Incepcja

    Nie da się ukryć, że Christopher Nolan w ciągu kilku lat przeistoczył się z pomysłowego i sprawnego, lecz w gruncie rzeczy mało znanego reżysera, w prawdziwego tuza, na produkcje którego czeka się z wypiekami na twarzy. Filmem Memento pokazał, że potrafi robić obrazy intrygujące. Przy okazji Mrocznego Rycerza udowodnił, że jest w stanie stworzyć kasowy hit. Zaś reżyserując Incepcję udało mu się te dwie warstwy połączyć w harmonijną całość.

    Czym jest tytułowa incepcja? Upraszczając sprawę, jest to zaszczepienie w cudzym umyśle prostej idei, która następnie wyewoluuje i podąży torami pożądanymi przez wszczepiającego. Żeby jednak nie było tak prosto: idea musi być odpowiednio spreparowana i „zainstalowana” człowiekowi w czasie snu. Takie właśnie – niemożliwe wydawałoby się – zadanie stoi przed Domem Cobbem, jednym z najlepszych ekstraktorów. Czym takowi się zajmują? Ni mniej, ni więcej a szpiegostwem przemysłowym, tyle że zamiast z sejfów, wykradają plany i pomysły z umysłów szefów i dyrektorów firm. Samego zaś Cobba poznajemy w chwili, kiedy knoci swoje ostatnie zadanie, co jest o tyle kłopotliwe, że jego zleceniodawca nie należy do tych, którzy wybaczają niepowodzenia. Mając do wyboru niepewną ucieczkę i ryzykowną operację incepcji zaproponowaną przez swą niedawną ofiarę, decyduje się na tę ostatnią. Zbiera doborowy zespół i obmyśla skomplikowany, lecz możliwy do zrealizowania plan. Problem w tym, że Dom jest nie tylko świetnym specjalistą, ale i kawałem cwanego drania, który z różnych powodów nie informuje swoich współpracowników o wyjątkowo ryzykownych szczegółach incepcji, nie mówiąc już o konieczności konfrontacji z tym, co siedzi we łbie samego ekstraktora, a czym niekoniecznie chciałby dzielić się z innymi.

    Motyw manipulacji snem i wkraczaniem na kolejne poziomy iluzji nie jest nowy, w mniejszym lub większym stopniu korzystało z niego wielu reżyserów, żeby wspomnieć choćby Satoshi Kona (Paprika) czy Davida Cronenberga (eXistenZ). Zwłaszcza ten drugi mocno nasuwa się na myśl podczas seansu Incepcji: w obu filmach bohaterowie schodzą coraz głębiej w obszar nierzeczywistości, gdzie zaciera się różnica między snem a jawą. O ile jednak film Kanadyjczyka niósł ze sobą ostrzeżenie przeciwko coraz mocniej postępującemu zanikowi granicy między rzeczywistością a iluzją, dzieło Nolana ukazuje mi się jako obraz czysto rozrywkowy. Wysokojakościowe, doskonale zrealizowane i trzymające w napięciu widowisko, które jest zdecydowanie klarowniejsze niż film Cronenberga (choć ostatni twist fabularny spokoju nie daje), ale wywołuje równie dużo emocji.

    Emocje i widowisko to dwa słowa, którymi można najprościej określić Incepcję. Można narzekać, że Nolan próbuje uczynić swe filmy głębszymi, niż są w istocie, lub że gmatwa fabułę ponad potrzebę, nie można jednak odmówić mu wyczucia, jeśli chodzi o trzymanie widza w napięciu. Historia Cobba i jego ekipy, przebijających się przez kolejne poziomy świadomości i stosujący różnorakie fortele, aby wykonać zadanie wydaje się być obliczona co do sekundy, a każde zdarzenie na jednym piętrze ma bezpośredni wpływ na to, co dzieje się piętrze niższym. Choć fabularnie konstrukcja wydaje się dość prosta, realizacyjnie to już wyższa szkoła jazdy - kiedy trzeba zsynchronizować akcje na czterech kolejnych poziomach, gdzie na każdym dzieje się niejako „osobny wątek” z odmiennym upływem czasu, dopiero wtedy widać, jak precyzyjne jest prowadzenie akcji przez reżysera. Tym bardziej, że wszelka działalność w jednej płaszczyźnie pociąga za sobą zmiany w kolejnych, wprowadzając dodatkowy czynnik potęgujący napięcie. Czy zbyt duże wstrząsy nie spowodują nagłego zrywu i fiaska całej operacji? Czy deszcz, który zalewa bohaterów, nie obudzi ich? Nie mówiąc już o kłopotach ze zrywem, jakie wywołuje stan nieważkości panujący w hotelu dzięki opadaniu pojazdu ze śniącymi… Niezależnie jednak od tego, co dzieje się na ekranie – czy to pościg i strzelanina, czy tez nerwowa rozmowa – na ekranie kotłuje się od emocji. A jeśli dodać do tego fakt, iż Nolan często rezygnuje z typowych dla filmów gatunkowych klisz i rozwiązań, widz często zupełnie nie wie, czego spodziewać się po akcji. Widać to choćby po sposobie, w jaki reżyser rozwiązał kwestię wątku miłosnego, który przebiega zupełnie inaczej, niż przyzwyczaiły nas filmy gatunkowe.

