Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Sol
portret użytkownika Mytrix
W tej chwili stronę przegląda 2 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Elyanne - blog

O nim, urzeczonym kunsztem nocy...

Dawniej niż sięgam pamięcią, dalej niż Istota Wszechobecna może sobie wyobrazić, z powodów nawet mi nieznanych narodziłem się ja, Marius. Urzekła mnie noc, szpony ciemności złapały mnie mocno w śmiertelnym uścisku i mimo świtu, ich objęcia nie zelżały. Przemijający powoli czas pozwolił docenić kunszt mroku i zachwycić się jego nieobecną barwą. Moje serce zostało wyrwane z piersi pierwszym podmuchem nocnego wiatru i nigdy nie powróciło. Oswobodziłem się z wnyk mroku i ruszyłem ochoczo w dzień. Jutrzenka oślepiła mnie, bezlitośnie parząc zmysły, brutalnie oszałamiając barwą jaskrawszą niż można sobie wyobrazić. Porwałem cień schowany przed blaskiem słońca i ruszyłem na nim w przestworza. Opowieść dopiero rozpoczęta, zdała się kłócić z moją ciemną naturą. Czas płynął szybko, gdy przemierzałem krainy w poszukiwaniu Księgi. Cokolwiek mi przeszkodzi, padnie ofiarą ostrych jak brzytwy szponów nocy, które na zawsze stały się moją własnością.

Pani Dnia ujawniła moje cechy i na zawsze naznaczyła piętnem postury i osobowości. Dotąd nie miałem ani jednego, ani drugiego. Spojrzałem w migoczące lustro wody i ujrzałem kontrast zielonych ślepi i jasnych, prawie tak jak słońce, włosów. Matka natura raczyła obdarzyć mnie mięsistym, czującym ciałem, które za nic miało zmęczenie i lęki. Ideał, pomyślałem zakochując sie w swym obliczu z alabastru.

Wieczne porywy namiętności nadały memu umysłowi kształt i chłód ostrza, którego z taką chęcią używam w walce. Ze stanowczością wieszczę rychły koniec świata jaki znacie i początek świata, którego nie chcecie znać. Okrucieństwo z jakim dążę do tego celu przerazi samego Boga i nawet on będzie błagał o litość, której ja nigdy nie miałem. Odrzucam dobro na rzecz piętna zła, które sam świadomie wybieram, krocząc przez dzień.

Moja pierwsza recenzja - Czerwień Rubinu

Dopiero wyszła spod pióra. Pochwalę sie chociaż nie wiem czy jest czym. Moja inspiracja do własnej powieści - Czerwień Rubinu.


Może nie ostatnio, bo już kilka miesięcy temu, pojawiła sie na półkach książka Kerstin Gier Czerwień Rubinu, wydawnictwa Literacki Egmont. Tylko przypadkiem ją zauważylam, przechodząc obok półki z literaturą młodzieżową. Jak zwykle zainteresowała mnie okładka i napisy na niej, które głosiły szumnie: Międzynarodowy Bestseller. Miłość, Tajemnica, Podróże w czasie, Przygoda. Oczywiście moja reakcja na miłość była po prostu kiepska. Znowu jakiś paranormalny romans, pomyślałam. Od takich bowiem w pewnym okresie aż roiło się na półkach z literaturą dla mlodzieży. Nie wiem jak jest teraz, bo zmieniłam półki, ale kiedyś tak było. Ale brnęłam dalej. Tajemnica nie zrobiła na mnie dużego wrażenia, bowiem chyba w każdej książce się ona pojawia, ale Podróże w czasie? Już nawet nie doczytałam Przygody. Podróże w czasie to miła odmiana po wampirach, wiec pomyślalam, ze może być ciekawie. Wzięłam książkę pod swoje skrzydła i przeczytałam, nie zatrzymując się ani na chwilę.


W istocie dzieło Kerstin Gier traktuje o podróżach w czasie, jednak, moim zdaniem, brakuje tam paranormalnego romansu. Co prawda jest wątek miłosny, ale dotyczy on dwójki względnie normalnych i podobnych do siebie schematem osób. Rażące jest jednak to, że wątek miłosny niekiedy przyćmiewa wątek główny. Początkowo myślałam, że to dość często spotykany układ. Dziewczyna trafia na niedostępnego chłopaka, zakochuje się w nim bez pamięci, nie liczy na odwzajemnienie, aż nagle takowe się pojawia. Jednak autorka zaskoczyła mnie zakończeniem. Nie sądziłam, że sytuacja rozwinie sie w ten sposób.
Dodatkowo niezbyt chwalebne jest to iż autorka zrobiła z głownej bohaterki głupiutką i lekkomyślną dziewczynę, ale tego można było sie spodziewać po opisie z tyłu książki : "Gwendolyn ma szesnaście lat(...)". Z racji wieku jest jeszcze zmienną nastolatką, co być może zniechęci wsiększość starszych odbiorców. Według mnie trochę brakuje jej charakteru. Jest jakby bezbarwna i przezroczysta, dostosowująca się elastycznie do zaistniałej sytuacji, ale nie mająca własnej sygnatury na tle tekstu.


Kompozycja książki jest typowa dla pierwszego tomu trylogii i skupia sie na wprowadzeniu w świat autorski. Moim zdaniem dość pospolicie. Przypomina mi schemat wielu książek z kategorii młodzieżowych, które miałam okazję czytać. Ciekawym urozmaiceniem powieści są Kroniki Strażnikow, które pojawiają się przed każdym rozdziałem. Prolog i epilog zdają się służyć tylko zbudowaniu klimatu, którego nie ma w pozostałej części ksiązki, bowiem dialogi z epoki są zupełnie nowoczesne i nie pasujące do sytuacji. Psuje to trochę opinię o książce. Tak samo jak pewne błędy w merytoryce, na ktore zwróciłam uwagę i które nijak nie są wyjaśnione.
Książkę cechuje dość prosty język, co z jednej strony jest wadą ( nie sprosta wymaganiom niektorych czytelników), a z drugiej zaletą (trafi do szerokiej rzeszy odbiorców). Brakuje tutaj opisów. Pojawiają sie one raczej sporadycznie i są mało kunsztowne, ale naprawdę barwne i miłe dla wyobraźni. Dialogi są nieco wymuszone, slużą tylko rozwijaniu akcji i wyjaśnianiu wielu spraw z nią związanych.


Czerwień Rubinu ma też sporo zalet. Jest to powieść niezwykle romantyczna i choć tak prosto skonstruowana to jednak wciągająca i budząca u czytelnika różnego rodzaju tęsknoty. Pojawia sie tam wiele pytań, na ktore odpowiedzi znajdziemy zapewne w ostatniej części, co jest typowe dla trylogii. Zachęca to do dalszego czytania i coraz szybszego przewracania kartek książki. Dodatkowo intrygujące podróże w czasie, tajemnice związane z nimi oraz niepewność przyszłości. Autorka daje bardzo mocno do zrozumienia, że nie znasz siebie z przyszłości i nigdy nie wiesz do jakich czynów popchnie cię los. Zachęcam do przeczytania te osoby, które lubią tajemnice dręczące umysł oraz niepoprawnych romantyków. Będziecie zachwyceni. Wymagającym czytelnikom polecam Czerwień Rubinu jako lekką i "zwiewną", rozluźniającą umysł powieść pomiędzy dwoma innymi, bardziej skomplikowanymi.

Ksantyd, część pierwsza.

Jak już zapowiadałam wcześniej, pierwsza część opowiadania o Ksantydzie wyszła dopiero co spod pióra ( a raczej klawiszy komputerowych). Zapraszam do czytania, bo czemu nie :)


