(Nie)Zakochana Sadu
Ostatnio tak trochę mnie wzięło na różne refleksje i tak któregoś wieczoru padło na zakochanie. Czym właściwie jest, czym się objawia, czy są jakieś stałe zachowania i tak dalej. I przede wszystkim, czy kiedykolwiek byłam zakochana? W kwestiach czysto teoretycznych przyszła mi z pomocą Wikipedia, która głosi:
Zakochanie – stan związania emocjonalnego z drugą osobą.
Stan zakochania wiąże się z podwyższonym poziomem fenyloetyloaminy (PEA) i dopaminy, powstaniem nowych pętli neuronalnych oraz reakcjami fizjologicznymi na osobę, w której jesteśmy zakochani takimi jak pocenie się dłoni, przyśpieszone bicie serca (wynik działania adrenaliny). Te same reakcje wywołuje strach i stres. W nieco ponad połowie przypadków poziomy hormonów wracają do normy w ciągu 3-8 lat (choć mogą również wcześniej) od momentu podwyższenia. W pozostałych przypadkach pojawia się nowy stan równowagi, za który odpowiada dopamina i serotonina, a który można określić jako przywiązanie.
Ponadto:
- testosteron odpowiada u obydwu płci za pożądanie seksualne
- dopamina odpowiada u obydwu płci za "uskrzydlenie"
- oksytocyna u kobiet odpowiada za uczucia bliskości i przywiązania. Jest ona wydzielana m.in. w trakcie orgazmu, przy porodzie, przy karmieniu piersią
- wazopresyna odpowiada za bliskość i przywiązanie u mężczyzn.
Z tego wynika, że stan zakochania można pomylić ze strachem czy stresem. Świetnie. Ale patrząc na wszelkie moje hmm… stany, które określałam mianem zakochania, to tak naprawdę zakochana nigdy nie byłam. Bo dłonie mi się nie pociły jakoś wybitnie w towarzystwie obiektów moich westchnień, serducho nie szalało. A skoro takowych objawów u mnie nie było, to trzeba by sprawdzić poziom hormonów. A na to już jest za późno. Trudno. Mądrzejsza będę następnym razem, kiedy będę uważała, że jestem zakochana. Od razu polecę do lekarza i sprawdzę sobie poziom fenyloetyloalaniny, dopaminy czy oksytocyny. W tej kwestii pozostaje mi już tylko czekać na kolejny wzlot uczuciowy.
Spójrzmy jednak na zakochanie z nieco innej strony. Mianowicie, weźmy na tapetę literaturę. Na sam początek może niech przykładem posłuży mi standard o zakochaniu i miłości – Romeo i Julia. Romeo zakochuje się w swej wybrance niemal od pierwszego wejrzenia. Targają nim uczucia gwałtowne. Jest porywczy i dowiedziawszy się, że jego ukochana nie żyje, sam się zabija. W tych wszystkich ekscesach nie przeszkadzają mu skłócone rodziny, które otwarcie pokazują, jak to się nie lubią. Julii też nie przeszkadzają te fakty. Mało tego, zdaje się nawet zbytnio nie przejmować tym, że szykują jej za męża niejakiego Parysa! Takiego zakochania, nawet na mniejszą skalę, nie przeżyłam. Nie musiałam borykać się z przeciwnościami losu w postaci krwiożerczych rodzinek i rozochoconego przyszłego męża. Zatem pierwszy przykład znów pokazuje mi, że zakochana nie byłam.
Przejdźmy więc może do kolejnego, który sięgnie do literatury fantastycznej. W tym wypadku posłużę się polskimi tworami – Daimonem Freyem i Hiją z książek Mai Lidii Kossakowskiej. Początek jest dość prosty – spotykają się, obserwują i… zakochują niemal od pierwszego wejrzenia. Znów mamy oczarowanie powierzchownością, bo przecież tak naprawdę nie zdążyli nawet ze sobą porozmawiać zanim się zakochali. Później, rzecz jasna, mają ku temu okazję, ale pokrętny los znów staje na przeszkodzie naszych przykładowych zakochanych i wysyła anielicę w miejsce niekoniecznie dostępne od zaraz. Ich dalsze losy w zasadzie już niekoniecznie muszą być omówione, dlatego też, by nie spoilerować, poprzestaną na tym zdarzeniu. I kolejny raz, porównując postaci literackie do moich prywatnych ‘zakochań’ stwierdzam, że takowych nie było. Owszem, różni chłopcy i mężczyźni mi się podobali fizycznie, ale gorzej już było z dalszymi etapami znajomości. Owszem, zdarzało mi się poznać ładniutkiego delikwenta bliżej, ale bez szczególnych wzlotów.
