Społeczeństwo głupieje
Społeczeństwo głupieje
Niedawno pisałam, że pisanie staje się sztuką dla sztuki, ponieważ mało kto jeszcze jest zainteresowany czytaniem. Oberwało mi się trochę, że jestem pesymistką i przesadzam, a dane statystyczne o tym, jak czytelnictwo spada na łeb, na szyję, muszą być przesadzone. Nie chucham w karki paniom i panom od statystyk, nie będę się upierała – prawdziwe czy fałszowane. Ale tuż przed napisaniem poprzedniego felietonu na pierwszym z brzegu forum, na którym się udzielam, wrzuciłam pytanie: „Co lubicie czytać?” – jak widać, sformułowane nieco naiwnie. Popełniłam błąd, zakładając, że użytkownicy czytają COKOLWIEK.
Okazało się, że owszem – niektórzy czytają. Jakieś trzy czwarte czyta wyłącznie owo forum, czasami uzupełniając poranną gazetką. Nieliczni nawet sięgają po jakieś czasopisma tematyczne. Jeden z użytkowników pochwalił się, że „czasem coś czyta” – ostatnio był to Cejrowski i go zaciekawił. Miło – sama czytałam Cejrowskiego z zainteresowaniem. Drugi – rzeczywiście wymienił parę lektur, pewnie podyskutowałabym sobie z nim o literaturze, ale ewidentnie różne klimaty nas pociągają, więc i za wielu wspólnych ksiąg byśmy nie znali. Trzeci – wyznał, że czytał „Hobbita”. „No wreszcie!” –przemknęło mi przez myśl – aż trzy osoby na tym forum potrafią czytać, z czego jedna nawet klimaty pokrewne. Kolejna wypowiedź wgniotła mnie w krzesło. Wypowiedział się kolega z klasy czytelnika Tolkiena, marudząc, że im „Hobbita” jako lekturę zadano. Wyznał, że sam nie czytał, bo za długie, więc wybrał streszczenie… ale że poleca, bo ciekawe. Może głupia jestem, ale jak można oceniać jakość książki, której się w rękach nie miało. Po streszczeniu?! Pozostałe osoby z dziką satysfakcją chwaliły się, że nie czytają wcale, nienawidzą czytać i nie wiedzą, kto był tak głupi, że wymyślił książki… Po raz kolejny w ostatnim czasie doszłam do wniosku, że coś jest nie tak. Albo ja się urwałam z innej epoki.
A żeby nie było, że znów oceniam inteligencję społeczeństwa na podstawie czytelnictwa, pozastanawiałam się nad tematem szerzej. I znowuż – zmroziło mnie. Bo przypomniałam sobie własną maturę (wcześniejszą edukację może pominę – jest ona po prostu przygotowaniem do szkoły średniej opierającej się na identycznej zasadzie – przejdę więc od razu do sedna). Przez trzy lata na wszystkich przedmiotach uczono mnie wstrzeliwania się w klucz. Nie wiedza była istotna, nie zrozumienie. Tylko klucz. Z początku nasze wypracowania otrzymywały dwie oceny – jedną za poziom pracy i drugą… według klucza. Można było więc dostać „5” i „2” za jedno wypracowanie i nikogo to nie dziwiło. Na przedmiotach biologicznych czy geograficznych wkładano do głowy tabelki, a nauczyciele tłumaczyli, jak zdać maturę, nie znając materiału. Zdarzało mi się zrobić sobie test z przedmiotu, z którego byłam słaba. Za każdym razem bym zdała – taki był sposób sformułowania pytań. Jasne, że nie starczyłoby, żeby dostać się na studia (choć na niektóre kierunki mogłoby dać radę…), ale średnie wykształcenie bym miała.
Idea polskiej edukacji jest jasna – każdy powinien mieć wyższe wykształcenie. Żeby pójść na studia, trzeba mieć maturę – więc tę dawajmy jeszcze większej liczbie osób! Szczytem absurdu było wprowadzenie amnestii maturalnej – nawet jeden oblany przedmiot gwarantował zdanie… I to tylko po to, by powiedzieć, że mamy więcej maturzystów.
Poziomu szkolnictwa nie polepsza się, stawiając większe wymagania czy zwiększając nakłady na nauczanie. Wygodniej przecież te wymagania obniżyć – wtedy więcej osób wypadnie lepiej. Zdać maturę podstawową z języka polskiego da się z palcem w tyłku, nie znając ani lektur, ani języka. Większość poleceń nastawionych jest na czytanie ze zrozumieniem, następnie trzeba zinterpretować tekst, który został wydrukowany obok… Jak ktoś nie czytał całości, to straci trochę punktów na odniesieniu do reszty utworu… ale nie obleje. Nawet jeśli napisze, że w „Krzyżakach” Jurand ożenił się z Danusią. Błędy ortograficzne czy interpunkcyjne też nikomu nie zaszkodzą – przyznaje się za nie łącznie 3 punkty (2 za ortografię, 1 za interpunkcję, chyba że pamięć mnie myli – w każdym razie ilość punktów za poprawność jest absurdalnie niska); bez względu na to, czy ktoś zrobił dwa błędy, czy pięćdziesiąt… Kiedyś równałoby się to z oblaną maturą, dziś zapewnia wynik wystarczający, by dostać się na filologię polską.
Nie wiem, jak bardzo trzeba się starać, żeby oblać tę maturę. Ale jeśli komuś się to udaje, to znaczy, że na średnie wykształcenie nie zasłużył. Możliwe, że na podstawowe także nie…
Żeby było jeszcze śmieszniej – osobom zdolnym trudno osiągnąć dobry wynik – matura jest pisana pod osoby przeciętne. Wszystko co odstaje z boku szablonu, odcina się jednym cięciem – czy były to słabsze, czy lepsze. I z tego powodu osoby naprawdę zdolne przez całą szkolną edukację uczy się bycia przeciętnymi – żeby nie odpadły w wyścigu szczurów. A chyba nie o to powinno chodzić?
Nowa matura uczy pójścia na łatwiznę. Po co czytać, skoro można nie czytać? Po co umieć, skoro można nie umieć? I jeszcze dostać za to lepszą ocenę… Nie tak dawno zdarzył się przypadek, że na maturze z matematyki nie podano jakiejś danej. Zdolni uczniowie wyliczyli zadanie, zakładając, że jest jedna niewiadoma więcej – co sprawiało, że zadanie było niezwykle skomplikowane. Uczniowie nie znający tych trudniejszych sposobów, założyli, że brakująca dana jest dana. Okazało się, że klucz nie uwzględnił braku danej, więc punkty otrzymali ci słabi uczniowie – mimo że jedyne poprawne rozwiązanie zadania, które znalazło się na arkuszach, było tym zastosowanym przez uczniów zdolniejszych. Nie dotarła do mnie wiadomość, czy OKE zrezygnowały w końcu z punktowania tego zadania – za to na pewno czytałam, że postanowiono kierować się kluczem. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby od tej decyzji się nie odwołano.
Kształcimy sobie więc społeczeństwo, które niespecjalnie wie, co robić i jak posługiwać się wiedzą, dostosowaną wyłącznie do rozwiązywania testów. Na wyższe uczelnie trafiają analfabeci (życiowi jak i dosłowni – bez znajomości własnego języka, a co dopiero obcych…), których następnie trzeba wykształcić… A ci magistrowie i inżynierowie wykonują następnie różne odpowiedzialne zawody, są lekarzami i architektami, a przede wszystkim… nauczycielami. Nauczycielami, którzy nadal nie przeczytali żadnej lektury, więc nauczają na podstawie streszczeń, nauczycielami robiącymi błędy językowe. Ci magistrowie i inżynierowie w czasie wolnym od pracy płodzą dzieci, którym nie bardzo mają co wpoić i którym zamiast bajki na dobranoc, podsuną nowego laptopa. Moi dawni znajomi podostawali się na medycynę, a ja tylko się modlę, żebym nigdy nie trafiła pod nóż żadnego z nich – zwłaszcza tych, którzy na biologii ściągali ode mnie… Za to oni nie muszą się modlić, żebym kiedyś nie dostała ich tekstów do poprawy – bo po co pisać? I po co poprawiać teksty w społeczeństwie, gdzie większość czytelników nawet nie zauważył błędów?
