narażenie się żercom zapraszając szamana, ale chciał wysłuchać każdej rady, która mogłaby ocalić osadę.
Zbliżał się wieczór, do wioski powrócili zwiadowcy wysłani do obserwacji wroga. Nadszedł czas wiecu. Gromadzili się na placu. Wszyscy, mężczyźni i kobiety, w milczeniu zajmowali swoje miejsca. Pochodnie dawały wystarczająco dużo światła, by można było zaobserwować przerażenie malujące się na poszczególnych twarzach. Na końcu na środek placu wyszedł wójt. Pierwszy raz nie musiał nikogo uciszać przed rozpoczęciem przemowy, wokół panowała przeraźliwa cisza.
- Zwiadowcy wrócili – spokojny głos przywódcy dotarł do każdego z zgromadzonych – nie mają dla nas dobrych wieści.
- Maszeruje w naszą stronę – podjął po krótkiej chwili, ale zaraz musiał przerwać, bo w nagle z transu przebudził się wołchw i zaczął krzyczeć.
- Maszeruje tu cztery tysiące zbrojnych. Okuci w żelazne zbroje nie mają zmiłowania dla nikogo, kto stanie na ich drodze. Niosą z sobą miecz i ogień. Już nie chcą nikogo nawracać, pragną tylko mordu i gwałtu.
Krzyk wołchwa przeraził zebranych ludzi. Kobiety ze strachem spoglądały na mężczyzn, na próżno szukając u nich pocieszenia. Starosta stał oniemiały, bo właśnie takie wieści przynieśli mu zwiadowcy.
- Co możemy zrobić – Gniewomir jeden z bardziej znaczących mieszkańców wioski próbował opanować narastającą panikę i szukać sposobu na ocalenie – jakie mamy szanse na ratunek ?
- Ucieknijmy w las – Gościsław również nie chciał poddać się histerii – zaszyjmy się w głuszy i przeczekajmy ich przemarsz.
- Znajdą nas wszystkich i wymordują bez litości – wołchw mówił głosem spokojnym i rzeczowym co kłóciło się z treścią wypowiadanych przez niego słów – będą nas torturować dla swojej uciechy, zgwałcą nasze kobiety a później poderżną im gardła. Nie będzie miłosierdzia także dla naszych dzieci, ich pełne bólu krzyki będą muzyką w ich uszach.
- Nie strasz nas szamanie – Gniewomir nie pozwolił by opanowała go trwoga – powiedz jak możemy ocaleć ?
- Nie ma już nadziei dla naszego świata, idzie nowe, które będzie żyć na naszych grobach, zginiemy i zostaniemy zapomniani.
- To nieprawda – okrzyk dobiegł z tłumu zgromadzonego na placu – jest szansa na przetrwanie naszego ludu i szaman dobrze o tym wie!
- To starka, starka nas uratuje, starka coś wie, starka – szum głosów przebiegł wśród tłumu, gdy na środek placu wyszła staruszka.
Najstarsza kobieta żyjąca w wiosce, zwana starką często dzieliła się swą wiedzą z wójtem, ale zwykle jej rady dotyczyły upraw ,leczenia, obyczajów czy sądów. Nikt nie pomyślał, że może udzielić porady w chwili zbrojnego zagrożenia.
- Wiesz o czym mówię – staruszka zbliżyła się do wołchwa – wiesz, że to nasze jedyne wyjście.

















