Ksantyd od zawsze był naczelnym hultajem Draconisu. Nie przestępcą. On siebie nie uważał za przestępcę. Zlodziejaszek to jeszcze, ale przestępca? To do niego jakoś nie pasowało. Przecież nikogo nigdy nie zabił. Fakt czasem groził, że zabije, ale to tylko puste pogróżki. Bez pokrycia. W ostateczności przecież miał w miarę dobre serce, co miało okazać się niebawem, a o czym Ksantyd jeszcze nie wiedział. Eidolon, czyli zmiennoksztaltny, nigdy nie był większy niz przeciętny człowiek. Ksantyd na jego szczęście, bądź nieszczęście, zaliczał się do tej niewielkiej grupy. Dzięki darowi zmieniania własnych i cudzych kształtów, wyglądał na dość groźnego. Bycie eidolonem miało zarówno swoje zalety jak i wady. Zaletą było na przykład to, ze potrafił wyczuć i usunąc z organizmu trucizny. Albo to, że mógł wyglądać jak tylko chciał. Mógł też zmieniać swój kształt do tego stopnia, żeby przypominać zwierzęta, a to było przydatne przy szpiegowaniu czy nawet przy drobnych kradzieżach. Wadą był mikry wzrost i słabe punkty oraz nadmierna wrażliwość na ból. Ksantyd wyglądał jak każdy eidolon - dziwnie. Miał spiczaste uszy, włosy do szczęki w kolorze ciemnej zieleni, zakrzywione szpony, rogi wystające z czoła i duży ogon skorpiona. W przeciwieństwie do innych nie był aż tak dziwny. Gdyby chciał, w ułamku sekundy bezboleśnie stałby sie zielony niczym niedojrzałe jabłko ze Świata Ludzi. Ale nie chciał, bo każdy wyglądał dobrze to dlaczego z nim miałoby być inaczej.
Ksantyd słynął z tego, że miał wielu lojalnych mu przyjaciół. I jakież było jego zdzdiwienie, kiedy przyjaciele ci, zazwyczaj gotowi za niego zginac tak samo jak on za nich, stanęli przeciwko niemu. A było to tak.
Eidolon przemierzał pieszo główną drogę Draconisu, kierując się do karczmy. Zostawił tam swojego rumaka, chcąc załatwić kilka spraw. Obłożył go zaklęciem chroniącym, aby nie kusił koniokradów. Vesil, ów dumny rumak, miał ponad dwie hoki wzrostu czyli na nasze około dwóch metrów z hakiem. Vesil był dobrym koniem. Wiele razy ratował swego pana przed niebezpieczeństwem. Tak jak wtedy, kiedy za drzewem czekała na niego straż z gotową pułapką. Vesil nawet nie chciał przejść przez kladkę, za co Ksantyd skopał go niemiłosiernie po brzuchu. Dopiero, kiedy zza drzewa wyskoczył oddział uzbrojonej straży Draconisu, zrozumiał, co koń na swój sposób próbował mu przekazać.
Ksantyd zobaczył, że przy Karczmie stoją jego przyjaciele. Było to dość dziwne zważając na to, że zasady nakazywały im nie spotykać się w miejscach publicznych takich jak Karczma pod Krwawym Smokiem. Zmarszczyłby brwi, gdyby je miał. Zamiast nich, czolo Ksantyda zdobiła prawie niewidoczna fałda skórna, tworząc dwa cienie, kształtem przypominającwe luki brwiowe. W każdym razie obezność przyjaciół go zadziwiła. Zastanawial sie prezez chwilę co oni kombinują, gdy jeden z nich wskazał na niego i ruszył w jego kierunku, a reszta ochoczo za nim. Ksantyd przystanął. No cóż, nie wyglądało, żeby szli mu na powitanie, szczególnie, że ten, ktory go wcześniej wskazał wyjął miecz z pochwy. Eidolon nie miał pojęcia o co chodzi.
- Ty! Zdrajca! - wykrzyczał Herdo, ten na czele, nie mogąc się powstrzymać.
Ksantyd nie pytał nawet. Jeżeli nazwali go zdrajcą to z pewnością nie odpowiedzą mu na podstawowe pytanie: Niby z jakiej paki? Odwrócił sie na pięcie i pobiegł w drugą stronę. Biedny Vesil musiał jeszcze trochę poczekać. Ksantyd za sobą słyszal tupot trzech par nóg i zgrzyty wyciąganych mieczy. Instynkt ucieczki do reszty przejął jego umysł.
- Zdrajca! Zdrajca! I tak sie nie ukryjesz szczurze! Łajdaku! Patrzcie jak ucieka szmira jedna!
Eidolon uciekał, co sił w nogach. Tego go z pewnością nie nauczyli w Akademii. Taktycznych odwrotów. Nie chciał walczyć z przyjaciółmi, cokolwiek im zrobił. Skręcił w ciasną uliczkę i zapierajac się nogami o dwie ściany wszedł na dach. Zobaczył jak jego prześladowcy zatrzymują sie zdezorientowani. A potem spojrzeli w górę.
- Tam jest! - wykrzyczał Herdo i zaczął wdrapywać się po ścianach, dokładnie w ten sam sposób co Ksantyd przed chwilą. Niestety nie był eidolonem, a więc tym samym nie był aż tak giętki, żeby zrobić serię prostych acz wymagających nadzwyczajnego sprytu ruchów. Runął tym samym na swoje siedzenie z wysokości półtora hoki.
Ksantyd nie marnował czasu. Uciekał już po dachach skacząc po nich jak królik między bruzdami zaoranego pola. Myślał gorączkowo nad tym gdzie może sie schować, kiedy jego noga natrafiła na spróchniałe drewno i wpadła po kolano do pomieszczenia poniżej. Ksantyd wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i spróbował się wydostać z potrzasku. Niestety kręcąc się i wijąc jak piskorz poszerzył dziurę do takiego stopnia, że wpadł cały przez nią do środka.
Jakież było zdziwienie Herdo, kiedy już wdrapał się na dach razem ze swoimi kumami. Ksantyd niespodziewanie zniknął im z oczu. Deportował się czy co? No to kiszka, pomyślał. Tym razem go nie dopadli, jaka szkoda. Przecież by mu łeb ukręcili przy samej dupie za nasłanie Zabójców. Bo kto inny mógl to zrobić jak nie Ksantyd. Tylko jego nie dopadli, tylko on był takim szczęściarzem. Albo zdrajcą. Herdo obrócił sie do swoich towarzyszy.
- Deportował się. Nic tu po nas. Szczur.
Tymczasem, kilkanaście metrów dalej i piętro niżej...
Ksantyd dostał czymś mocno w głowę. Prawdopodobnie podłogą. Tak, to zdecydowanie ona nabiła mu wielkiego guza na czole. Leżał na ziemi, nasłuchując, cichy jak mysz pod miotłą. Zdawało mu sie czy glosy na dachu ucichły? Nie dosłyszał, co mówili, bo tuż nad jego uchem rozległ się namiętny głos kobiecy.
- Droga twa długa. Czeka na ciebie. Oni- źli- wierzą w klamstwo. Ty- równie zły- dziś niewinny.
Ksantyd podskoczył jak oparzony uderzając kobietę tyłem głowy w nos. Ta zatoczyla się i zaklęła brzydko. Tupnęła nogą ze złością. Zaklęła po raz drugi, trzeci i czwarty.
- Co u... ? - spytał, nie kończąc i rozmasowując drugiego guza na potylicy.
- Na kaganki mocy! Co za dureń! Mówiłam, że musisz uciekać, bo cie powieszą i wypatroszą jak świniokrada, za to, ze ktoś naslał na nich zabójców. - wysyczała i dodała - Żywcem.
- Ale niby za co? - Spojrzał na nią. Miała zielone, wielkie oczy umieszczone trochę daleko od siebie i słomiane włosy. Słomiane fakturą nie kolorem. Barwą przypominały raczej odchody alpaga - czworonożnego zwierzęcia o wyglądzie tygrysa ze Świata Ludzi.
- Za łajno! - wykrzyczała zniecierpliwiona.
Ksantyd sapnął, z deczka już rozjuszony. Niczym byk przed atakiem. Wstał szybko i podszedl do wstrętnej baby.
- Kto jesteś?! - wykrzyczał, plując na jej brzydką twarz, która była równie czerwona, co jego. Kobieta obnażyła zęby w krwiożerczym uśmiechu.
- Wieszczka Amatyliada.
I wtedy zrozumiał, co powiedziała. Przedziwny przypadek bowiem sprawił, że tamtego dnia Ksantyd był pijany, toteż nic nie pamiętał. Nie pamiętał, że lezał pod stołem w karczmie niczym wór skórnomięśniowy i że jego koledzy dość niewygodnie zaleźli za skórę pewnemu mieszkańcowi Draconisu, który przypadkiem był też jednym z głównych składników dania zwanego "Mafią Dracońską" . Mimo, ze nie pamiętał, to czuł, że ma kłopoty. Zgodnie z tym, co wieszczka mu oznajmiła po pierwsze - był niewinny, co miało jednak niewielkie znaczenie. Po drugie ktoś nasłał Zabójców na jego kumpli. Ksantyd zmierzył umownie kaca jakiego miał dziś rano i stwierdził, że musiał być tak pijany, że wręcz nieżywy. Jesli wiec uznano go za martwego, to zapewne pozostala piątka wbiła pierwszy gwóźdź do wlasnej trumny, zadzierając z kimś, kto nie da sobie w kaszę dmuchać. Wieszczka była dobra. Musiał uciekać.
***
Ciag dalszy nastąpi... jak nastąpi :)