Chciałabym jednak dodać, że nie obwiniam nauczycieli (co jest bardzo modne ostatnimi czasy) – wielu z nich naprawdę robi wszystko, żeby mimo głupiego systemu, wpoić uczniom jak największą wiedzę. I jeśli ktoś chce skorzystać, to skorzysta. Gorzej, kiedy komuś się nie chce, a rodzice utwierdzają dziecko w tym, bo po co mieć jakąkolwiek wiedzę? Uczy się w końcu dla ocen i procentów na maturce. Ciężko oczekiwać, żeby za nieczytanie lektur zwymyślała dziecko matka, która wcześniej nie podsuwała mu bajek czy nie uczyła go czytać – był komputer i TV. Nie oceniam negatywnie nauczycieli, mimo że są wśród nich jednostki wybitnie pozbawione i wiedzy, i talentu pedagogicznego. Bo nie zwykłam oceniać grup na podstawie tych gorszych jednostek. Oceniam natomiast negatywnie tych, którzy dopuszczają, żeby kiepski nauczyciel dalej pracował z dziećmi i z młodzieżą czy też tych, którzy tną pensje dla nauczycieli jak mogą – przez co osoby z najlepszą wiedzą nie idą pracować do szkół, bo po co? Nie każdy ma ochotę i możliwości finansowe do zabawy w wolontariat. A najbardziej negatywnie oceniam tych, którzy uparli się, że każdy musi mieć jak najwyższe wykształcenie – co na jakości tego wykształcenia drastycznie się odbija. A potem taki magister i tak idzie kopać rowy, bo do niczego innego się nie nadaje.
Winny jest idiotyczny system edukacji wpajany od najmłodszych lat, system kształcący idiotów i sami ci idioci – którzy następnie swoim dzieciom wpajają to, co im za młodu wpajano. Co daje nam coraz szersze masy głupiego społeczeństwa. A ja chyba nie chcę się dowiedzieć, do czego to doprowadzi. Może dlatego, że zbyt wiele pojawia mi się wtedy w wyobraźni apokaliptycznych myśli…
I jak mamy się potem dziwić, że ludzie szczycą się tym, że nienawidzą czytać? Może za 500 lat poprzyznajemy sobie za to ordery?
Zbliżając się do końca, dodam jeszcze, że oczywiście, że są osoby, które kończą szkoły z wiedzą, zasługują na swoje matury i wynoszą coś ze studiów wyższych. Oczywiście, że są osoby, które wolą kupić nową książkę niż nową bluzkę. Są ludzie, którzy cenią literaturę, są ludzie, którzy porozumiewają się we własnym języku w stopniu większym niż ledwo zrozumiałym. Są w naszym społeczeństwie ludzie inteligentni. Jeszcze. Ale boję się, że jesteśmy na równi pochyłej…
PS. Wbrew temu, jak narzekałam na matury, wcale nie tak łatwo było mi do nich przystąpić. Kułam po nocach, jak głupia, w największej mierze wstrzeliwanie się w klucz. A poza tym jeszcze daty z historii, ale ich nietrzymanie się w pamięci to już mój prywatny defekt umysłowy. Na to nie mogłabym sobie załatwić papierów, choć lewe zwolnienia z WF-u chodzą już za 30 złotych, a za ile lewe na dysgrafię, to nawet nie chcę się dowiadywać…



















































Odpowiedzi
Sic transit gloria mundi.
Sic transit gloria mundi.
Tylko co potem? Mitologie
Tylko co potem? Mitologie nie mówią raczej o kolejnych erach...
--
bezczelna i ruda
Co do głupiego
Co do głupiego społeczeństwa się zgadzam, ale co do Twojego pytania na forum „Co lubicie czytać?” najwyraźniej pytanie było kierowane do nieodpowiedniej rzeszy odbiorców.
Bo fora zazwyczaj są tematyczne ;) Jeżeli chce się porozmawiać o książkach to nie wchodzi się na forum "tibii" (to tylko przykład). Jest wiele stron: "Forum miłośników książek", "Forum książek" itd., na którym oczywiście powyższe pytanie byłoby co najmniej niemądre, ale na pewno są to fora, będące rajem dla moli książkowych.
www.ultimateam.pl