•   Strona Główna
  •   Forum
  •   Patronaty
  •   Redakcja
  •   Współpraca

Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

  • Utwórz nowe konto
  • Zapomniałeś hasła?

Nowe wątki

  • 50 Cent Posts New Song Online
  • Imagicon
  • Summer is coming... [Fort 2012]
  • Znalezione w sieci
  • Biblioteczka
  • Polecany horror
  • Pisarze na żywo
  • Grube i chude książki
  • Ulubiony film
  • Plany na długi weekend
  • Krakon 2012
  • Allgemeine Festung
  • Tropiciel
  • Jak szybko czytacie?
  • Prośba o Pomoc! Kossakowska i Matura.
  • Wieczór z Maskonem
  • Steam&Sword - Zamek Grodziec - 28.04.2012-03.05.2012
  • Inspiracje Sapkowskiego
  • Filmy 3D czy 2D?
  • Dobre polskie komedie
więcej

Who's Online

portret użytkownika Salantor
portret użytkownika Lorelay
portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 3 użytkowników i 4 gości.

Strona główna | Fora | Rohan - Radosny hyde park o sztuce szerokopojętej | Wasza twórczość
  • Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
No replies
nie., 26/06/2011 - 19:41
Kawuel
portret użytkownika Kawuel
Offline
Joined: 26/06/2011
Points: 0

Pierwszy rozdział mojej książki proszę o opinie
Witam Serdecznie, poniżej fragment pierwszego rozdziału, mojej - na razie jeszcze "bezimiennej" książki - proszę o merytoryczne komentarze, dotyczące stylu, języka, fabuły itd. Chcę poprawić moje dzieło.

Jednocześnie oświadczam że jestem autorem tekstu i zgadzam się na publikację na łamach forum.

Jeśli komuś się spodoba, opublikuję dalszą część.

