Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Sol
portret użytkownika Mytrix
W tej chwili stronę przegląda 2 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Vrolok - blog

Nowy fanzin

Ja bym tylko chciała tak nieśmiało zareklamować nowo powstały (w bólu i pocie czoła) magazyn o tematyce fantasy-yaoi. Tak, wiem, manga to nie tu, tu jest poważna fantastyka. Ale każdy numer Kolibra jest tematyczny. Pierwszy numer to duchy.

Ładne? Okładka autorstwa Weroniki Bronowskiej, znanej szerzej jako Demon-Lionka.

Drugi numer ukaże się wkrótce. Temat: cyberpunk. Okładka tym razem mojego autorstwa, wyglądać będzie mniej więcej tak:

W przygotowaniu już również trzeci numer - wampiry! *Vrolok podskakuje na krześle, rozlewając, pitą ostatnio nałogowo, kawę* i tym razem okładka będzie autorstwa i mojego, i Demonki. :D

Także bierzcie i czytajcie z tego wszyscy. A po więcej szczegółów zapraszam tu: http://yaoi.com.pl/
Klikajcie w okładkę pierwszego numeru w prawym górnym rogu. :)

Dom Nocy: Naznaczona

"Naznaczona" jest pierwszym tomem cyklu "Dom Nocy". Jak tytuł wskazuje, jest to kolejna opowieść o wampirach.
Kolejna niezbyt udana opowieść o wampirach.
Ogólnie można rzecz ująć, że jest to coś takiego, jak "Zmierzch".
Rzecz dzieje się w dzisiejszych czasach, w Oklahomie. Konkretnie - w małym, prowincjonalnym miasteczku, o nazwie Tulsa (z którego, nawiasem mówiąc, pochodzą autorki cyklu - P. C. Cast i jej córka, Kristin). Główna bohaterka, Zoey Montgomery zostaje Naznaczona przez wampira imieniem Tracker. Konkretnie - mroczny i tajemniczy wampir wskazuje ją palce, wygłaszając sakramentalną formułkę, przemieniającą ludzi w wampiry. Od tej pory Zoey ma na czole niebieski półksiężyc. Musi przenieść się do Domu Nocy - elitarnej szkoły wampirów, gdzie ma spędzić cztery lata, ucząc się, jak być dorosłą, pełnoprawną wampirzycą. Teoretycznie istnieje możliwość, że umrze w czasie tego procesu, jak wielu innych, jednak od samego początku nie da się w to uwierzyć - została dodatkowo wybrańcem bogini wampirów (tak, wampiry mają swoją boginię), Nyks.
W dodatku od samego początku wojuje z najsilniejszą ze względu na pozycję społeczną, adeptką, Afrodytą. I odbija jej najprzystojniejszego chłopaka w szkole - Erica Nighta.

Książka jest przesłodka. Dobra dla kilkunastoletnich (góra trzynaście lat) dziewczynek. Postaci są okropnie płytkie. Wszystko jest białe lub czarne. Nie m nic pośredniego. Nie sposób z kimkolwiek się identyfikować lub choćby kogoś polubić, czy znienawidzić. W dodatku teoretycznie porywające rytuały, które w zamierzeniu miały wywierać ogromne wrażenie, dla starszego czytelnika są po prostu głupie i dziecinne.

Poza tym Zoey (która zmieniła nazwisko na to, które nosi jej babka z plemienia Cherokee - Redbird) ma w tej szkole spędzić cztery lata, a w "Naznaczonej" został opisany niecały tydzień szkoły.
Zastanawiam się, ile też jeszcze będzie tych tomów, skoro to idzie w takim tempie...

Jeszcze jedna sprawa - nienawidzę spolszczania nazw plemion. A już zwłaszcza takich kombinacji jak "Cherokee = Czirokezi". Tym bardziej, że akurat z tym plemieniem czuję się dość mocno związana.
Uch! Coś okropnego. A w tej książce jest sporo takich rzeczy.

Więzy Krwi - "Moda na sukces" w Świecie Mroku

Tytuł oryginału: Kindred: the Embraced

Serial na podstawie gry fabularnej Wampir: Maskarada. Dzieje się w świecie Wampira, w San Francisco (czyli tym samym mieście, w którym - jak zapewne wielu z Was pamięta - Louis de Pointe du Lac opowiadał swoją historię młodemu dziennikarzynie. Tak, to, że o tym teraz wspominam, ma znaczenie). Miastem rządzi piękny i tajemniczy Książę Julian Luna z klanu Ventrue (bo jakżeby inaczej), który ma zawsze przy sobie Primogenów czterech klanów Camarilli: młodego Gangrela w skórach - Casha; wyniosłą Toreadorkę, wyglądającą jak typowa Tremerka (wierzcie mi - to jakby ożywiona ilustracja Tremere z podręcznika); nie tak znowu brzydkiego, za to miłującego sztukę Nosferata imieniem Deadless i swojego niemożliwie starego mentora Archona.
Ogólnie rzecz biorąc - porażka. Zwłaszcza dla miłośników gry Wampir: Maskarada. Przeplatają się tu przeróżne wątki miłosne, nie wiadomo, po co stworzone. A jeśli nawet zostały tu dodane jako koloryt, czy ewentualnie jakiś spójnik pomiędzy wojnami, to mogłyby chociaż zostać zrobione porządnie.
A gdzie tam!
Mamy tu więc powielony do potęgi entej wątek Romea i Julii. Żeby było śmieszniej, nawet jeden z odcinków nosi tytuł „Romeo i Julia”. Och, słodko.
W tym bowiem serialu klany Gangrel i Brujah prowadzą nieustanną wojnę. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że twórcy zrobili tu problem pod tytułem „kochałem cię, póki byłaś człowiekiem, ale teraz Brujah cię Przeistoczył, więc muszę cię nienawidzieć”. Zgadnijcie, o kim mówię? Tak, Cash i Sasha (!) - ostatnia żywa z rodu Luna.
Kolejna nielogiczność: dlaczego, u diabła, kiedy już wreszcie Brujah otwarcie wypowiedzieli Księciu wojnę, Książę przybył na miejsce Wielkiej Bitwy z przedstawicielami owych czterech klanów, które miał za sobą... i było ich razem wziętych tyle samo, co Brujahów?
Poza tym, jakim cudem Książę zwołał za jedną z wampirzyc Krwawe Łowy (dla tych, którzy nie orientują się w świecie Wampira - Krwawe Łowy to coś jak rozesłanie listu gończego za którymś z wampirów, pogoń. Każdy wampir w mieście ma obowiązek wziąć w tym udział i każdy ma prawo zabić ściganego), zanim ta złamała Maskaradę i nawet nie zdążyła jeszcze o tym pomyśleć?
W dodatku wampiry mogą tam bezproblemowo jeść ludzkie potrawy, pić, co im się żywnie podoba i biegać radośnie po słońcu. Bo słońce owszem, robi im krzywdę. Ale wybiórczo. Tylko tym, którzy czymś się narazili komuś innemu.
Hm.
Obiecałam też, że moje wspomnienie o Louisie coś znaczy. A więc obiecana porcyjka „Wywiadu z wampirem”. Pamiętacie ścieżkę dźwiękową z tego filmu? Nie? To obejrzyjcie pierwszy odcinek „Więzów krwi”.
Co jeszcze mi się nie podobało? Że klan Brujah - chyba najwięksi anarchiści w dość sporej wampirzej organizacji, jaką jest Camarilla, rekrutujący się głównie z bandziorów, rozrabiaków i Harleyowców... Chodzą w garniakach, pod krawatem i wyglądają bardziej szykownie, niż Ventrue - klan arystokratów i polityków.
A ogółem kiedy tylko zaczęłam oglądać pierwszy odcinek, cały serial skojarzył mi się z „Moda na sukces”. Te same wyrazy twarzy, te same problemy, nawet ten sam rodzaj taśmy filmowej. I również skłonność do przerywania w połowie odcinka planszą z błyszczącym tytułem serii. Uch!
Także nie polecam tego serialu w żadnym wypadku. A już zwłaszcza, jeśli, Drogi Czytelniku, jesteś miłośnikiem Maskarady.

I wanna do bad things with you...

Ahahahaha! Jest teoretycznie zima. Przynajmniej słońce tak twierdzi - chowa się za horyzontem już koło trzeciej po południu, a wstaje dopiero przed ósmą. A w dodatku nie jest tak horrendalnie zimno, jak powinno, wedle stereotypowej, polskiej zimy, wspominanej jeszcze przez naszych rodziców.
Po prostu rajjj! :D

Ekhm.

Sorki. Tak tylko... Jak już zapewne dało się wyczuć, siedzę ostatnio znów mocniej w wampirzych klimatach. W dodatku mój luby pokazał mi pierwszy i... eee... któryś tam z kolei (chyba trzeci drugiej serii) odcinek "True blooda" - przetłumaczonego, nie wiedzieć, czemu, na polski jako "Czysta (sic!) krew" - i mnie wciągnęło. I chcę więcej. A nie mam HBO.
I...
Ale i tak się cieszę. Bo jest ciemno. Zawsze, jak się robi ciemno, Vroloki weseleją. Mówię serio - dużo lepiej się czuję zimą, niż latem, dużo lepiej w ciemności, niż w świetle. I nie, nie jest to wynik mojej fascynacji wampirami. Zawsze tak miałam (mam wrażenie, że mama chciała mnie zamordować, kiedy byłam niemowlęciem, gdyż robiłam jej podobno alarm równo od dziesiątej wieczorem, do szóstej rano) i zawsze cholernie trudno mi było żyć w dzień.

Kiedy zbliża się noc, ja się w pełni budzę. Dostaję nagłego przypływu energii. Ślepka się szerzej otwierają, łepetyna wypełnia się pomysłami, co teraz począć z tak pięknie rozpoczętym... rozpoczętą nocą...
I wyruszam na łowy.

A w każdym razie - najczęściej ruszam na spacer. ;P Albo zasiadam przy świecach i piszę.
Albo maluję, co zdarza mi się równie często.

A ostatnio - rozpisuję kampanię do Maskarady i nie mam pomysłów na rozwinięcie niektórych fajnych wątkóóóów!

...niech mnie ktoś przytuli...

P.S. A gdyby ktoś nie wiedział, to tu jest piosenka początkowa z "True blooda". Genialna. :D
http://www.youtube.com/watch?v=HiS41-rXqEE&feature=fvw

Znów jestem z siebie dumna. :D

Si, kolejne chwalenie się. :D Bo się cieszę. :D

Jakiś czas temu, powróciwszy z sesji Maskarady, spotkałam się z przyjaciółką, która do tej pory twierdziła, że RPG to coś nudnego i głupiego, na co szkoda czasu. Poza tym grała tylko raz, parę lat temu. Ale jak jej zaczęłam opowiadać o ostatnich sesjach, byłam tym tak zajarana, że Marta wreszcie spytała, czy może kiedyś spróbować też pograć.
Powiedziałam, że okej, że poproszę mojego MG, żeby zrobił sesję nam dwóm. Ale najpierw chciałam jeszcze Marcie w jakiś przystępny sposób opowiedzieć o świecie i zasadach nim rządzących. Więc zrobiłam jej sesję wprowadzającą. Ja jako Mistrz Gry (nie prowadziłam nic od co najmniej pięciu lat, jak nie lepiej, poza tym wcześniej prowadziłam raz i wyszło mi beznadziejnie), ona jako gracz.
I jestem z siebie dumna, bo Marta się w to wkręciła! :D Powiedziała mi potem, że były momenty, kiedy "straciła kontakt z rzeczywistością" i stała się swoją postacią. Poczuła się, jakby faktycznie rozmawiała z jakimś wampirem gdzieś u niego w domu na odludziu. W pewnym momencie ten wampir nie chciał jej odpowiedzieć na pytanie. Po krótkiej chwili milczenia ja - jako on, ale wykonując te ruchy i faktycznie odgrywając postać, jak aktor odgrywa swoją rolę - odwróciłam od Marty wzrok, odstawiłam swój kieliszek na stół i mruknęłam:
- Przejdźmy się.
Marta potem mi powiedziała, że autentycznie miała ochotę wstać i gdzieś iść, opanowała się w ostatniej chwili.
Hah! A po sesji poprosiła mnie o więcej!
Jestem naprawdę dumna. :D

...opowiedziałam to mojemu MG, a on poprosił, żebym mu coś kiedyś poprowadziła. I teraz się boję, bo on jest naprawdę dobry. XD
Niemniej i tak jestem z siebie zadowolona. :D

Kraków

Jak mówiłam - byłam w Krakowie. Wczoraj w nocy wróciłam.
Stwierdzam z całą stanowczością - KRAKÓW. JEST. PIĘKNY.
Starówka spora, klimatyczna. Jest gdzie połazić. Parki pięknie oświetlone stylizowanymi na stare latarniami. Zielono-złoto (bo to jesień). Miasto żyje nocą, nie tak, jak u nas - koło 22 - 23 wszystkie knajpy się zamykają i ludzie podążają do domu.

Także ogółem fajnie było. Dobrze się bawiłam, nareszcie zobaczyłam to słynne miasto, przekonałam się, że tam jest więcej turystów zagranicznych, niż u nas i stanowczo więcej turystów, niż tubylców.

Wybrałam się też pewnego wieczora do Teatru Starego. No bo jak to tak - być w Krakowie i nie odwiedzić tego teatru? ;P
Z mamą zastanawiałyśmy się, czy będzie na scenie ktoś z naszych znajomych, na przykład jej kolega z podstawówki, Maciej Robakiewicz.
Poszczęściło się mi - przyszłyśmy z zamiarem kupienia biletu na to, co akurat grają i w obsadzie "Czekając na Turka" zobaczyłam Krzysztofa Wieszczka, którego z kolei ja miałam nadzieję zobaczyć.
Miał tam krótką rolę - przybył pod sam koniec, jako ów Turek, na którego wszyscy czekali na granicy polsko-czeskiej.
Ale był naprawdę komiczny. W pewnym momencie mama popłakała się ze śmiechu, a ja zwinęłam się na fotelu i nie mogłam złapać tchu.

Gdyby któryś z Warszawiaków chciał go zobaczyć na scenie, to w Teatrze Narodowym, w "Wiele hałasu o nic" Szekspira gra Claudia. Polecam, bo również momentami na tej sztuce można się popłakać ze śmiechu.

Także główne atrakcje krakowskie mam "zaliczone" - sporo naprawdę klimatycznych knajp (bo co robić, kiedy leje? A w tej przeklętej stolycy takich nie ma), Piwnica Pod Baranami, Teatr Stary, Wawel, Kościół Mariacki i jeszcze trochę. :D

Tylko niech mi ktoś wyjaśni, czemu, u diabła, sporo Krakowiaków wyobraża sobie, że w Warszawie są "może ze trzy teatry"...?

Pierwsza noc

To, co tu przeczytacie, to początek jakiejś większej całości. Nie jakoś horrendalnie dużej, ale jednak nieco przydługiej, jak na jedną część.
Może też przerodzić się w coś większego, jeśli Was zainteresuje.
A póki co - samo wprowadzenie. :)
A personalnie do Lorelay - nie, pierwsze kilka zdań nie prowadzi do użalania się nad sobą czy bohaterką.

Kolejna samotna noc. Wracam z pracy i nie ma do kogo gęby otworzyć.
Malować też mi się nie chce. Nie ma weny jakoś. Farby leżą porozwalane wokół sztalugi – jak się mieszka samemu, jakoś trudno utrzymać porządek. Nie ma po co.
Choć w sumie wypadałoby od czasu do czasu jednak umyć podłogę, bo jest tak upaprana farbami, terpentyną i innym badziewiem, że...
Jutro. Dziś – trzeba się trochę rozerwać. Może poznam kogoś fajnego...?

