Götterdammerung
Z lubością oblizałem ociekające tłuszczem palce. Ogryziona do czysta kość baraniego udźca dołączyła do pokaźnej kupki, zbierającej się na środku ławy. Odchylając się na krześle, podniosłem w górę kufel. Był pusty. Pusty! Jakim, na Odyna, cudem? Skinąłem niecierpliwym gestem na najbliższą z krzątających się wokół stołów walkirii. Kołysząc miarowo biodrami, podeszła z dzbanem w rękach. Wywróciłem oczyma, wskazując niedbałym ruchem głowy na opróżnione naczynie. Wyraz jej twarzy był zacięty, kamienny – jak zwykle. Żadnej skruchy. Żadnego poczucia winy. Wspaniale! Idealna kobieta to kobieta silna, znająca swoją wartość. Płaczliwe niewiasty, skłonne do skamlenia niczym wierne suki u stóp męża, nigdy mnie nie pociągały. Baba musi mieć charakter, ot co! Raz jeszcze w myślach wyraziłem podziw dla tych cudownych istot. Na zewnątrz, rzecz jasna, musiałem zachować pozory twardej dezaprobaty. Póki co.
Pochyliła się. Wylewający się ze skąpego odzienia biust nieomal zawadził mi o nos. Leniwym ruchem napełniła mój kufel po brzegi. Gdy tylko pierwszy, pokaźny haust złocistego trunku rozlał się w moich trzewiach, od razu poczułem się lepiej. Teraz mogłem wybaczyć jej wszystko. Haniebne uchybienie naraz zdało mi się jedynie drobnym niedopatrzeniem. W szczególności dlatego, że walkiria zbierała właśnie opróżnione misy, przy czym jędrne pośladki wypięte wprost w moją stronę aż prosiły się o solidne klepnięcie. Klepnąłem więc, drugą dłonią ocierając ściekające po brodzie kropelki miodu. Obróciła się powoli z naręczem brudnych naczyń i uniosła znacząco brew. Kąciki jej ust uniosły się w oszczędnym uśmiechu. Walkirie zawsze uśmiechały się w ten sposób. Nigdy nie wydawały z siebie kaleczącego uszy chichotu, jakim miały w zwyczaju raczyć nas w takich sytuacjach zwyczajne kobiety. Rozochocony do reszty złapałem jej nadgarstek i zamknąłem w silnym uścisku. Rozparłem się wygodniej na krześle i przyciągnąłem walkirię do siebie. Stawiała lekki opór. Nie żeby nie była chętna. Co to, to nie! Zwyczajnie nie miała zamiaru okazać się nadto słabą. Byłem na to przygotowany. To przecież One, nie jakieś szmaciane kukły, dające sobą pomiatać pierwszemu lepszemu poległemu wojownikowi. Na brzęk uderzających o podłogę naczyń nie zwróciłem uwagi ani ja, ani ona, ani nikt inny. To tylko naczynia. Gdy ubity tyłeczek znalazł się na moich kolanach, nie pamiętałem już o pustym kuflu. Gdyby ktoś nawet mnie zapytał, przysiągłbym, że taki incydent nigdy nie miał miejsca. Pozwoliłem walkirii zanurzyć usta w miodzie, podczas gdy moja dłoń ściskała już jedną z obfitych piersi, która jakby czytając mi w myślach, wypłynęła z dekoltu krótkiej tuniki.
Tak wyglądał właśnie mój kolejny wieczór w Walhalli. Który z kolei? Miałbym pamiętać? Nie to było przecież ważne. W tamtej chwili jedynymi istotnymi faktami w mojej pośmiertnej egzystencji były pośladki na moich kolanach, pełny żołądek, miód i piwo szumiące w głowie i topór niecierpliwie oczekujący tuż za bramą Sali Uczt. Gotowy do walki, spragniony smaku krwi. Gotowy, by szczękiem stali wyśpiewać kolejną pieśń zwycięstwa. To była Walhalla, a ja byłem wojownikiem, poległym na polu chwały i sławy. Czy mogłaby istnieć wspanialsza nagroda za życie w honorze i męstwie, aż do ostatnich chwil i ostatniego tchnienia? Jeśli ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie takową, powiem mu tylko jedno – głupcem jest i gówno wie.
* * *
Anioł omiótł pospieszną myślą bezkształtny tłum zgromadzonych wokół boskiego tronu eterycznych dusz. Pozbawione form cienie przemykały tu i ówdzie, leniwie przelewały się z miejsca w miejsce, kotłowały gdzieś w bliżej nieokreślonych punktach w pobliżu Jedynego. Przez chwilę anioł łowił całym sobą impulsy przesyłane przez tamtych. Bezgłośne modły, uwielbienie przesyłane bez użycia słów, wprost z ducha do ducha. Trwały. Sunęły niekończącym się ciągiem, zlane w jeden wielki, czysty impuls. Jednostajnie płynęły w przestrzeni docierając poprzez zmysł do istoty anioła.
Wszystko tu było takie - bezcielesne i nieokreślone. Nic nie miało kształtu ani formy. Wszystko, co istniało, trwało w niezmąconej, jednolitej harmonii. To były Niebiosa wypełnione boską chwałą i tylko nią jedną. Nic innego nie miało tutaj znaczenia. Nie mogło mieć. Sam Jedyny i on - jego anioł-posłaniec – byli równie eteryczni. Ich dwoje od reszty mieszkańców Niebios różniło tylko jedno – pozostawali niezmiennie bytami myślącymi. Ich zmarli słudzy w chwili opuszczenia ziemskiego padołu pozbawiani byli nie tylko ciał, ale i umysłów. Dlaczego? Anioł znał jedyną i niepodzielną prawdę. Zarówno ciała i umysły ludzkie były z natury złe i niemożliwe do oczyszczenia. Nie istniał sposób, by uczynić je idealnymi, a co za tym idzie, nie mogły stać się godnymi wstąpienia do Niebios.
* * *
W dzisiejszych czasach ciężko być Śmiercią... Dawniej byłam jedna dla wszystkich, uniwersalna i całkowicie bezideowa. Nie musiałam bawić się w politykę, rozgrywki między religijnymi sektami i inne śmierdzące sprawy, które przyzwoitej Śmierci nie powinny w ogóle obchodzić. Nikt nie toczył o mnie wojen i nikt nie potrzebował monopolu na Śmierć. Wszystko co piękne albo łatwe ma brzydką tendencję do szybkiego kończenia się. Tak właśnie musiał zostać zmącony i mój spokój.
Przyszło mi bowiem piastować stanowisko Śmierci akurat w jednym z tych feralnych momentów historii, gdy rodzi się Nowe i od razu, bezceremonialnie zaczyna rozpychać się łokciami, usilnie starając wyprzeć Stare, aż wreszcie spycha je w otchłań zapomnienia i niebytu. Takie czasy to najgorsze, co może przydarzyć się Śmierci. Kto bowiem w podobnych przypadkach okazuje się jednym z głównych źródeł konfliktu? O kogo wojują owo Stare z Nowym? Oczywiście, o najpożyteczniejszego sojusznika wśród istnień – o Śmierć w jej własnej osobie.
Tak też stało się ze mną. Długo stawiałam opór, starając się zachować neutralność. W końcu musiałam jednak skapitulować i opowiedzieć się po którejś ze stron. Nowe chciało mieć mnie całą dla siebie, a Stare... Stare chciało przetrwać. Nikogo nie zdziwi chyba mój wybór. Nie staje się przecież na pozycji z góry przegranej.
Ze smutkiem spoglądałam na Stare, chwytające się kurczowo swoich ostatnich chwil. Spadało w zapomnienie, odbijając się jeszcze echem od jego ścian. Próbowało za wszelką cenę pozostawić po sobie byle osad w zakamarkach przestrzeni, by tylko nie zniknąć zupełnie, by odbijać się czasem Nowemu chociażby nieszkodliwą czkawką, byle tylko o sobie przypominać. Cóż... Szkoda. Miałam do tego Starego sentyment. W końcu tyle razem przeszliśmy.
Nowe tymczasem rozparło się już na fundamentach świata i śmiało do rozpuku. A ja? Straciłam nagle całą dotychczasową autonomię. Teraz miałam zostać wierną tylko jednemu panu – Jedynemu. Tylko do niego odtąd mieli należeć moi podopieczni. Nie tylko nowi, których dopiero przyprowadzę z ziemskiego padołu, ale także ci, którzy należeli dotąd do Starego Świata. I tu właśnie zaczęły się schody...
* * *
Tamten wieczór był jednocześnie moim ostatnim wieczorem w Walhalli. Poranek nigdy nie miał przyjść. Dla mnie przynajmniej nigdy nie nadszedł. Gdy otrząsnąłem się z bitewnego szału, zastałem wokół siebie pustkę. Nie było kolejnej uczty. Nie było piwa, miodu ani pieczonego mięsiwa. Nie było jędrnych pośladków i falujących piersi pięknych walkirii. Nie było kolejnej walki i nie miało być już nigdy. Nie było mojego topora. Nie było już Walhalli.
Zanim znalazłem się jednak w tym koszmarze, jakiego nigdy nie byłbym w stanie sobie wyobrazić, spojrzałem w czarne, bezdennie puste oczodoły. Widziałem je już wcześniej. Pamiętałem doskonale. Zanim moje ciało rozpłynęło się całkowicie, a rozum wyparował ze mnie, spojrzałem po raz drugi w oczy Śmierci. Zdołałem zadać to jedno pytanie, na które odpowiedzi wszechobecny niebyt nie potrafił nigdy potem wydrzeć ze strzępów mojej świadomości.
* * *
Pamiętam go. Pamiętam, jakby to było dziś. Spotkaliśmy się po raz drugi. Tamtego dnia, ostatniego w którym istniało jeszcze w ogóle pojęcie czasu, wielu spotkało mnie powtórnie. Jego zapamiętałam jednak najlepiej. Był silny i wytrwały. Zdawał się niezłomny, niezniszczalny. Walczył. Do samego końca. Opierał się. Najmężniejsze dziecko Starego Świata... Było mi go żal. Tak bardzo żal... Wiele dałabym, by nie musieć mu tego robić. Zmusił mnie, bym patrzyła mu w oczy. Jako jedyny zapytał. Być może jako jedyny był w stanie. Może tylko on miał dość siły.
– Ragnarök? – spytał mnie – Götterdammerung?
Co miałam mu odpowiedzieć? Że Stare odeszło, a Nowe zapanowało niepodzielnie? Że nie ma już świata takiego, jakim go znał? Słynęłam dotąd z ciętego języka. Nie sądziłam, że kiedyś z takim trudem przyjdzie mi znalezienie właściwych słów. Długo milczałam. Grałam na zwłokę. Mało brakowało, a milczałabym zbyt długo. Jeszcze chwila, a nie mógłby mnie już usłyszeć. Nie potrafiłam jednak zostawić go bez odpowiedzi. Jemu pierwszemu, i jak dotąd ostatniemu, udało się wzruszyć Śmierć.
– Wy, dzieci Starego Świata, potraficie pięknie umierać – odpowiedziałam mu. – Teraz muszę nauczyć was przestać żyć.
















