pozdrawiam

R1

Dom Pradawnych

Noc. Bezszelestnie biegnie przez dawno zapomniane przez bogów pustkowie. W grobowej ciszy nocy słyszy jedynie swój szybki oddech oraz przyspieszone bicie własnego serca. Światło księżyca słabo oświetla jego cel. Na horyzoncie dostrzegł zarys ruin miasta, domu pradawnych – jak je nazywają jego bracia T'amar. Z ciekawością i strachem patrzy na wyłaniające się przed nim mroczne kontury, niegdyś zapewne okazałe budowle, dziś zaledwie upiorne świadectwo upadłego ludu; w większości zawalone kamienne budynki, nadal jednak imponują mu swoim rozmiarem oraz rozmachem z jakim zostały wzniesione. Wie, że dzisiejszej nocy dokona się tam jego przeznaczenie, stanie się mężczyzną, lub na zawsze dołączy do przodków.
W kierunku ruin zmierzał od dwóch dni, dwa dni ciężkiej wędrówki przez równiny Khasu, krainy położonej na północ od jego rodzinnej osady; krainy jałowe, złowrogie i niegościnne dla człowieka. Po drodze zmierzył się z samotnością, bestiami, głodem i pragnieniem, niejeden podczas tej wędrówki zapewne by zginął. Ale nie on. Był dumnym członkiem plemienia T'amar, aspirującym do miana wojownika, tacy jak on potrafili sprostać niebezpieczeństwom Khasu.
Wie jednak, że prawdziwe niebezpieczeństwo czeka na niego w głębi ruin, a on wbrew zdrowemu rozsądkowi podąża prosto do niego, nie jest jednak szalony ani głupi, po prostu nie ma innego wyboru niż podążać ku swojemu przeznaczeniu. Podążać, jak wielu innych mu podobnych przed nim i zapewne wielu po nim, wielu z jego poprzedników nie powróciło do domu, być może także on nie powróci, zdaje sobie z tego sprawę i nie boi się śmierci, jeśli polegnie widocznie bogowie tak chcą; „przyjmę ich wolę z pokorą” - myśli w duchu. Tak samo przyjął wolę bogów gdy odebrali mu starszego brata, który poległ w ruinach miasta pradawnych, do których i on teraz zmierza.
Przystanął na chwilę, otarł ręką pot z czoła, uspokoił oddech, wypił łyk wody ze swojego bukłaka. Kropla wody spłynęła po jego brodzie, którą z rzadka porasta szczecina młodzieńczego zarostu. Był szczupły, jednak nie chudy, zarys jego mięśni widoczny był w blasku księżyca. Budowa ciała była efektem twardego wychowania, wieloletniego treningu - przyuczania do roli wojownika T'amar; od młodzieńczych lat był uczony walki, tropienia, przetrwania w trudnych warunkach, hartował ciało i duszę. Był przeznaczony na wojownika T'amar, w przyszłości miał zapewnić bezpieczeństwo swoim braciom w pełnym niebezpieczeństw świecie, który ich otaczał, świecie w którym człowiek był tylko kolejnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Człowiek, który już dawno utracił swoją minioną potęgę; w czasie, w którym żyje Ethan jego gatunek z pewnością można by nazwać zagrożonym wyginięciem.
Jako dziecko, wieczorami przy ognisku Ethan słuchał opowieści czcigodnej O'mir; smutne opowieści o upadłym ludzie pradawnych, który wieki temu w swojej pysze, sprowadził na siebie zagładę, lud ten odrzucił bogów i chciał panować nad światem, który go otaczał. Zamiast tego pogrążył się w chaosie i cierpieniu, armagedon przetrwali nieliczni, utracili jednak dawną wiedzę i umiejętności, a co ważniejsze utracili hegemonię nad światem, który stał się dla nich niebezpieczny i mroczny. Według opowieści zasłyszanych przy ognisku od O'mir, plemię Ethana było potomkami tych którzy przetrwali, nie był pewny czy wierzyć w bajki starej kobiety, opowieści mogły być tylko wytworem jej fantazji, ale w tym momencie był gotów wnie uwierzyć. Jeszcze raz spojrzał na wznoszące się przed nim ruiny; zastanawiał się jak potężni musieli być pradawni aby tworzyć takie budowle. Za chwilę nasunęło mu się kolejne pytanie; jak przerażająca musiała być siła, która zniszczyła pradawnych. Przeszedł go dreszcz gdy o tym myślał.
Tej nocy jednak nie było w jego głowie miejsca na takie myśli, musiał być skupiony i gotowy na wyzwanie , któremu musiał sprostać. Kiedy pytał swojego ojca a jednocześnie nauczyciela i mentora, o świat, który go otaczał ojciec karcił go i odpowiadał: „wojownik T'amar nie zadaje pytań, wojownik T'amar walczy.” Nie przybył tu po to aby rozmyślać nad losem pradawnych, przybył aby walczyć, odnieść zwycięstwo lub polec w chwale. Aby stać się mężczyzną, wojownikiem T'amar musiał ukończyć inicjację; wejść do ruin pradawnych i odnaleźć bestię - P'hera, który znalazł tam swój dom wiele pokoleń później.