No to zaczynamy !

Bo dlaczego nie.
Już dawno rozmyślałam nad tym, żeby się tu pojawic. (wybaczcie mi brak "cie", ale piszę z komputera kolegi i mu nie działa "cie" ) ;P
Soł rosioł. Nie bardzo ogarniam jak działa blog na efantastyce (może mi ktoś to wytłumaczy 8D ). W każdym razie tak sobie myślę... Można tu publikowac własne teksty, czyż nie? Jeżeli tak, to mnie to urządza :)
Mam sporo pozaczynanych powieści i opowiadań, ale tutaj będę pisac miniaturki o aniołach (możliwe, że nie tylko, ponieważ jestem zakochana w moim autorskim Draconisie). O takich tru anieliszczach, żadnych tam świętoszkach (no chyba...chociaż niektórzy z moich bohaterów będą myśleli, że są idealni...). Może nie jestem jakąś wybitną pisarką, ale uczę się, uczę. Może niektórzy z was pamiętają "Ziemię Upadłych" ? Wita was jedna z dwóch jej twórczyń. Dla tych, którzy nie wiedzą - "Ziemia Upadłych" była kiedyś PBF-em, ale niestety nie wyszło nam z Lorelay tak dobrze, jak chciałyśmy :(. Mimo wszystko spędziłyśmy nad tym trochę czasu i chciałabym pisac (wciąż) w tej tematyce, nawet jeżeli mam to robic tylko dla siebie :)

Może nawet dzisiaj coś jeszcze skrobnę.
Pozdrawiam wszystkich!

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi