Ksantyd, część pierwsza.
Jak już zapowiadałam wcześniej, pierwsza część opowiadania o Ksantydzie wyszła dopiero co spod pióra ( a raczej klawiszy komputerowych). Zapraszam do czytania, bo czemu nie :)
Ksantyd od zawsze był naczelnym hultajem Draconisu. Nie przestępcą. On siebie nie uważał za przestępcę. Zlodziejaszek to jeszcze, ale przestępca? To do niego jakoś nie pasowało. Przecież nikogo nigdy nie zabił. Fakt czasem groził, że zabije, ale to tylko puste pogróżki. Bez pokrycia. W ostateczności przecież miał w miarę dobre serce, co miało okazać się niebawem, a o czym Ksantyd jeszcze nie wiedział. Eidolon, czyli zmiennoksztaltny, nigdy nie był większy niz przeciętny człowiek. Ksantyd na jego szczęście, bądź nieszczęście, zaliczał się do tej niewielkiej grupy. Dzięki darowi zmieniania własnych i cudzych kształtów, wyglądał na dość groźnego. Bycie eidolonem miało zarówno swoje zalety jak i wady. Zaletą było na przykład to, ze potrafił wyczuć i usunąc z organizmu trucizny. Albo to, że mógł wyglądać jak tylko chciał. Mógł też zmieniać swój kształt do tego stopnia, żeby przypominać zwierzęta, a to było przydatne przy szpiegowaniu czy nawet przy drobnych kradzieżach. Wadą był mikry wzrost i słabe punkty oraz nadmierna wrażliwość na ból. Ksantyd wyglądał jak każdy eidolon - dziwnie. Miał spiczaste uszy, włosy do szczęki w kolorze ciemnej zieleni, zakrzywione szpony, rogi wystające z czoła i duży ogon skorpiona. W przeciwieństwie do innych nie był aż tak dziwny. Gdyby chciał, w ułamku sekundy bezboleśnie stałby sie zielony niczym niedojrzałe jabłko ze Świata Ludzi. Ale nie chciał, bo każdy wyglądał dobrze to dlaczego z nim miałoby być inaczej.
Ksantyd słynął z tego, że miał wielu lojalnych mu przyjaciół. I jakież było jego zdzdiwienie, kiedy przyjaciele ci, zazwyczaj gotowi za niego zginac tak samo jak on za nich, stanęli przeciwko niemu. A było to tak.
Eidolon przemierzał pieszo główną drogę Draconisu, kierując się do karczmy. Zostawił tam swojego rumaka, chcąc załatwić kilka spraw. Obłożył go zaklęciem chroniącym, aby nie kusił koniokradów. Vesil, ów dumny rumak, miał ponad dwie hoki wzrostu czyli na nasze około dwóch metrów z hakiem. Vesil był dobrym koniem. Wiele razy ratował swego pana przed niebezpieczeństwem. Tak jak wtedy, kiedy za drzewem czekała na niego straż z gotową pułapką. Vesil nawet nie chciał przejść przez kladkę, za co Ksantyd skopał go niemiłosiernie po brzuchu. Dopiero, kiedy zza drzewa wyskoczył oddział uzbrojonej straży Draconisu, zrozumiał, co koń na swój sposób próbował mu przekazać.
Ksantyd zobaczył, że przy Karczmie stoją jego przyjaciele. Było to dość dziwne zważając na to, że zasady nakazywały im nie spotykać się w miejscach publicznych takich jak Karczma pod Krwawym Smokiem. Zmarszczyłby brwi, gdyby je miał. Zamiast nich, czolo Ksantyda zdobiła prawie niewidoczna fałda skórna, tworząc dwa cienie, kształtem przypominającwe luki brwiowe. W każdym razie obezność przyjaciół go zadziwiła. Zastanawial sie prezez chwilę co oni kombinują, gdy jeden z nich wskazał na niego i ruszył w jego kierunku, a reszta ochoczo za nim. Ksantyd przystanął. No cóż, nie wyglądało, żeby szli mu na powitanie, szczególnie, że ten, ktory go wcześniej wskazał wyjął miecz z pochwy. Eidolon nie miał pojęcia o co chodzi.
- Ty! Zdrajca! - wykrzyczał Herdo, ten na czele, nie mogąc się powstrzymać.
Ksantyd nie pytał nawet. Jeżeli nazwali go zdrajcą to z pewnością nie odpowiedzą mu na podstawowe pytanie: Niby z jakiej paki? Odwrócił sie na pięcie i pobiegł w drugą stronę. Biedny Vesil musiał jeszcze trochę poczekać. Ksantyd za sobą słyszal tupot trzech par nóg i zgrzyty wyciąganych mieczy. Instynkt ucieczki do reszty przejął jego umysł.
- Zdrajca! Zdrajca! I tak sie nie ukryjesz szczurze! Łajdaku! Patrzcie jak ucieka szmira jedna!
Eidolon uciekał, co sił w nogach. Tego go z pewnością nie nauczyli w Akademii. Taktycznych odwrotów. Nie chciał walczyć z przyjaciółmi, cokolwiek im zrobił. Skręcił w ciasną uliczkę i zapierajac się nogami o dwie ściany wszedł na dach. Zobaczył jak jego prześladowcy zatrzymują sie zdezorientowani. A potem spojrzeli w górę.
- Tam jest! - wykrzyczał Herdo i zaczął wdrapywać się po ścianach, dokładnie w ten sam sposób co Ksantyd przed chwilą. Niestety nie był eidolonem, a więc tym samym nie był aż tak giętki, żeby zrobić serię prostych acz wymagających nadzwyczajnego sprytu ruchów. Runął tym samym na swoje siedzenie z wysokości półtora hoki.
Ksantyd nie marnował czasu. Uciekał już po dachach skacząc po nich jak królik między bruzdami zaoranego pola. Myślał gorączkowo nad tym gdzie może sie schować, kiedy jego noga natrafiła na spróchniałe drewno i wpadła po kolano do pomieszczenia poniżej. Ksantyd wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i spróbował się wydostać z potrzasku. Niestety kręcąc się i wijąc jak piskorz poszerzył dziurę do takiego stopnia, że wpadł cały przez nią do środka.
Jakież było zdziwienie Herdo, kiedy już wdrapał się na dach razem ze swoimi kumami. Ksantyd niespodziewanie zniknął im z oczu. Deportował się czy co? No to kiszka, pomyślał. Tym razem go nie dopadli, jaka szkoda. Przecież by mu łeb ukręcili przy samej dupie za nasłanie Zabójców. Bo kto inny mógl to zrobić jak nie Ksantyd. Tylko jego nie dopadli, tylko on był takim szczęściarzem. Albo zdrajcą. Herdo obrócił sie do swoich towarzyszy.
- Deportował się. Nic tu po nas. Szczur.
Tymczasem, kilkanaście metrów dalej i piętro niżej...
Ksantyd dostał czymś mocno w głowę. Prawdopodobnie podłogą. Tak, to zdecydowanie ona nabiła mu wielkiego guza na czole. Leżał na ziemi, nasłuchując, cichy jak mysz pod miotłą. Zdawało mu sie czy glosy na dachu ucichły? Nie dosłyszał, co mówili, bo tuż nad jego uchem rozległ się namiętny głos kobiecy.
- Droga twa długa. Czeka na ciebie. Oni- źli- wierzą w klamstwo. Ty- równie zły- dziś niewinny.
Ksantyd podskoczył jak oparzony uderzając kobietę tyłem głowy w nos. Ta zatoczyla się i zaklęła brzydko. Tupnęła nogą ze złością. Zaklęła po raz drugi, trzeci i czwarty.
- Co u... ? - spytał, nie kończąc i rozmasowując drugiego guza na potylicy.
- Na kaganki mocy! Co za dureń! Mówiłam, że musisz uciekać, bo cie powieszą i wypatroszą jak świniokrada, za to, ze ktoś naslał na nich zabójców. - wysyczała i dodała - Żywcem.
- Ale niby za co? - Spojrzał na nią. Miała zielone, wielkie oczy umieszczone trochę daleko od siebie i słomiane włosy. Słomiane fakturą nie kolorem. Barwą przypominały raczej odchody alpaga - czworonożnego zwierzęcia o wyglądzie tygrysa ze Świata Ludzi.
- Za łajno! - wykrzyczała zniecierpliwiona.
Ksantyd sapnął, z deczka już rozjuszony. Niczym byk przed atakiem. Wstał szybko i podszedl do wstrętnej baby.
- Kto jesteś?! - wykrzyczał, plując na jej brzydką twarz, która była równie czerwona, co jego. Kobieta obnażyła zęby w krwiożerczym uśmiechu.
- Wieszczka Amatyliada.
I wtedy zrozumiał, co powiedziała. Przedziwny przypadek bowiem sprawił, że tamtego dnia Ksantyd był pijany, toteż nic nie pamiętał. Nie pamiętał, że lezał pod stołem w karczmie niczym wór skórnomięśniowy i że jego koledzy dość niewygodnie zaleźli za skórę pewnemu mieszkańcowi Draconisu, który przypadkiem był też jednym z głównych składników dania zwanego "Mafią Dracońską" . Mimo, ze nie pamiętał, to czuł, że ma kłopoty. Zgodnie z tym, co wieszczka mu oznajmiła po pierwsze - był niewinny, co miało jednak niewielkie znaczenie. Po drugie ktoś nasłał Zabójców na jego kumpli. Ksantyd zmierzył umownie kaca jakiego miał dziś rano i stwierdził, że musiał być tak pijany, że wręcz nieżywy. Jesli wiec uznano go za martwego, to zapewne pozostala piątka wbiła pierwszy gwóźdź do wlasnej trumny, zadzierając z kimś, kto nie da sobie w kaszę dmuchać. Wieszczka była dobra. Musiał uciekać.
***
Ciag dalszy nastąpi... jak nastąpi :)
















