Z zadumy wyrwał go, dobiegający z ruin pradawnego miasta przeraźliwy ryk. W swoim niedługim życiu Ethan stawił czoła niejednej bestii, jednak tym razem słysząc ten wysoki, wibrujący dźwięk, przeszedł go dreszcz grozy, poczuł jak włosy na rękach stają mu dęba. Naprężył wszystkie mięśnie, przyjął pozycję gotowy do walki, wyglądał jak dziki kot szykujący się do skoku na swoją zdobycz. Serce waliło mu jak oszalałe, zmysły wyostrzyły się, milisekundy, w których czekał na najmniejszy bodziec, który dał by mu pretekst do ataku, w jego umyśle wydawały się wiecznością. Nic się jednak nie wydarzyło. Po chwili zdał sobie sprawę, że zagrożenie jest jeszcze daleko; „to P'her nawołuje mnie, czuje moją obecność, wie że nadchodzę aby się z nim zmierzyć” pomyślał. Stanął wyprostowany twarzą w kierunku ruin, przyglądał się im przez chwilę, po czym wzniósł ręce i wykrzyknął w noc:
- Idę po ciebie P'her! W tym momencie poczuł się wyjątkowo pewny siebie, adrenalina pulsowała w jego żyłach, głęboko odetchnął mroźnym nocnym powietrzem. Wierzył, że podoła zadaniu, które go czeka.
Jego okrzyk wystraszył ptaki, które nagle zdały sobie sprawę z jego obecności, wzbiły się chmarą z wrzaskiem w powietrze, ich czarne oczy spoglądały zaciekawione z góry. Przez chwilę Ethan przyglądał się ptakom, patrzył jak oddalają się w kierunku, z którego przybył, po chwili znikły za czarnym horyzontem nocy. W tym momencie, niespodziewanie z otchłani nieświadomości Ethana wydobyła się myśl, która opanowała jego umysł, pewność siebie znikła, prysła jak bańka na wietrze. Pojawiły się wątpliwości, które nękały go co jakiś czas w ciągu ostatnich kilku dni; „być może nigdy już nie zobaczę rodzinnych stron, mojej osady” - pomyślał. „Jeśli bogowie chcą abym odszedł do przodków, niech tak będzie, ale...” tak bardzo pragnął zobaczyć jeszcze rodzinne strony, zielone wzgórza otaczające jego osadę, niebieskie strumienie spływające z pobliskich gór, kwiaty, drzewa, wszystko to co czyniło Kasmadar najpiękniejszym miejscem jakie znał Ethan. Chciał spojrzeć w niebieskie oczy Si'mir – słońca które rozświetlało jego dzień; oczy kobiety, z którą miał się złączyć jako wojownik T'amar po powrocie z próby, wiedział, że ona także liczy na jego bezpieczny powrót. Jak bardzo by ją zawiódł nie wracając? Wiedział, że jeśli nie wróci, jego Si'mir zostanie złączona z innym, który podoła próbie, nie mógł na to pozwolić.
Odprężył się i wziął głęboki oddech, odpędził od siebie wątpliwości, skupił się na zadaniu które miał wykonać, musiał myśleć o tym co jest tu i teraz, reszta nie miała w tym momencie znaczenia. Wiedział, że dekoncentracja może go kosztować porażkę, nie mógł sobie na to pozwolić. Kontrola nad umysłem była częścią jego żmudnego, wieloletniego szkolenia; na chwilę zamknął oczy i oczyścił swój umysł.
Podciągnął i poprawił opaskę biodrową – jedyny ubiór w jaki był dziś odziany. Prawą ręką sięgnął za plecy i zza sznura, którym przepasana była jego klatka piersiowa wyciągnął swoją broń, w dłoni poczuł kojący ciężar dzidy, przyjrzał się jej; drewniana, długa na dwa metry, z precyzją naostrzona na jednym końcu, obwiązana sznurem w miejscu, w którym najwygodniej było mu ją trzymać, twarda i wytrzymała a zarazem elastyczna - przygotowanie jej było częścią jego inicjacji. Był dummy ze swojego dzieła.
Ethan przygotowywał swoją broń tygodniami; przez dłuższy czas poszukiwał odpowiedniego drzewa, nie za starego – aby nie było zbyt kruche, a jednocześnie nie za młodego aby nie było łamliwe i słabe, kiedy już znalazł odpowiednie, długo wybierał gałąź, która spełniła by jego oczekiwania; jej długość i średnica musiały być dopasowane do jego wzrostu i sylwetki, musiał wybierać rozsądnie, broń miała stać się przedłużeniem jego ramion. Rytualne ostrzenie i utwardzanie drzewca przy ognisku trwało godzinami, następnie moczył broń w specjalnej przygotowanej przez czcigodną O'mir mieszance soków i żywicy, miało zapewnić jej to wytrzymałość i giętkość. Po wysuszeniu w promieniach słońca, wypolerował starannie drzewca, z efektu zadowolony był nawet ojciec Ethana, zazwyczaj powściągliwy w pochwałach. Teraz nadeszła pora aby broń wypełniła swoje zadanie, chwycił ją mocniej i ruszył bezszelestnie w kierunku ruin; w kierunku swojego przeznaczenia.
Około godziny zajęło mu dotarcie do pierwszych, zapomnianych wiele wieków temu przez boga, upiornych budowli. Światło księżyca słabo oświetlało jego przyczajoną sylwetkę, skradał się; był ostrożny, czujny, skupiony. Swoją broń – dzidę, trzymał mocno ściskając drzewiec, w razie potrzeby był gotowy do zadania ciosu. Co jakiś czas zatrzymywał się, przykucał, rozglądał się, brał głęboki wdech nosem i analizował sytuację w skupieniu; jego zmysły rejestrowały dokładnie każdy bodziec. Szukał, wiedział, że to czego szuka jest blisko; czuł jego zapach, wytropił stare zatarte przez wiatr ślady, a niedawno słyszał jego ryk - głos przeznaczenia, głos P'hera. Jego legowisko musiało gdzieś tu być, było ich tu wiele, tak Starsi mówili mu przed wyprawą, a przecież nie mogli się mylić; opowiadali, że bestie zalęgły się w domu Pradawnych, że posiadają moc, którą chłopak musi przejąć zabijając bestię. Szukał, chciał jak najszybciej odnaleźć jedną z nich, stawić jej czoła i wygrać, powrócić do domu jako mężczyzna, wojownik T'amar - tylko tak mógł dopełnić swoje przeznaczenie. Przeznaczeniem każdego, kto aspirował do zaszczytu bycia wojownikiem T'amar było zmierzyć się z bestią.
