Z pamiętnika Jaskra.
Mój tekst z pewnego forum pbf, który postanowiłam sobie zachować. ;)
W karczmie, jak zwykle o tej porze, panował tłok. Goście przekrzykiwali siebie nawzajem, trunki lały się strumieniami, a kelnerki lawirowały między stolikami tak szybko, jak się dało. Oczywiście męska część klienteli utrudniała im to, co chwila łapiąc jedną czy drugą za miejsca, co do których nie miała żadnych praw. Gdzieś w kącie siedział ciemnowłosy bard, który tego dnia jakoś nie miał ochoty na swawole i wystawianie się na pośmiewisko. W każdej przechodzącej kobiecie widział Annę, niebieskooką piękność o pełnych kształtach. Skubał koronkowy rękaw i wpatrywał się w niego uparcie, byle tylko nie zerkać na płeć piękną. Oczywiście z teorii, bo on też przecież jest piękny, a na marne szukać u niego piersi i całej reszty. Ale wracając do naszej historii…
Jaskier poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Zareagował szybko, ale nie dlatego, że bał się, że ktoś zrobi mu krzywdę. Dzisiaj miał to głęboko w poważaniu. Bał się o swoją lutnię, która spoczywała blisko jego ciała, jednak nie na tyle blisko, aby ktoś nie mógł jej ukraść. A była to dość wartościowa lutnia…
- Co ty sobie… - zaczął, ale urwał, gdy odwrócił się w kierunku nieznajomego łupieżcy. – Dagus! – wykrzyknął Jaskier, choć jego krzyk zniknął gdzieś w krzykach reszty gawiedzi. – Kopę lat!
Zerwał się z krzesła i na moment zapominając o swych smutkach doskoczył do starego kumpla, klepiąc go po plecach. Dagus zrobił to samo i zaniósł się gardłowym śmiechem. Był on człowiekiem dość postawnym, żeby nie powiedzieć – wielkim. Nie grubym, o nie! On był po prostu duży. Wyglądał trochę jak skrzyżowanie niedźwiedzia z yeti, o ile ktoś domyśla się, jak wygląda yeti. Twarz miał zarośniętą, jakby nie golił się od bardzo długiego czasu, a włosy sięgające ramion były lekko skołtunione. Ubrany był skromnie, a przy boku widniał mu miecz. Razem z Jaskrem studiowali na tym samym roku i na piciu spędzili więcej czasu, niż na samej nauce. Obydwu jednak udało się skończyć Uniwesytet, lecz gdy Jaskier został tam by samemu wykładać, Dagus ruszył w drogę, pozostawiając kumpla i w ten oto sposób nie wiedzieli się od tamtej pory. Aż do teraz…
- Widzę, że nic się nie zmieniłeś, brachu! – zadął Dagus, lustrując barda od góry do dołu. – Tylko włosy ci się nieco przerzedziły!
Jaskier wciągnął ze świstem powietrze, a jego ręka powędrowała do bujnej czupryny. Czy to możliwe, aby nie zauważył defektu, który wraz z czasem pojawił się na jego głowie?
- Żartuję, brachu! – powiedział mężczyzna, który ewidentnie upodobał sobie sposób, w jaki powinien zwracać się do Jaskra. – Siądźmy, co będziemy męczyć kończyny!
Jaskier usiadł, przyciskając się do ściany zgnieciony nieco przez kumpla. Ten zajmował dwa razy tyle miejsca co bard, a jak się okazało, pił również dwa razy tyle. W czasie, w którym obydwaj snuli opowieści, Dagus zdążył pochłonąć trzy pełne kufle, podczas gdy Jaskier dopiero co dopijał drugie. Jednak w połączeniu z masą panów stan upojenia mieli mniej więcej ten sam. Nawet humor się wicehrabii poprawił. Nieznacznie, ale na tyle, że nie rozmyślał już nad piękną Anną, a zaczął kontemplować uroki kelnereczek, co miał w zwyczaju, gdy stan jego serca i umysłu był na poziomie normalności. Jego uroda nie zawsze mu pomagała, raz dostał nawet płaskiego, ale tylko się zaśmiał. Alkohol krążył już w jego krwi i nic nie mogło popsuć tego wieczoru! Prawie nic…
- Dobrze się bawiłem, lecz czas mój dobiegł już końca! – rzucił pompatycznie Jaskier, unosząc jedną dłoń do góry, by zademonstrować swoje przejęcie tą chwilą. – Będę jeszcze jakiś czas w mieście, liczę zatem na następne spotkanie, nim wyjadę!
