Ziemowit
Samochód wjechał na polną drogę. Dotychczasowy w miarę mało wyboisty i nawet nie za bardzo dziurawy – jak na Polskie realia – asfalt zastąpiła ubita ziemia. Dzień był ciepły, a nawet gorący, zwłaszcza dla trójki pasażerów nie klimatyzowanej skody Felicji.
- Masz być miły dla dziadka, słyszysz co do ciebie mówię – kobieta siedząca z przodu na siedzeniu pasażera odwróciła się do rozwalonego na tylnej kanapie chłopaka. Około dwunastoletni młodzian pozornie nie zwrócił na nią żadnej uwagi. Patrzył uparcie w okno, a dudnienie z słuchawek nałożonych na uszy słyszalne było nawet w przedniej części samochodu.
- Powiedz, mu coś – kobieta tym razem zwróciła się do mężczyzny siedzącego za kierownicą- zupełnie mnie ignoruje.
- Trzeba mu było nie mówić, że to był pomysł mojego ojca – głos kierowcy był spokojny – teraz mamy młodzieńczy bunt, ale zobaczysz, że dziadek go przekona – mężczyzna wzdrygnął się jakby coś sobie przypomniał – trzeba przyznać, że mój ojciec potrafi każdego przekonać.
- Macie pewne – młodzian tylko pozornie nie zwracał uwagi na rodziców – nigdy mu tego nie wybaczę, a jak tylko będę miał osiemnaście lat to natychmiast zmienię to głupie imię.
- Przecież to piękne starosłowiańskie imię, powinieneś być z niego dumny – ojciec starał się spokojnie załagodzić wybuch nastolatka.
- Dumny, niby jak mam być dumny ? W szkole każdy się ze mnie nabija: Ziemek – ściemek, ziemniok, ziemia dla Ziemowita – po tym haśle najlepszą zabawą jest trafić we mnie jakąś grudą ziemi. Czy ja nie mogłem się nazywać jakoś normalnie ? – w głosie chłopaka brzmiało rozżalenie.
- Może powinieneś ich uświadomić, że twoje imię nie ma nic wspólnego z ziemią, a jest tylko formą imienia Siemowit, które oznacza głowę rodu – ojciec spróbował znaleźć jakąś radę.
- No pewnie, już widzę ich radość w wymyślaniu nowych przezwisk, nie zamierzam dawać im nowej pożywki.
- Dlaczego ty masz normalne imię Maciej – podjął po chwili – moje to chyba wymyślił z zemsty za swoje własne. Ciekawe kto wykombinował jego: Gorzysław.
- To taka tradycja w naszej rodzinie, aby w co drugim pokoleniu pierworodny syn miał starosłowiańskie imię.
- No to miałem niewątpliwe szczęście – Ziemowit zakończył dyskusję i opadł z rezygnacją na tylną kanapę.
Dojeżdżali na miejsce. Na widnokręgu pojawił się drewniany parterowy dom. Słońce pomału zachodziło zalewając czerwonym światłem podwórko. Przed domem, skąpany w promieniach zachodzącego słońca stał mężczyzna. Na oko blisko sześćdziesięcioletni, wysoki i postawny. Jego rozłożone ramiona zdawały się zagarniać gasnące światło, tak jakby chciał wchłonąć jak najwięcej energii z gasnącego słońca .
- Zawsze tak stoi przy wschodzie i zachodzie słońca - Maciej zdawał się mówić jakby do siebie – nie pamiętam aby opuścił jakikolwiek.
Zaparkowali przed domem. Chłopak szybko opuścił samochód, chcąc przemknąć obok dziadka bez przywitania, ale nie zdążył.
- Witaj Ziemowicie, czekałem na ciebie – głos Gorzysława był mocny i donośny.
- Nie nazywaj mnie tak – reakcja chłopca była prawie histeryczna – wiem, że to ty wymyśliłeś to głupie imię i nigdy ci tego nie wybaczę.
- To imię czekało na Ciebie od wieków, po prostu musiałeś się tak nazywać – głos dziadka był cichy ale mocny i uspokajający – zrozumiesz wszystko jutro, na postrzyżynach.
- Nie będzie żadnych głupich postrzyżyn, nie będę brał udziału w żadnych głupich zabawach – histeria w głosie chłopaka narastała – nie pozwolę zrobić z siebie głupka.
Niebo na widnokręgu pociemniało. Czyste do tej pory niebo zasnuło się ciężkimi burzowymi chmurami. Zdawały się one ciemnieć wraz z każdym wykrzyczanym przez chłopaka słowem.
- Wejdźcie do chaty – słowa dziadka brzmiały spokojnie – noc przyniesie uspokojenie.
- Nawet się nie łudź, że cokolwiek zmieni moje nastawienie – Ziemowit hardo spojrzał w oczy dziadka – dość się nacierpiałem przez to głupie imię.
Weszli do domu, ale Gorzysław po chwili wyszedł z powrotem przed chatę wymawiając się obowiązkami gospodarskimi.
Popatrzył przez chwilę na nadciągającą burzę, a następnie podniósł w górę ręce i wypowiedział cicho kilka słów. Ciężkie burzowe chmury, zaczęły znikać równie szybko jak się pojawiły. Niebo znów było czyste.
- Jeszcze nie Płanetniku, jeszcze musisz słuchać moich rozkazów – zamruczał pod nosem – ale już chyba niedługo – westchnął po krótkiej chwili.
Kolacja upłynęła w milczeniu. Goście, zmęczeni drogą, szybko uporali się z jedzeniem i rozeszli do swoich pokoi na spoczynek.
Ziemowit spał źle. Męczyły go koszmarne sny, tak sugestywne, że w pewnej chwili przebudził się z krzykiem. To, co zobaczył w swoim pokoju, spowodowało, że krzyk zamarł mu gardle. Był tak przerażony, że nie mógł dobyć słowa.
W rogu pokoju stał dziadek – nie dziadek. Stojąca w izbie postać przypominała dziadka, ale wydawała się o wiele wyższa i potężniejsza. Jej wielkie i jakby sękate ręce były wyciągnięte w stronę chłopca. Z czerwonych, jakby umazanych krwią dłoni biła poświata, która zdawała się oplatać Ziemowita.
- Dokonało się – głos dziadka był cichy, ale uroczysty – otrzymałeś moc trzydziestu dwóch pokoleń naszego rodu. Jutro staniesz się mężczyzną i poznasz tajemnicę naszego plemienia.
Ziemowit zemdlał.

























































Nooo... to Lorcie lubią :)
Lorelay, pon., 06/09/2010 - 23:18Nooo... to Lorcie lubią :) Czekam na ciąg dalszy! Zaintrygowała mnie ta historia. Chcę poznać tajemnicę plemienia ;)