Bestię pokonało wielu przed nim, wielu zostało pokonanych; kilka lat temu podczas swojej wyprawy do ruin, poległ jego starszy brat - silny i pewny siebie młodzieniec, który zawsze był wzorem dla Ethan'a, wyruszył tak jak teraz on, odziany w przepaskę biodrową i uzbrojony w dzidę, którą sam wcześniej stworzył, wydawało się, że inicjacja jest dla niego tylko formalnością – znany był ze swojego męstwa i kunsztu bitewnego. Brat nigdy nie powrócił ze swojej wyprawy, przeznaczenie okazało się dla niego niełaskawe. Ojciec Ethana, wielki wojownik T'amar, członek Rady Samaatan, załamał się po śmierci swego pierworodnego; przez kilka tygodni, prawie nie jedząc, siedział przy kopcu żałobnym i opłakiwał syna. Kiedy otrząsnął się z tragedii, porzucił swoją funkcję w Radzie i osobiście zajął się przygotowaniem młodszego syna – Ethana, do wyprawy - inicjacji, która miała nastąpić za kilka lat.
Od pokoleń młodzieńcy z plemienia T'amar, osiągnąwszy odpowiedni wiek wyruszali w kierunku ruin aby zmierzyć się z jedną z zamieszkujących je bestii – P'herem, Walka z nim była dla nich swego rodzaju inicjacją; wyruszali aby pokonać bestię, lub polec w walce, wyruszali aby udowodnić Radzie Starszych, wojownikom, adorowanym kobietom a co najważniejsze samemu sobie, że są godni - godni by stać się mężczyzną, godni aby pojąć kobietę, którą sobie wybrali, godni aby stawać w szranki i mordować wrogów plemienia, godni aby przyjmować szacunek i godności jakie należały się wojownikowi. A kto wie, być może w przyszłości, w zamian za zasługi zasiąść w Radzie Starszych T'amar? Inicjacja była tradycją plemienia, Ethan od dziecka podziwiał młodzieńców, którzy powracali w chwale ze swojej wyprawy, współczuł rodzicom i krewnym opłakujących tych, którzy z wyprawy nie powrócili; średnio jeden na trzech nie wracał. Teraz nadeszła kolej Ethana aby wygrać i powrócić w chwale, lub zginąć i być opłakiwanym.
We wnętrzu pradawnego miasta panowała złowroga cisza. Ethan mijał, po części zawalone, zarośnięte bluszczem ruiny, przypuszczał, że mijane obiekty w większości służyły pradawnym za chaty; były duże, wysokie, składały się z ogromnych kamiennych płyt. Ruiny wyglądały upiornie w mroku nocy, jednak gdyby nie okoliczności Ethan z pewnością zadumałby się, nad kunsztem pradawnych budowniczych. W miarę jak poruszał się naprzód zabudowa była coraz gęściejsza, z każdej strony liczne ruiny pradawnych chat zasłaniały mu widok horyzontu, pod stopami nie czuł już ziemi, a twarde popękane bloki kamienia, po części przysypane piaskiem, który naniósł wiatr przez wiele lat po odejściu pradawnych, gdzieniegdzie Ethan zauważał rozpadające się w rdzawy pył „szkielety” przedziwnych istot, które kiedyś zapewne służyły pradawnym. Szumiący wiatr zdawał mu się nieść przeraźliwe pieśni duchów pradawnych, Etnan nie czuł się tu dobrze i pewnie nie przyznał by się do tego ale to miejsce przerażało go; było tak inne od równin i lasów, w których się wychował. Chciał jak najszybciej zakończyć zadanie, odejść stąd i nigdy nie powrócić.
Niespodziewanie Ethan natknął się na trop, którego poszukiwał od czasu wejścia do ruin; odciśnięte w piasku ślady łap, głębokie na centymetr, każdy wielkości ludzkiej pięści; odcisk łapy wyglądał dokładnie tak jak mu go opisywano, bez wątpienia należał do P'hera – bestii której poszukiwał. Trop wydawał się świeży, chłopak zaczął więc podążać jego śladem, po pewnym czasie zobaczył więcej takich samych odcisków, zorientował się, że gdzieś w pobliżu musi znajdować się legowisko bestii. Powoli, delikatnie stawiając stopy, niemal bezgłośnie podążał w kierunku na wpół zawalonego budynku, do którego prowadziło wiele ze śladów; według Ethana właśnie tam musiało znajdować się legowisko. Po krótkiej chwili dotarł do otworu, który prawdopodobnie służył pradawnym za wejście, przykucnął i ostrożnie zajrzał do środka; nie widział wiele, nieprzenikniony mrok wypełniał wnętrze. Zaczerpnął powietrze nosem i poczuł charakterystyczny duszący odór odchodów P'hera, także o tym zapachu opowiadali mu wojownicy przed wyprawą, teraz był już niemal pewny, że w środku znajduje się legowisko bestii. Zdawało mu się, że słyszy jej miarowy oddech we wnętrzu, jeszcze mocniej zacisnął rękę na swojej włóczni, w myślach po raz ostatni poprosił bogów o pomyślność i powoli wszedł do środka, po chwili jego sylwetka zniknęła w mrokach pradawnej chaty.

Cień

Słabe światło ogniska oświetlało ponure wnętrze chaty; po środku izby, nad paleniskiem otoczonym osmolonymi kamieniami, wisiał stary kocioł, w którym bulgotała mazista potrawa. Chata składała się z jednej niewielkiej izby, w której część mieszkalna, przedzielona była od sypialnej szarą, poplamioną kotarą; w części sypialnej na podłodze leżało kilka koców, była to prowizoryczna prycz, która sądząc po rozmiarach służyła dwóm osobom. Większą część pomieszczenia mieszkalnego zajmowały zbite z desek regały, na których stały różnej wielkości słoje, zawierające trudne do określenia specyfiki, maści oraz różnokolorowe płyny. Na ścianach wisiały - niczym trofea, zakurzone czaszki różnych drapieżnych zwierząt, ich kły błyszczały w świetle ogniska, trupie, puste oczodoły czaszek, zdawały się wpatrywać w postać siedząca przy stole w rogu chaty.
Była to stara, tęga kobieta, w większości skrywana przez mrok nocy, tylko część jej pomarszczonej przez czas, pulchnej twarzy, oszpeconej przez liczne zmarszczki i brodawki, oświetlało słabe światło ogniska. Jej szczęka poruszała się mechanicznie; kobieta przeżuwała resztki wieczornego posiłku, który stał w misie na stole obok. Nie poświęcała posiłkowi większej uwagi; co jakiś czas sięgała do miski grubymi, powykrzywianymi ze starości, oblepionymi sosem palcami i wyciągała kawałki nieapetycznie wyglądającej potrawy, po czym wkładała je do ust i przeżuwała dalej. Jej twarz sprawiała wrażenie skupionej, ponurej, zamyślonej; dokładniejszy obserwator w wyrazie twarzy kobiety dostrzegłby oznaki zatroskania, a nawet lęku. Jej ciemne oczy zdawały się być skierowane na dziewczynkę siedzącą przy palenisku.
Dziewczynka siedziała po turecku, rękami podpierając głowę, światło z paleniska dobrze oświetlało szczupłą twarz dziewczynki; typowe dziecięce rysy szpeciła przechodząca przez prawy policzek blizna, która wystawała spod podpierającej głowę dłoni. Oszpecona twarz sprawiała upiorne wrażenie, wrażenie to potęgowały brudne, pozlepiane, kruczoczarne włosy opadające dziewczynce do ramion; włosy splecione były w liczne warkoczyki, przepasane różnokolorowymi paciorkami – typowa dekoracja dla dziewczynek z jej plemienia. Dziewczynka ubrana była w jednoczęściową szarą szmatę zawiązaną na wzór togi. Siedziała bez ruchu i spoglądała w ogień swoimi dużymi piwnymi oczyma, w których szaleńczo tańczyły jej odbite płomienie ogniska, dziewczynka sprawiała wrażenie zamyślonej, a wręcz nieobecnej.
Siedząca przy stole stara kobieta, obróciła głowę i wypluła za okno część potrawy, której nie była w stanie pogryźć resztą zębów jakie na starość jej pozostały, sięgnęła po kolejny kawałek posiłku; przez dłuższy czas grzebała w misie aby natrafić jego resztki, po czym złapała kawałek, niezdarnie wsunęła go do ust i mlaskając kontynuowała żucie. Po chwili ponownie skierowała wzrok w stronę środka izby; zdawała się spoglądać na dziewczynkę, jednak kobieta patrzyła dalej, na rzucany przez małą cień. Już na pierwszy rzut oka, cień zdawał się nie pasować do drobnej dziewczynki; był o wiele za duży i poruszał się jakby żył własnym życiem, jednak nie to niepokoiło kobietę, niepokoił ją jego kształt. Cień rzucany przez człowieka, pomimo zniekształceń, zazwyczaj w pewnym stopniu przypominał swojego właściciela, ten nie przypominał; wyglądał raczej jakby był rzucany przez bestię, a nie małą drobną dziewczynkę. Nie, nie przerażające zwierzę jakich pełno było w lasach poza osadą, wyglądał jak cień rzucany przez istotę z otchłani, demona lub coś jeszcze gorszego, nienazwanego o istnieniu czego śmiertelnik nie zdawał sobie sprawy. Cień zdawał się tańczyć na wyłożonej deskami ścianie chaty; zmieniał kształty jakby rozglądał się dookoła. I chociaż kobieta wiedziała, że to irracjonalne, miała wrażenie, że cień co jakiś czas spogląda na nią.
Nawet po tylu latach spędzonych w towarzystwie dziewczynki, ten kształt potrafił przyprawić kobietę o dreszcz, a nie łatwo było wywołać u niej dreszcz lęku; była przecież czcigodną O'mir, „opiekunką dusz” z wieloletnim stażem plemienia T'amar. W swoim długim życiu, z racji funkcji jaką pełniła w plemieniu, miała kontakt z wieloma istotami, które nie należały do świata ludzi; stawała z nimi twarzą w twarz i bez lęku, nieraz po morderczej, wyczerpującej walce, odsyłała do swoich światów lub uśmiercała. Jednak cień rzucany przez dziewczynkę był inny; poza dziwnym wyglądem w żadnym stopniu nie przypominał krwiożerczych, nadprzyrodzonych istot jakie kiedykolwiek kobieta spotykała na swojej drodze życia, nie emanował jak „one” aurą mocy i nienawiści. Cień, lub istota, która ukrywała się pod jego postacią, nie rzucał się na nikogo, nie mordował, nie próbował wysysać krwi, po prostu „był” zawsze tam gdzie dziewczynka, nie odstępował jej na krok, nie sprawiał jednak żadnych kłopotów, które O'mir była by w stanie zauważyć. No może poza jedną sytuacją, której kobieta nie była naocznym świadkiem i tak naprawdę nikt nie wiedział co się wtedy wydarzyło. W dzień mała rzucała cień taki jaki powinna była rzucać drobna, mała dziewczynka; był „normalny”, jednak w nocy... W nocy jej cień przemieniał się w to pieprzone „coś”, co niepokoiło kobietę od wielu lat.