     

    Niesamowite wrażenie robi również warstwa wizualna obrazu. W świecie snu możliwości konstrukcyjne są niemal nieograniczone, architekci mogą więc bez większych problemów stworzyć niesamowite konstrukcje urbanistyczne, zakrzywiać przestrzeń pod różnymi kątami i dostosowywać ją do swoich potrzeb, choćby poprzez architektoniczne paradoksy. Widok miasta zawieszonego nad głowami Doma i jego architekta robi piorunujące wrażenie, podobnie jak pociąg sunący środkiem miasta lub potężna, rozpadająca się metropolia, usytuowana na samym dnie podświadomości Cobba. Trudno też nie emocjonować się momentami, gdy dochodzi do walki – sekwencja hotelowa jest doskonałym przykładem niezwykle sprawnej współpracy reżysera, operatora i speców od efektów specjalnych. Widok postaci ścierających się w korytarzach i pokojach, odbijających się od ścian i podłogi niczym człowiek-pająk z powodu zmiennej grawitacji jest naprawdę rewelacyjny.
    Duży udział w efektowności filmu mieli również aktorzy, którzy doskonale wywiązali się ze swoich ról. W pierwszej kolejności dotyczy to oczywiście DiCaprio (Cobb) który już całkiem chyba oderwał się od modelu „lowelasa”. W roli przebiegłego, zdeterminowanego, ale i zmęczonego ekstraktora jest świetny, oddając bez trudu całą gamę emocji targających postacią, choć mam wrażenie, że pod koniec jednak stał się nieco zbyt ckliwy. Bardzo dobrze wypadł Joseph Gordon-Levitt (Arthur) w roli statecznego i zabójczo wręcz skutecznego współpracownika Cobba, a także Tom Hardy (Eames), którego postać była głównym nośnikiem humoru i z czym poradził sobie doskonale. Nawet kreacje Kena Watanabe (Saito) i Ciliana Murphy’ego (Robert Fisher), choć powinny budzić w widzu niechęć (a wręcz wrogość) do postaci, koniec końców zaskarbiają sobie jego sympatię. W gruncie rzeczy tylko postacie Ellen Page (Ariadne) i Marion Cotillard (Mal) wydały mi się nieco bezbarwne. Choć z drugiej strony, wiele do roboty w filmie nie miały…
    No i jest jeszcze muzyka w wykonaniu Hansa Zimmera, która również ma niebagatelny wpływ na klimat, wypełniając ten cyrk wyobraźni odpowiednio podniosłymi i niepokojącymi dźwiękami. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie miałem co do kompozytora ograniczone zaufanie, z uwagi na dość średnie i monotonne kompozycje, ale Incepcja to po Sherlocku Holmesie kolejny film, który dużo zyskuje dzięki ścieżce dźwiękowej.

    Reasumując. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy Incepcja jest arcydziełem, kategorycznie bym odmówił. Jeśli jednak ktoś chciałby się dowiedzieć, czy Incepcja to emocjonujący, trzymający w napięciu film, z dobrą obsadą, świetną warstwą wizualną i klimatyczną muzyką, bez wahania odpowiedziałbym twierdząco. Niewątpliwie jeden z tych filmów, które należy zobaczyć. Choćby po to, żeby móc się potem zastanawiać: gdzie kończy się ten cholerny sen?

    Piotr "Vivaldi" Sarota

     

    Obsada:

    Leonardo DiCaprio - Dom Cobb
    Ken Watanabe - Saito
    Joseph Gordon-Levitt - Arthur
    Marion Cotillard - Mallorie "Mal" Cobb
    Ellen Page - Ariadne
    Tom Hardy - Eames
    Tom Berenger - Browning
    Dileep Rao - Yusuf
    Lukas Haas - Nash
    Cillian Murphy - Robert Fischer
    Michael Caine - Profesor

    Tytuł oryginalny: Inception
    Tytuł polski: Incepcja
    Produkcja: USA
    Czas trwania: 148 min.
    Rok produkcji: 2010

    Produkcja:

    Reżyseria: Christopher Nolan
    Scenariusz: Christopher Nolan
    Muzyka: Hans Zimmer
    Zdjęcia: Wally Pfister
    Scenografia: Larry Dias
    Kostiumy: Jeffrey Kurland
    Charakteryzacja: Luisa Abel
    Montaż: Lee Smith

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany

    Komentarze

    No Avatar
    Vivaldi on czw., 02/13/2014 - 15:19

    Macie, dziady :>
    I niech mi ktos tu teraz spróbuje narzekać, ubiję :>

    No Avatar
    tess on czw., 02/13/2014 - 15:19

    Ładna recenzja
    I film także

    W sumie przeszłabym się jeszcze raz... Oglądałam naprawdę z dziką przyjemnością.

    No Avatar
    Sadyceuszka on czw., 02/13/2014 - 15:20

    No właśnie, gdzie kończy się sen. Właśnie obejrzałam film i faktycznie jest to ładny obrazek z dużą dawką emocji. Do tego strasznie lubię motyw snu. Ale przypuszczam, że przez czas najbliższy będzie mnie dręczyć, czy bączek Cobba w końcu przestał się kręcić.

    No Avatar
    Aktavis on czw., 02/13/2014 - 15:20

    Incepcja, ile to już czasu minęło :) Film naprawdę megawciągający i faktycznie obsada doskonała. Nawet DiCaprio zagrał dobrze :D

    No Avatar
    Veris on ndz., 09/21/2014 - 16:08

    DiCaprio ogólnie nie jest złym aktorem :p A co do filmu, to potwierdzam, jest świetny!

    Obrazek użytkownika YoAnna
    YoAnna on ndz., 09/21/2014 - 18:05

    A ja wytrzymałam 30 minut tego filmu. Ale może kiedyś przyjdzie pora na drugie podejście.

    No Avatar
    Veris on ndz., 09/21/2014 - 18:07

    No ja słyszałam, że ludzie ten film albo kochają, albo go nienawidzą. Nie ma co na siłę próbować się do niego przekonać.