Topór duński, czyli o dwuręcznej siekierze wikingów

Wokół oręża zwanego popularnie toporem duńskim wyrosło kilka teorii, a przynajmniej ja tyle słyszałem.
W miniony letni sezon rekonstrukcyjny miałem przyjemność wywijać tego typu orężem. Muszę przyznać, że nie patyczkujący się z przeciwnikami wojownik z takową siekierą, ustawiony za plecami dwóch tarczowników potrafi siać prawdziwą zgrozę we wrogich szeregach. Dzieje się tak, ponieważ niemal dwumetrowe drzewce zapewnia istotną przewagę zasięgu, a sam topornik jest osłaniany przez towarzyszy broni. Ponadto nie jest niczym przyjemnym w trafieniu toporem duńskim. Znaczy my będziemy się cieszyć, jeśli nim wywijamy, ale nasi wrogowie nie.
Słyszałem teorie, jakoby wojowie uzbrojeni w ten oręż stawali w pierwszej linii. Jest to chyba najgłupsza rzecz o jakiej słyszałem. Pozbawieni osłony tarcz stawali się ekstremalnie wrażliwi na ostrzał i wrogie włócznie. Możecie to włożyć między bajki. Chyba, że za topornikami ruszą dwa szeregi włóczników i cała formacja zaatakuje z biegu. Wtedy nie miałbym najmniejszej ochoty przyjmować tego na tarczę.
Co zaskakujące odpowiednie wyważenie drzewca i żeleźca mogą zaoferować nam broń relatywnie lekką, co daje większą szybkość uderzania. Topór dzierżony przeze mnie na załączonej fotografii był, dla przykładu, tak lekki, że mogłem go używać razem ze standardową tarczą rekonstrukcyjną, tak zwaną 70tką.
Jaki jest zatem mój wniosek odnośnie duńczyka? Miłe to... Pod warunkiem, że ty masz go w łapie, a nie twój przeciwnik.

















