Skoro było już o wyglądzie, to może zahaczę również o zapach. I w tym miejscu na moich ustach pojawia się uśmiech, bowiem nie myślałam, że ta konkretna historia posłuży mi kiedykolwiek za przykład, który nie będzie nacechowany pejoratywnie. Część już się pewnie domyśla, że mam na myśli sagę Stephenie Meyer (tak, przeczytałam ją w całości!). Tutaj naszymi zakochanymi są zwykła, ludzka dziewczyna oraz starawy już nieco wampir udający nastolatka. Jak doszło do zakochania? Dosłownie rzecz ujmując szanowny pan wampir wyniuchał sobie partnerkę. Edward poczuł się oszołomiony zapachem Belli do tego stopnia, że aż zapragnął ją zjeść. Romantyzm szalony, jednakże nigdy nie miałam ochoty zjeść żadnego mężczyzny. Z moim życiorysem nie zgadza mi się też to, że nie spotkałam jeszcze wampira. Ale tak na poważnie, to czułam wielu facetów. Czasem choćby tych, który przechodzili obok mnie na ulicy czy stali za mną w tramwaju, jednak nie spotkałam się jeszcze z takim zapachem, który by wywołał we mnie stan zakochania.
Może dość przykładów literackich na moment zajrzę do miłosnej filmoteki. Najpierw posłużę się filmem, który widziałam stosunkowo niedawno, bo kilka dni temu. Może i miłość nie jest tam tematem głównym, jednak w Avatarze Camerona zakochanie występuje. W tym wypadku nikt się nie wywąchał, nie nastąpiło nagłe wizualne zauroczenie, ale bohaterowie, jak to ogólnie jest przyjęte, poznawali się nawzajem i w międzyczasie, tak zupełnie przypadkiem, zakochali się w sobie. Neytiri i Jake Sully są najbliżej realiów mojego życia. Problem pojawia się jednak w innym miejscu. Skoro u nich zakochanie opierało się na przywiązaniu, poświęcaniu się i tak dalej, to w takim razie jestem zakochana w swoim najlepszym przyjacielu. No może pomijając fakt zespolenia fizycznego. Naszym niebieskim bohaterom to się przytrafiło, mi w tym przypadku nie.
W kolejnym obrazie zakochanie również jest czysto platoniczne. Kto oglądał Sin City ten już pewnie wie, że mam na myśli Marva zakochanego w Goldie. Sytuacja w tym wypadku nie była taka prosta, bo wszystko zaczęło się od tego, że Marv był oczarowany blondwłosą pięknością, a zakochał się dopiero po tym, jak poszli ze sobą do łóżka. I znów los płata nam figla, panna poszukiwała jedynie „ochroniarza”, a nie miłości. No i, jak to w filmach często bywa, została zamordowana. Marv tak ją pokochał, że postanowił się odegrać za jej śmierć. I znów spojrzenie z przymrużeniem oka i chwilą zastanowienia – czy byłabym w stanie zemścić się za krzywdę zrobioną czy to któremuś z moich chłopaków czy to jednemu z obiektów moich westchnień? I namyśl kolejny raz przychodzi mi mój przyjaciel, jednak znów pojawia się kwestia spółkowania, której nie było. I nie będzie.
Jak wiadomo, zakochanie można też spotkać w życiu codziennym – szalone miłości od pierwszego wejrzenia, zaręczyny, śluby, dzieci. I to wszystko w otoczce gromadzących się pozytywnych emocji, które aż się z człowieka uszami wylewają różowym lukrem. Wielu wspomina o motylkach w żołądku, drżeniu rak, rozkojarzeniu, monotematyczności i innych tego typu rzeczach. Nie przypominam sobie, by takie wydarzenia miały miejsce na bardzo masową skalę. Dlatego po tej całej analizie obrazów filmowych i literackich, spojrzeniu na zakochania wokół mnie, stwierdzam, że albo nie byłam zakochana, albo to moje zakochanie przebiegało jakoś łagodnie. W żołądku nie wykluły mi się motyle, aż tak monotematyczna, jak niektórzy nie byłam, ręce były w porządku, różowego lukru nie widziałam, dzieci nie mam, ślubu nie brałam, zaręczona nie jestem. W dwóch słowach – zakochania brak. Patrząc na ogólnie przyjęty obraz, rzecz jasna. I tu pojawia się pytanie – czy faktycznie to ja nie byłam zakochana, czy może zakochanie ma jakiś inny obraz, niż ten, który przedstawiłam wyżej.