Powiedziawszy to, sięgnął do swojej sakiewki. Tam jednak pustka niemal odgryzła mu palce, gdy szukał tego, co powinno leżeć jeszcze na denku. Nie pamiętał, czy zdążył wydać już wszystkie pieniądze, czy też ktoś wykorzystał fakt podpicia barda i zakosił mu jego miedziaki. Fakt był taki (i był on niepodważalny), że Jaskier nie miał obecnie ani grosza przy duszy, a co za tym idzie – nie miał jak zapłacić za trunki, które wypił. Odwrócił się do Dagusa, by poprosić go o drobną pożyczkę, lecz jego oczom ukazała się znajoma pustka. Kumpla po prostu już nie było. Musiał zwęszyć okazję do ucieczki, kiedy to Jaskier przeczesywał swą sakwę w poszukiwaniu cudu. A więc to tak! Ograbił go do zera, przyjaciel od siedmiu boleści! Bo jak inaczej to wytłumaczyć…? Bard rozejrzał się dookoła. Kelnerki zajęte były roznoszeniem piwa, więc ciemnowłosy postanowił wykorzystać moment nieuwagi obsługi. Zgiął się w pałąk (chociaż zdecydowanie bardziej niezauważony pozostałby wyprostowany, ale kto wymaga od niego trzeźwego myślenia, gdy jego ciało trzeźwe nie jest…?) i ruszył przed siebie. Lutnia niczym płetwa rekina wystawała ponad jego plecy i jedynie ona zdradzała fakt, że ktoś się przemieszcza na dolnym poziomie. To właśnie zgubiło Jaskra, który przyuważony został przez mamuśkę. Kobieta schodziła właśnie na dół, gdy dostrzegła nienaturalnie poruszającą się postać. Szybko przedarła się przez tłum, który gdzieniegdzie sam ustępował widząc kto się zbliża i złapała za gryf instrumentu podciągając mężczyznę do góry.
- Kogo my tu mamy! – wrzasnęła tak, że ściany niemal się zatrzęsły, a w karczmie zaległa cisza. Wszystkie spojrzenia skierowały się na tę dwójkę, jednak mamuśka kazała klientom wracać do swoich zajęć (zrobiła to mniej delikatnie, nie przebierając wcale w słowach, ale przytaczać ich nie wypada). – Chcieliśmy wyjść bez płacenia, co, męczydrucie?!
Jaskier postanowił sięgnął po ostatnią deskę ratunku, której mógł się chwycić. Bo co innego mu pozostało?
- Czcigodna pani – zaczął nieśmiało, rozglądając się na boki. Świadków było niewielu, bo większość bała się odwrócić ku nim wzrok, tak samo jak i nadstawić uszu. – Zostałem niecnie okradziony! Taka tragedia… A dzieci na utrzymaniu! Szedłem właśnie, by zapłacić pani moją muzyką!
Jakier próbował wyciągnąć lutnię z rąk kobiety, ta jednak twardo trzymała ją i puścić nie zamierzała.
- Nie lubi pani muzyki? – spytał, próbując zyskać nieco na czasie. – No dobrze…
Jeśli bard uważał, że propozycja gry jest jego ostatnią deską ratunku, to się mylił. W zasięgu ręki pojawiła się kolejna, choć bardziej sękata… No i miała pozostawić wiele drzazg.
- Skoro tak stawia pani sprawę… Jestem dobry nie tylko w grze! Możemy udać się na górę, a udowodnię pani, że nie kłamię!
Ale nie udowodnił. Ostatnie, co pamiętał, to okropny ból w czaszce i ciemność, która go ogarnęła niczym pustka sakiewkę, która opadła delikatnie u jego boku, gdy i on sam poleciał nieprzytomny na podłogę... Kto by pomyślał, że rozstanie z Anną nie będzie najgorszym, co go dzisiaj spotka? A Geralt jak na złość musiał załatwiać coś na mieście...


















































Odpowiedzi
Hehehe :D Dobre :D
Hehehe :D Dobre :D
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna