O nim, urzeczonym kunsztem nocy...
Dawniej niż sięgam pamięcią, dalej niż Istota Wszechobecna może sobie wyobrazić, z powodów nawet mi nieznanych narodziłem się ja, Marius. Urzekła mnie noc, szpony ciemności złapały mnie mocno w śmiertelnym uścisku i mimo świtu, ich objęcia nie zelżały. Przemijający powoli czas pozwolił docenić kunszt mroku i zachwycić się jego nieobecną barwą. Moje serce zostało wyrwane z piersi pierwszym podmuchem nocnego wiatru i nigdy nie powróciło. Oswobodziłem się z wnyk mroku i ruszyłem ochoczo w dzień. Jutrzenka oślepiła mnie, bezlitośnie parząc zmysły, brutalnie oszałamiając barwą jaskrawszą niż można sobie wyobrazić. Porwałem cień schowany przed blaskiem słońca i ruszyłem na nim w przestworza. Opowieść dopiero rozpoczęta, zdała się kłócić z moją ciemną naturą. Czas płynął szybko, gdy przemierzałem krainy w poszukiwaniu Księgi. Cokolwiek mi przeszkodzi, padnie ofiarą ostrych jak brzytwy szponów nocy, które na zawsze stały się moją własnością.
Pani Dnia ujawniła moje cechy i na zawsze naznaczyła piętnem postury i osobowości. Dotąd nie miałem ani jednego, ani drugiego. Spojrzałem w migoczące lustro wody i ujrzałem kontrast zielonych ślepi i jasnych, prawie tak jak słońce, włosów. Matka natura raczyła obdarzyć mnie mięsistym, czującym ciałem, które za nic miało zmęczenie i lęki. Ideał, pomyślałem zakochując sie w swym obliczu z alabastru.
Wieczne porywy namiętności nadały memu umysłowi kształt i chłód ostrza, którego z taką chęcią używam w walce. Ze stanowczością wieszczę rychły koniec świata jaki znacie i początek świata, którego nie chcecie znać. Okrucieństwo z jakim dążę do tego celu przerazi samego Boga i nawet on będzie błagał o litość, której ja nigdy nie miałem. Odrzucam dobro na rzecz piętna zła, które sam świadomie wybieram, krocząc przez dzień.

















