W społeczności osady O'mir cieszyła się szacunkiem, jednak ze względu na swoje niecodzienne zajęcie, oraz „trudny charakter”, ludzie unikali kontaktów z nią, niektórzy lękali się i nie niepokoili bez wyraźnej potrzeby. Jednak wiele lat temu rodzice przynieśli małą dziewczynkę do położonej na obrzeżach osady chaty O'mir, ponieważ nie dawali rady dłużej ukrywać mrocznego daru jaki otrzymała córka, mieli nadzieję, że „opiekunka dusz” poradzi sobie z tym niecodziennym problemem. Wg relacji matki, dziewczynka miała na imię K'ami a wyjątkowy cień posiadała od urodzenia. Zapytana przez O'mir, matka odpowiedziała, że poza straszeniem sąsiadów i rodziny, cień nie wykazywał żadnej aktywności, był jednak zbyt przerażający dla otoczenia, aby pozostawić sprawę nierozwiązaną. O'mir dokładnie wypytała matkę o różne sprawy związane z córką, rodziną i wiele innych szczegółów, pozornie niezwiązanych ze sprawą, po czym najuprzejmiej jak potrafiła poleciła rodzicom:
- Zostawcie córkę u mnie, zajmę się sprawą. Nie wracajcie tu i nie zawracajcie mi głowy, jeśli sprawa zostanie załatwiona, sama się z wami skontaktuję.
Po chwili namysłu dodała:
- Co miesiąc będziecie łożyć na jej utrzymanie, oraz inne ewentualne wydatki. A teraz wynoście się z stąd, już!
Rodzice posłusznie wykonali polecenie, i kłaniając się nisko, pośpiesznie opuścili chatę – wiedzieli, że z tą kobietą się nie dyskutuje. O'mir wcale nie miała ochoty na dłuższe towarzystwo jakiegokolwiek człowieka, tym bardziej małej dziewczynki – nie lubiła dzieci; wg niej były brudne, rozkrzyczane i wścibskie, a do tego wymagały ciągłej opieki - nie miała zamiaru nikogo niańczyć. Jednak zjawiskowy Cień na tyle ją zaintrygował, iż podjęła się zadania, miała nadzieję na szybkie załatwienie sprawy i pozbycie się niespodziewanego gościa.
Jednak pomimo wielu prób; modlitw, egzorcyzmów, sporządzonych eliksirów oraz wielu godzin spędzonych przez O'mir na poszukiwaniu informacji dotyczących dziwnego „daru” małej, nie udało jej się nic osiągnąć, ani znaleźć jakichkolwiek informacji na ten temat. Pieprzone NIC. O'mir była zirytowana tym faktem, ponieważ zazwyczaj korzystając ze sprawdzonych , przekazywanych z pokolenia na pokolenie sposobów, w końcu osiągała zamierzony cel; na każdą chorobę było lekarstwo, na każdego demona był przecież sposób, a może... może to nie był demon? Tylko co? Frustracja motywowała kobietę do kolejnych prób, a gdy te nie przynosiły rezultatu, poświęcała się sprawie jeszcze bardziej; zafiksowała się na nietypowym problemie do tego stopnia, iż przez ponad rok poświęcała uwagę tylko dziewczynce i jej „problemowi”, wpadła w amok, nie jadła przez wiele dni, nie spała; prowadziła badania i sporządzała notatki. Sprawa całkowicie ją pochłonęła, do tego stopnia, iż porzuciła swoje obowiązki „opiekunki dusz” do których należało leczenie i pomoc mieszkańcom osady, oraz szeroko pojęte dbanie o ich „duchowość”. O'mir była głucha na prośby mieszkańców osady, zdawała się być ślepa na sprawy inne niż te, które dotyczyły małej Kami. Z amoku wyrwał ją dopiero przewodniczący Rady - Katadar, który pewnego dnia osobiście przybył do jej chaty na uboczu, i stanowczo poprosił o wsparcie dla swojego ludu. O'mir pomimo niechęci do członków Rady, a w szczególności do „tego wścibskiego starucha”, powróciła do obowiązków i stopniowo coraz mniej czasu poświęcała na badanie sprawy Cienia – nawet ona musiała podporządkować się woli Rady.
Rada T'amar, składała się z 8 członów; zasłużonych dla osady mieszkańców płci męskiej, którzy przekroczyli dostojny wiek 40 lat, i w przypadku śmierci lub rezygnacji z funkcji jednego z członów, zostali wybrani w w drodze głosowania przez pozostałych radnych. Rada zarządzała osadą; rozsądzała spory między mieszkańcami, decydowała o wojnie i pokoju, wyznaczała terminy polowań oraz zbiorów, zajmowała się także wieloma drobnymi, aczkolwiek istotnymi dla życia osady sprawami – np. przywołaniem do porządku krnąbrnej „opiekunki dusz”. Osada, na obrzeżach której stała chatka O'mir, leżała w „zielonej” części równiny Khasu, T'amar zamieszkiwali ten obszar od pokoleń i bez potrzeby nie oddalali się od niego, teren wyróżniał się na tle jałowej równiny – obfitowała w lasy i wodę, a co za tym idzie w bezcenny pokarm. Mieszkańcy osady, byli prostym ludem łowiecko – zbierackim, żyli w zgodzie z naturą; ich ubiór był skromny – u mężczyzn składał się jedynie na opaskę biodrową, u kobiet szatę owiniętą na wzór togi, mieszkali w prostych drewnianych chatach, kobiety zajmowały się głównie przygotowywaniem pożywienia i wychowaniem dzieci, mężczyźni polowaniem i ochroną osady. Na tle innych - w większości prymitywniejszych ludów zamieszkujących region, T'amar wyróżniali się znakomitą znajomością walki oraz sztuki wojennej; lud ten w swojej historii często musiał bronić żyznych terenów które zamieszkiwał przed obcą napaścią. Za sprawy duchowe, oraz leczenie ludu odpowiadał „opiekun dusz”.
„Opiekun dusz” nie mógł zawierać związków i posiadać własnych dzieci, wyrzekał się kontaktów intymnych i ślubował życie w cnocie, musiał w pełni poświęcić się swojemu powołaniu. Z racji tego, iż O'mir nie była w stanie pomóc dziewczynce, przygarnęła K'ami i uczyła ją fachu „opiekuna”; w końcu, prędzej czy później, z pośród dzieci z osady musiałaby wybrać jedno i uczyć je tego ciężkiego zawodu - taka była tradycja; Od pokoleń „opiekun dusz”, dożywając sędziwego wieku, mógł wybrać dowolne dziecko z osady, które uważał za godne i uczył je, po śmierci dziecko przejmowało obowiązki nauczyciela. Rodzice byli bezwzględnie zobowiązani oddać dziecko i wyrzec się go na rzecz „opiekuna”, który przejmował od tego momentu za nie odpowiedzialność; tak samo było w przypadku małej O'mir wiele lat temu. Kobieta uważała, że K'ami nie była gorsza od innych dzieci, a wręcz była dosyć bystra jak na swój wiek, szybko przyswajała wiedzę, a do tego była posłuszna, i „nie wtrącała nosa w nie swoje sprawy”, nie bez znaczenia było to, że nie bała się O'mir, jak większość dzieci z osady, szanowała ale nie lękała się jej. A do tego ten Cień, w razie czego O'mir wolała trzymać go blisko siebie.
K'ami przyjęła swój los, po pewnym czasie zaakceptowała kobietę jako swoją opiekunkę i przywykła do nowego życia. Zdawała się nie zauważać swojego daru, który był powodem jej izolacji od reszty społeczności osady. Z obserwacji O'mir wynikało, że z pewnością Cień, nie przerażał dziewczynki; czasami mała przyglądała się mu w zadumie, jednak zdawała się ignorować jego „inność”, nie rozumiała o co tyle szumu wokół jej osoby, zagadana przez O'mir na temat Cienia, jednym zdaniem niechętnie wyjaśniła, że jest to jej Ha'am – opiekun, nic więcej na ten temat nie potrafiła, ani nie miała ochoty powiedzieć. Dziewczynka była zamknięta w sobie, prawie w ogóle się nie odzywała, co akurat dla O'mir było ogromną zaletą, jednak bardzo irytowało stara, gdy nie mogła uzyskać odpowiedzi na praktycznie żadne zadane dziewczynce pytanie; zapytana, odpowiadała zbywająco jednym wyrazem, w najlepszym wypadku zdaniem, lub milczała.
Szczególnie irytujący dla kobiety był fakt, że mała K'ami nie chciała z nią mówić o pewnym incydencie, który rozegrał się kilka lat temu, a konsekwencją którego była długa na pięć centymetrów szpecąca blizna na jej prawym policzku. Cała sytuacja rozegrała się podczas konfliktu między plemieniem T'amar a, wędrownym plemieniem „o czarnych twarzach” - Oshi. Agresywne plemię Oshi przywędrowało niespodziewanie z południa i w druzgocącej przewadze liczebnej zaatakowało znienacka osadę; po zaciekłej walce, w której poległo wielu znakomitych wojowników po obu stronach, „czarni” wycofali się, pod naporem włóczni walecznych T'amar. Oshi założyli osady w bezpiecznej odległości i przez pewien czas, nie mogąc pogodzić się z porażką, najeżdżali jeszcze ziemie należące do T'amar; mordowali i gwałcili bezbronne kobiety i dzieci. Dopiero wyprawa pod dowództwem wielkiego Samaatan'a położyła kres agresji Oshi; pomimo znacznej przewagi liczebnej „czarni” nie byli w stanie w walce sprostać znakomicie wyszkolonym, i tym razem przygotowanym T'amar. Wojownicy Samaatan'a krwawo rozprawili się z najeźdźcą, w morderczym szale wymordowali całą populację czarnoskórego plemienia, nie oszczędzili kobiet ani dzieci – nie mogli pozwolić aby agresja w przyszłości się powtórzyła. Po kilku dniach T'amar powrócili w chwale do osady, niosąc głowy pokonanych wojowników Oshi ponabijane na dzidy.
Właśnie w tym niespokojnym okresie wojen plemiennych, wydarzyła się tragiczna w skutkach sytuacja, o której pomimo wielu prób O'mir dziewczynka nie chciała jej dokładnie opowiedzieć, a stara podejrzewała, że ma związek z niecodziennym „darem” dziewczynki.
Podczas pamiętnego konfliktu, z racji wykonywanego fachu, O'mir była niezwykle zajętą osobą; zajmowała się leczeniem rannych, grzebaniem zmarłych, przyrządzaniem eliksirów mających zapewnić powodzenie w walce oraz odprawianiem modłów za pomyślność walk. Zajęta swoimi sprawami O'mir, wysłała dziewczynkę do lasu po zioła potrzebne do sporządzenia maści łagodzących ból, dla rannych wojowników. Pomimo późnej, wieczornej pory, dziewczynka wyruszyła posłusznie; przez kilka godzin zbierała zioła, zapadła noc i dziewczynka wykonawszy zadanie już miała wracać. Dostrzegł ją jeden ze zwiadowców Oshi, patrolujący teren w lasach otaczających osadę; zwiadowca, bez trudu pochwycił zaskoczoną dziewczynkę; zasłonił jej usta, aby nie mogła zaalarmować o jego obecności, i z grymasem uśmiechu, szepcząc słowa w swoim niezrozumiałym języku, wyciął dziewczynce nożem na twarzy szramę - zapewne zrobił to dla zabawy, „czarni” znani byli ze swojego okrucieństwa względem wrogów. Taka była wersja wydarzeń wg dziewczynki, nic więcej pomimo wielu prób nie udało się O'mir od niej wydobyć. „Czarny” zapewne zabiłby dziewczynkę, być może wcześniej zgwałcił ale nic takiego nie się nie wydarzyło; dziewczynka, późno w nocy, powróciła ze łzami w oczach, z zakrwawionym policzkiem i koszykiem pełnym ziół do chaty O'mir, nie chciała odpowiadać na żadne pytania starej, po prostu siedziała i ze łzami w oczach wpatrywała się w ognisko. Po wielu próbach O'mir udało się opatrzyć dziewczynce twarz. Poraniona nie płakała, po prostu siedziała i milczała.
Nazajutrz wojownicy T'amar przypadkowo odnaleźli w lesie zmasakrowane, pozbawione członków ciało zwiadowcy Oshi, ciało znaleźli w miejscu, do którego stara wysłała dziewczynkę po zioła. Na widok zmasakrowanego trupa, wielu mężnych, zaprawionych w boju wojowników T'amar przebiegł dreszcz grozy; urazy ciała wykluczały atak jakiegokolwiek znanego plemieniu zwierza. Nie minęło sporo czasu a mieszkańcy osady powiązali zagadkowego trupa zwiadowcy, z wyprawą K'ami, po zioła i nagłym pojawieniem się na twarzy dziewczynki szramy; zapytana o sprawę K'ami, potwierdziła spotkanie z „czarnym” i opowiedziała początek wydarzenia, ale podobno nie mogła sobie przypomnieć co zaszło dalej, milczeniem kwitowała pytania na temat strasznego stanu zwiadowcy. O'mir po pewnym czasie przestała zadawać pytania.
Mieszkańcy osady, którzy w większości wiedzieli wcześniej o dziwnym Cieniu jaki rzucała w nocy dziewczynka – do tej pory nie poświęcali mu jednak większej uwagi, jednak w połączeniu z tajemniczym, zmasakrowanym trupem, oraz niesamowitymi plotkami jakie opowiadano na temat wydarzenia, wśród większości mieszkańców zrodził się paniczny lęk przed dziewczynką. Strach ten, podsycany powstającymi co jakiś czas, wyssanymi z palca opowieściami na jej temat, miał pozostać w ich umysłach już na zawsze. Ze względu na „nieoficjalne”, wynikające z lęku wykluczenie ze społeczności, dziewczynka stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie i nieufna, jej jedyną towarzyszką była od tej pory stara O'mir, która zaakceptowała dziewczynkę jako ucznia i towarzysza życia. Bez potrzeby dziewczynka nie zbliżała się do osady, pozostając w „bezpiecznej” odległości od patrzących na nią z lękiem i obrzydzeniem mieszkańców, bardziej niechętni mówili o niej „Heleti” - skażona złem.
Stara O'mir siedziała w mroku, przy stole w rogu pokoju, swojej starej chaty na obrzeżach osady T'amar, marszcząc czoło w zadumie, rozmyślała o wydarzeniu sprzed lat, którego konsekwencją było wykluczenie dziewczynki ze społeczności oraz koszmarna, szpecąca blizna na policzku. W zadumie sięgnęła krzywymi palcami po kolejny kawałek swojego wieczornego posiłku. Po chwili niezdarnego grzebania w misce, z rozczarowaniem zorientowała się, że nic już zdatnego do zjedzenia w niej nie zostało, dokładnie oblizała oklejone sosem palce, po czym wytarła jego resztki w ubranie. Ponownie spojrzała na dziewczynkę, która bez ruchu siedziała przy ognisku, wpatrując się w płomienie. Niepokoiła się o nią. Od kilku nocy, cień wydawał się, jeśli to tylko możliwe, bardziej przerażający; po wielu latach przyzwyczaiła się przecież do jego „obecności” i praktycznie przestała zwracać na niego uwagę; sprawę Cienia uznała za niewyjaśnioną, a ponieważ uznała, że nie stwarzał zagrożenia, przestała się nim interesować - zaakceptowała odmienność dziewczynki.
Jednak od kilku nocy, lęk przed dziwnym Cieniem niespodziewanie powrócił, a co gorsze z nocy na noc narastał; O'mir nie potrafiła tego wytłumaczyć, pozornie nic się przecież nie zmieniło, jednak nieświadomie odbierała sygnały, które świadczyły o jakiejś zmianie. Miała przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś złego, z doświadczenia wiedziała, że nie można lekceważyć swojej intuicji, nie w jej fachu. Wielokrotnie to przeczucie, uratowało ją i wielu mieszkańców osady. Jednak w tym momencie nie mogła nic zrobić; nic się przecież nie wydarzyło, jeszcze nie, pozostało jej być czujną, gotową na każdą sytuację i mieć oko na dziewczynkę. Oczekiwała, i była gotowa. (...)

Top
  • share
  • Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
  • 462 odsłony

Link1 | Link2 | Link3

Copyright © 2012. All Rights Reserved.

Pracuj z jobrapido
Katalog stron Katalog stron

Powered by Drupal i Drupal Theme created with Artisteer.