A może to spojrzenie jest błędne? Może nie tak wygląda zakochanie? Zatem formułuje się pytanie - czym ten cały stan jest?


















































Odpowiedzi
Bez poprawek jeszcze. W
Bez poprawek jeszcze. W najbliższym czasie machnę korektę. A wrzuciłam świeże, co by nie zapomnieć.I, znając siebie, mogłoby mi się odechcieć wrzucania, zanim bym doprowadziła ten tekst do stanu używalności ;p
---
"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/
Szczerze mówiąc nie mam
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czym jest zakochanie i nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czytając powyższy tekst jednak razem z Sad postanowiłam zadać sobie również to pytanie. Hmmm... z powyższych przykładów najlepiej pasuje do mnie ten z Wikipedii :P W taki sposób zakochana byłam raz, jakieś dobre 8 lat temu. Nooo, fakt nosiło to też znamiona wymienionych wyżej Daymona i Hiji oraz bohaterów Avatara. Najbardziej chyba przypominało romanse ze średniowiecznych ballad rycerskich lub chwilowe wielkie i turboromantyczne miłości rodem z literatury romantyzmu.
Co dalej? W moim, byłym już, mężu, byłam zakochana bardziej wikipediowo zdecydowanie przez pierwszych kilka miesięcy. Potem... spełnił swoją rolę (zostałam matką) i zakochanie minęło :P Generalnie, prócz tego pierwszego sprzed 8 czy 9 lat, moje "zakochania" polegały na tym, że ktoś pociągał mnie fizycznie i przy okazji może jeszcze interesował intelektualnie. Jednym słowem przykłady Sad tłukę o kant tyłka :P I mówi to kobieta dwukrotnie zaręczona, raz zamężna, a obecnie próbująca pobyć w dość luźnym związku ( luźnym w sensie - bez mieszkania razem ani wtryniania się w cudze życie osobiste, zawodowe, rodzinne itd.). I szczerze wam powiem... najbardziej lubię być sama, bez faceta. A jeśli już to odpowiada mi jedynie obecna opcja - każdy u siebie, każdy ma swoje życie, a co jakiś czas fajnie jest spędzić razem trochę czasu, zrobić razem coś fajnego, zaspokoić potrzeby, a na co dzień po prostu mieć z kim pogadać, wiedzieć, że ktoś o mnie myśli. Wiem, że to cholernie powierzchowne i płytkie, ale co poradzę - romantyzm bokiem mi wychodzi, a facet w domu jest jak kolejne dziecko i sprawia za dużo problemów :P
Zakochanie? Odkąd dojrzałam i romantyzm przestał mnie kręcić, jest to dla mnie przede wszystkim taki stan, w którym, mówiąc wprost, mam ochotę przelecieć lub być przelecianą przez konkretną, pociągającą mnie osobę.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
I tak najlepsza para ever to
I tak najlepsza para ever to Han i Leia! :D Od wkurzania się na siebie, przekomarzań, aż po słynny dialog
- I love you!
- I know.
Genialne! :)
Heh, skądś znam taką parę ;)
Heh, skądś znam taką parę ;) Już w tej chwili wprawdzie byłą parę, ale znam z autopsji, że tak powiem :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Jak czytam/słyszę, że
Jak czytam/słyszę, że zakochanie to sama biologia, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Można być zakochanym w osobie, której się w życiu na oczy nie widziało, nie mówiąc o zapachu itd.
Ano można być. Ale kto wie,
Ano można być. Ale kto wie, jak to wygląda biologicznie?
Można? A możesz sprecyzować?
Można? A możesz sprecyzować? Bo dla mnie odczuwanie więzi mentalno-emocjonalnej z drugą osobą, obojętnie jakiej płci, jest bliższe przyjaźni niż zakochaniu. Zakochanie jest ściśle związane z fizycznością i jak dla mnie mija się z celem rewolucjonizowanie tego poglądu w kierunku dziwnych, romantycznych teorii. Przespałbyś się z kobietą, która jest interesująca mentalnie, sympatyczna i ma ciekawą osobowość, ale jej wygląd budzi twoją odrazę albo kompletnie nie pociąga cię fizycznie? Szczerze wątpię.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Zakochanie nie równa się
Zakochanie nie równa się chęci przespania z kimś. Ale nawet gdyby - to chęć przespania nie musi oznaczać, że by się przespało w realu. Jeśli się kogoś nigdy nie widziało, można się zakochać w tej osobie - czy raczej w swoim wyobrażeniu tej osoby. Nawet jeśli uczucie zakochania minie po pierwszym spotkaniu, nie sprawia to, że poprzednie uczucia nie były szczere.
Jeśli miłość to chemia, to
Jeśli miłość to chemia, to jak w takim razie wytłumaczyć zakochanie się gwiazdami muzyki czy filmu przez młode dziewczyny, ale z resztą nie tylko?
1. W kimś, kogo się nigdy nie
1. W kimś, kogo się nigdy nie widziało człowiek nie może się zakochać. Na podstawie czego? Słów? Z których zresztą nie wiadomo ile jest szczerych? Nie wiedząc czy dana osoba w ogóle jest tym, za kogo się podaje? To nie jest zakochanie w osobie. To zauroczenie jej obrazem, który samemu się sobie stworzyło we własnej głowie.
2. To samo dotyczy sytuacji o której mówi Nubia.
3. Nubio. Ja uważam, że miłość i zakochanie absolutnie nie są synonimami. Znaczą zupełnie co innego. A zauroczenie to jeszcze trzecie słowo, o równie odmiennym znaczeniu.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Tak, i o ile uważam, że nie
Tak, i o ile uważam, że nie da się kochać kogoś, kogo się nie zna, to zakochać się zna. I tak, właśnie na podstawie słów. Co z tego, że się nie wie? Zakochanie to stan uczuć, nie wiedzy. A powtarzanie sobie, z jakich powodów nie powinno się być w danej osobie zakochanym, z tego, co mi wiadomo, nie działa, także w innych sytuacjach ;p
Twoje argumenty, Lori, pokazują, że to raczej Ty mylisz zakochanie z miłością ;p
Co innego aktor, z którym zwykle nie miało się okazji rozmawiać, przebywać - to już raczej fascynacja.
Fascynacja, miłość,
Fascynacja, miłość, zauroczenie... Niby to są różne rzeczy, ale wywołują takie same objawy. Przynajmniej w pierwszej fazie.
No tu się nie zgodzę! ;p
No tu się nie zgodzę! ;p Miłość jak już może być dalszym wynikiem zakochania, tak samo jak może być kolejnym etapem przyjaźni i zdecydowanie się różni. A za to fascynacja jest słabsza.
No i właśnie to, co Wy
No i właśnie to, co Wy nazywacie zakochaniem, ja uważam za zauroczenie lub fascynację.
Absolutnie nie mylę zakochania i miłości. Zakochanie jest dla mnie reakcją czysto fizyczną, miłość jest stanem emocjonalno-uczuciowym trudnym do określenia. Natomiast właśnie zauroczenie czy fascynacja może dotyczyć kogoś,kogo nie zna się naprawdę i tworzy sobie jego obraz, bo np. ładnie ubiera emocje w słowa.
Zakochanie to według mnie właśnie FIZYCZNOŚĆ. To, że ktoś ci przez internet prawi komplementy albo pisze wiersze nie jest powodem do zakochania, ale zauroczenia obrazem człowieka,jaki zbudujesz wokół tego,co cię w nim zafascynuje.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
A dla mnie zakochanie ZAWSZE
A dla mnie zakochanie ZAWSZE jest zakochaniem w obrazie, nie w prawdziwej postaci. Czy chodzi o słowa, które czytamy / czytaliśmy (np. kiedyś, korespondencyjnie, obecnie przez Internet), czy o osobę, którą widzimy po raz pierwszy, czy zbliżamy się do niej i czujemy oszałamiający zapach, czy ktoś nam o tej osobie opowiada tak, że mamy wrażenie, że ją znamy - to jest zawsze OBRAZ. Obraz, który powstał w głowie. A organizm nie zaprząta sobie głowy tym, czy prawdziwy - nieprawdziwy można mieć nawet obraz człowieka, z którym się przeżyło 20 lat w idealnej harmonii.
I zakochanie jest jak najbardziej fizyczne - daje fizyczne objawy, organizm reaguje. I organizm nie bawi się w dedukcję, czy znamy kogoś wystarczająco dobrze ;p
Zakochanie (sie) jest
Zakochanie (sie) jest szalenstwem.I jak kazdy obled ma rozne oblicza.
Jako dzieciak bylam zakochana w rozrabiakach Tomku Sawyerze,Hucku Finnie,Winnetou i Old Shutterhandzie egzekwo he he.Jako nastolatka w hrabim Monte Christo,Raskolnikowie,wszelkiego rodzaju Kmicicach i Bohunach.
Zakochana bylam w opisanym charakterze,w tym co ci mniej lub bardziej fikcyjni bohaterowie saba reprezentowali.Wychodzilo szydlo z worka,czyli potrzeba szalenstwa,awantury i przygod w towarzystwie nietuzinkowych osobowosci.
I taki typ ludzi (facetow) przyciagal potem moja uwage.Jest to typ kochanka,kumpla z ktorym mozna wariowac, niekoniecznie nadajacego sie do stalego zwiazku czy prawdziwej milosci,ktora jak juz pare osob zauwazylo z zakochaniem zbyt wiele nie ma wspolnego.
Jesli zapach potu faceta na Ciebie nie dziala,w telegraficznym skrocie oznacza to,ze jego geny nie sa silniejsze od Twoich ,a wiec i ewentualne potomstwo z tego zwiazku nie bedzie "podrasowane"a tego wlasnie podswiadomie szuka w mezczyznie (dawcy;) kobieta.
Tak wiec "przyjaciel" nie awansuje na kochanka w takim przypadku.
Nie pamietam jak to jest w swiecie nastolatkow,ani starszej mlodziezy;),ale w swiecie he he doroslych ludzi faceci faktycznie zakochuja sie dopiero jak juz zostana podstepnie przez uwodzicielska Femme Fatalle do lozka zaciagnieci;)Tak po prostu jest.
Co jeszcze?Mezczyzni jako wzrokowcy faktycznie musza przyjrzec sie ofierze zeby im sie spodobala itd;),natomiast do kobiet (jesli wierzyc psychologii) trafia sie "przez uszy" slowami,tak wiec jesli taki piekny nieznajomy potrafi pieknie mowic,albo mowi to co chcesz uslyszec,jest szansa ze uda mu sie niczego nieswiadoma owieczke sciemnic a moze i skonsumowac he he.
Stan zakochania jest swietny i ...nieuleczalny.Ale chyba trzeba miec predyspozycje do tej choroby;)
"Stan zakochania jest swietny
"Stan zakochania jest swietny i ...nieuleczalny.Ale chyba trzeba miec predyspozycje do tej choroby;)"
Ja chyba predyspozycji nie mam :P Zbyt stateczny charakter mam.
"Nie pamietam jak to jest w swiecie nastolatkow,ani starszej mlodziezy;),ale w swiecie he he doroslych ludzi faceci faktycznie zakochuja sie dopiero jak juz zostana podstepnie przez uwodzicielska Femme Fatalle do lozka zaciagnieci;)Tak po prostu jest."
Święta prawda. Nic zresztą w tym ani złego ani dziwnego :)
"Jesli zapach potu faceta na Ciebie nie dziala,w telegraficznym skrocie oznacza to,ze jego geny nie sa silniejsze od Twoich ,a wiec i ewentualne potomstwo z tego zwiazku nie bedzie "podrasowane"a tego wlasnie podswiadomie szuka w mezczyznie (dawcy;) kobieta.
Tak wiec "przyjaciel" nie awansuje na kochanka w takim przypadku."
Znów święta prawda!
",natomiast do kobiet (jesli wierzyc psychologii) trafia sie "przez uszy" slowami,tak wiec jesli taki piekny nieznajomy potrafi pieknie mowic,albo mowi to co chcesz uslyszec,jest szansa ze uda mu sie niczego nieswiadoma owieczke sciemnic a moze i skonsumowac he he."
A spodobałby Ci się facet mówiący "poszłem" i "rencami"? Nie umiejący się wysłowić? Jąkający się? Dukający, mlaskający, ze skrzekliwym głosem? Taki, który nie potrafi poprawnie zdania sklecić? Tak nieśmiały, że wcale się nie odzywa, póki nie zażądasz odpowiedzi kategorycznie? Mnie by odrzuciło i nie chciałabym kontynuować takiej znajomości. Moim zdaniem także w łóżku facet powinien umieć odezwać się tak, by napięcie nie opadało automatycznie na dźwięk jego głosu. Dobry seks też można zepsuć zaskrzeczeniem do ucha "E! Mała. Weź no tymi rencami zrób, bo mnie stanonć nie chce. Ale ino czekej to siem jeszcze po jajkach podrapiem". Poza tym cóż... nawet kawy się rano z takim delikwentem nie napijesz.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Czytając to, co napisaliście, wszelkiego zakochania .../
się o0dechciewa. Zresztą, mnie łatwo mówić, bo w życiu nie byłam zakochana, najwyżej dochodziłam do stadium silnego oczarowania, przeważnie na tle estetycznym.
Nie bardzo rozumiem co Cię
Nie bardzo rozumiem co Cię tak odstręcza w opisach stanu zakochania tutaj zamieszczonych... Odrażający jest tylko mój przykład z panem mówiącym w dialekcie Mordoru :P Poza tym nie widzę tu nic od czego miałoby się odechciewać zakochiwania.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Jak to sie
Jak to sie odechciewa?
Przeciez w samych superlatywach ten stan zostal tu przedstawiony/opisany :-P 8-)
Lorelay
Dialekt Mordoru raczej nie brzmi zachecajaco/podniecajaco;)
"A spodobałby Ci się facet
"A spodobałby Ci się facet mówiący "poszłem" i "rencami"? Nie umiejący się wysłowić? Jąkający się? Dukający, mlaskający, ze skrzekliwym głosem? Taki, który nie potrafi poprawnie zdania sklecić? Tak nieśmiały, że wcale się nie odzywa, póki nie zażądasz odpowiedzi kategorycznie? "
Lorciu, ja Cie proszę, nie strasz mnie przy kawie!
"I taki typ ludzi (facetow) przyciagal potem moja uwage.Jest to typ kochanka,kumpla z ktorym mozna wariowac, niekoniecznie nadajacego sie do stalego zwiazku czy prawdziwej milosci,ktora jak juz pare osob zauwazylo z zakochaniem zbyt wiele nie ma wspolnego. "
Moja słabość, aczkolwiek niekoniecznie reguła.
"Stan zakochania jest swietny i ...nieuleczalny.Ale chyba trzeba miec predyspozycje do tej choroby;)"
Najwyraźniej jak Lorelay nie mam do takowego stanu predyspozycji.
---
"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/
W facecie do stałego związku
W facecie do stałego związku to się człowiek nie zakochuje (a nawet nie powinien), tylko ma przekonanie, że jest w stanie go zdzierżyć.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
O, o! Święta prawda! <
O, o! Święta prawda! < Powiedziała Sadu, która ma straszne problemy z wytrzymywaniem z facetem przez czas dłuższy >
---
"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/
Lorcia wie, bo sama ma
Lorcia wie, bo sama ma podobne problemy :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Czuję się dziwna... ;) Za lat
Czuję się dziwna... ;)
Za lat szczenięcych byłam przekonana, że zakochałam się pięć razy. Z perspektywy czasu były w tym różne fascynacje i zauroczenia, ale jednak dwa razy zdarzyło mi się zakochać. W tym raz w moim przyszłym mężu.
W kontekście tego tematu mam wrażenie, że moje predyspozycje są niezwykle silne... :D
Ja tam predyspozycji widać nie mam
Co zresztą mi bardzo odpowiada
Evivo, a ty mi nie
Evivo, a ty mi nie odpowiedziałaś na poprzednie pytanie :P
A ja tam uważam, że w nie posiadaniu predyspozycji nie ma nic dziwnego ani złego. W ich posiadaniu zresztą też nie ;) Każdy jest inny, ma inne potrzeby, pragnienia, co innego mu odpowiada, inaczej reaguje. Gdyby tak nie było, świat byłby cholernie nudny.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Niby co mnie odstręcza?
Właściwie wszystko. Nie staraj się jednak, by to zrozumieć, ja jestem pokręcona.
Ależ ja rozumiem, że
Ależ ja rozumiem, że zakochiwanie się może odstręczać. Mnie też nie pociąga zanadto. Nie wiem tylko co odstręczającego wynika konkretnie z naszych wypowiedzi.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Hmmm... trudno to wytłumaczyć
Może nic? Tylko tak mi sie skojarzyło?