* * *

Andżelika założyła białą koszulę z naszytą na niej koronką, na to czarny, błyszczący gorset sięgający pod piersi i podkreślający jej szczupłą – niemalże chudą – talię. Do tego jakiś szeroki pas, opięte dzwony z drobnego sztruksu i niewysokie, błyszczące szpilki. Po chwili zastanowienia złapała jeszcze sięgający połowy łydki, dopasowany płaszcz. Na dworze było dość chłodno.
Wszystko razem wyglądało stylowo i dość... staroświecko. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Kiedy szła szybkim, pewnym siebie krokiem przez miasto, jej długie, złote włosy powiewały za nią, momentami sprawiając wrażenie, że są peleryną. Dźwięk kroków odbijał się od mokrych od deszczu i śniegu ścian. Blade światło latarni właściwie bardziej przeszkadzało, niż pomagało – i tak było ciemno i ponuro. W taki lodowaty listopadowy wieczór ludzie woleli siedzieć w domu, ewentualnie nawet podjechać taksówką do celu, niż włóczyć się po ulicach.
„W sumie to nawet nie taki głupi pomysł” – stwierdziła Andżelika i rozejrzała się za żółtym światłem na dachu któregoś z przejeżdżających samochodów.

* * *

Zapłaciwszy kierowcy, Andżelika wkroczyła do jednego ze swych ulubionych miejsc w mieście – kafejki (czy raczej – klubu), gdzie można było dostać dosłownie wszystko. Od klimatu, jakiego się właśnie potrzebowało, po nawet nie do końca legalne środki pomagające ukoić nerwy. Czy choćby poczuć się przez chwilę kimś innym. Kimś wyjątkowym.
Czego kto potrzebował.
Było tu kilka sal, oferujących różne menu i muzykę. Dziewczyna minęła niewielkie pomieszczenie, wyglądające jak typowa stara kawiarnia, z kredensami pod ścianą, beżowymi ścianami, małymi stoliczkami i wszędobylskim, odurzającym wręcz zapachem kawy i kardamonu. Zastanowiła się moment nad wejściem do sali z muzyką typowo dyskotekową, gdzie stłoczeni ludzie podrygiwali w mniej więcej wspólnym rytmie. Uznała jednak, że dziś woli jednak coś spokojniejszego. Poza tym nie ubrała się odpowiednio na taką okazję.
Zeszła po starych, ceglanych schodkach w dół, do piwnicy.
Strop był tu dość niski. Wokół panował półmrok, rozpraszany jedynie przez świece, migoczące w przytwierdzonych do ścian świecznikach. Oraz – częściowo – przez lustra, w których blask owych świec się odbijał.
Tak. To stanowczo było to, co Andżelika lubiła najbardziej i czego teraz potrzebowała. Spokoju, mroku, by skupić myśli, nienachalnej muzyki, niepokojącej, tworzącej w wyobraźni obrazy starych dworów, zamczysk, nietoperzy...
Właśnie. Tworzącej w myślach obrazy.
Potrzebowała nie tylko towarzystwa. Być może nawet bardziej potrzebowała natchnienia. A była niemal pewna, że tu je znajdzie. Wszak tyle razy przedtem już się udało...

Kraków

Tak, wiem, że jest Falcon. Ale może ktoś akurat nie może jechać, a może po prostu ktoś będzie zainteresowany tym, co ja mam do powiedzenia. :)

W dniach 11 - 15 listopada będę w Krakowie. Bo otóż 13. odbędzie się tam, w DK "Podgórze", przegląd Poezji Współczesnej.
Szczegóły tu: http://www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=101044#dol

Powinno być wesoło. Znając podobne wieczory, znając niektórych ludzi, którzy tam będą... Ja w każdym razie jadę i zamierzam się dobrze bawić.

...i nareszcie zobaczyć Kraków, po tylu latach obietnic różnych osób, pod tytułem "nie byłaś w Krakowie?!!! No, to muszę cię tam zabrać!!!". ;P

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi