Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia (2013) - recenzja

    Trylogia autorstwa Suzanne Collins nie musiała długo czekać na ekranizację. Świat oszalał na punkcie Katniss Everdeen i tylko kwestią czasu było zobaczenie jej przygód w kinach. Reżyser pierwszej części zatytułowanej Igrzyska śmierci, Gary Ross (twórca niezapomnianego Miasteczka Pleasantville), dość wysoko ustawił poprzeczkę swojemu następcy, Francisowi Lawrence’owi, który odpowiadał za projekt W pierścieniu ognia. Tylko dwa lata dzielą obie produkcje, przy czym trzeba przyznać, że i jedna, i druga to całkiem dobre widowisko. Jednak w moim odczuciu dopiero sequel Igrzysk pokazuje o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi: nie o to, by przetrwać turniej i żyć dalej, lecz o dostrzeżenie kim w rzeczywistości jest największy wróg świata Panem. Dzięki wyraźnemu hasłu („Pamiętaj kto jest twoim prawdziwym wrogiem”) W pierścieniu ognia okazuje się być dokładnie tym, czego jako fanka książek Collins oczekuję po ekranizacji jednej z lepszych serii, z którymi miałam do czynienia.

    Wydarzenia z pierwszej części zakończyły się w momencie triumfalnego powrotu Katniss (Jennifer Lawrence) i Peety (Josh Hutcherson) z areny. Ostatnie sceny z wściekłym Prezydentem Snowem zamknęły Igrzyska śmierci. Ich kontynuacja rozpoczęła się zgodnie z kanonem – zwycięscy trybuci z Dystryktu 12 powrócili w swoje rodzinne strony. Ich życie zmieniło się na lepsze – teraz mieli zapewnione racje żywnościowe dla siebie i najbliższych oraz dom z prawdziwego zdarzenia. Niestety, sielanka nie trwała zbyt długo. Tym bardziej Snow nie mógł na nią pozwolić po tym, jak Katniss ośmieszyła go przed Kapitolem oraz niechcący stała się symbolem buntu dystryktów wciąż pozostających pod jurysdykcją ludzi, którzy ustanowili Głodowe Igrzyska świętem upamiętniającym Poskromienie (zduszenie buntu sprzed lat w zarodku poprzez zrównanie z ziemią Dystryktu 13). Tym samym w przeddzień tourneé Prezydent odwiedził Everdeen w domu i zagroził śmiercią jej rodzinie – jedynym wyjściem z tej sytuacji było dla dziewczyny udawanie przed całym światem Panem, że jest pupilką Snowa, oraz że jej wybryk z areny miał na celu uratowanie siebie i ukochanego.

    Niedługo potem ogłoszono, że w Trzecie Ćwierćwiecze Poskromienia w Głodowych Igrzyskach wezmą udział ocaleli trybuci ze wszystkich dystryktów. Katniss, jako jedyna zwyciężczyni z Dystryktu 12, wraz ze swoim kompanem Peetą, który zgłosił się w zastępstwie Haymitcha (Woody Harrelson), po raz drugi wyruszyła do Kapitolu, by w splendorze i blichtrze udawać radość z powodu bycia wybraną, a następnie trafić na arenę razem z niemal dwoma tuzinami wyszkolonych do walki na śmierć i życie przeciwników. Tym razem wola przetrwania nie była wystarczającym powodem do tego, by wygrać. Siedemdziesiąte piąte Głodowe Igrzyska okazały się bowiem czymś więcej...

    Gdybym miała podsumować W pierścieniu ognia dwoma słowami, uznałabym, że najtrafniejsze byłoby określenie: PORAŻAJĄCE WIDOWISKO. Dzieło Lawrence’a pod każdym względem przebija pierwszą część megaprodukcji spod szyldu Suzanne Collins. Przede wszystkim dominację nad Igrzyskami śmierci odzwierciedla zdecydowanie bardziej rozwinięta tematyka filmu. Historia ewoluuje i teraz przeżycie straszliwych wydarzeń to nic w porównaniu z tym, co dzieje się w świecie wykreowanym przez autorkę tej bestsellerowej trylogii. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się kiełkujący w biedniejszych dystryktach bunt, wywołany z pozoru niewinnym występkiem Katniss. Sięgając po jagody w finale 74. Głodowych Igrzysk, dziewczyna wręcz napluła w twarz systemowi i pokazała innym, że rebelia może się udać i ujść płazem. To z kolei bardzo nie podoba się Snowowi, który żelazną ręką trzyma w szachu wszystkie dystrykty i nie chce, by byle kto zagroził jego totalitarnym rządom. Wszystko to składa się na znacznie poważniejszą problematykę i z tego też względu sequel Igrzysk śmierci prezentuje się doskonale.

    Nie tylko ewolucja tematyki poruszanej w produkcji wpływa na jej pozytywny odbiór. Otóż mocnym atutem są również bohaterowie filmu. Główne skrzypce gra, rzecz jasna, Katniss – gderliwa, wycofana i generalnie nieprzyjemna dziewczyna, której w normalnym życiu raczej bym nie polubiła. Przeogromny szacunek żywię natomiast do odgrywającej rolę Kotnej Jennifer Lawrence. Aktorka znana jest przecież ze swojego totalnie pozytywnego usposobienia, zaraźliwego entuzjazmu oraz coraz rzadziej spotykanego w Hollywood luzu. Trzeba mieć nie lada talent, by będąc tak wspaniałą osobą, zagrać kogoś tak bardzo antypatycznego jak Everdeen. Mało tego – gra Lawrence zakrawa na doskonałą, gdyż wielkim osiągnięciem jest sposób, w jakim ukazała ona delikatną zmianę, która zaszła w bohaterce. W przypadku Katniss nie mogę przecież z czystym sumieniem powiedzieć, że była taka sama jak w pierwszej części. Po Igrzyskach dziewczyna zmieniła się, co prawda niemal niedostrzegalnie, ale lepsze to niż nic. Rzecz jasna pozostała tą samą zrzędą, lecz zaczęła też przejawiać głębsze uczucia i emocje. Zespół stresu pourazowego, przeżyta trauma i w sumie stałe poczucie zagrożenia zrobiły swoje – Katniss na ekranie, co prawda surowo, ale mimo wszystko: płacze, boi się, unika obecności drugiego człowieka, a jednocześnie lgnie do Peety. Jeśli zaś o Mellarku mowa: bez dwóch zdań jest to najlepsza postać w filmie! Nie znam drugiego takiego bohatera, który do tego stopnia nie dbałby o siebie, tylko o kogoś innego. Peeta poświęca wszystko dla dobra Katniss, choć ta nie do końca czuje do niego to, co on do niej, i miota się między nim a Galem (Liam Hemsworth). Ta postawa nieodmiennie za każdym razem mnie porusza i zamierzam bronić Mellarka niczym lwica młodych: na pewno nie dam sobie wmówić, że jedynym słusznym wyborem dla Katniss jest Hawthorne. Peeta to czuły i skromny chłopak, a do tego odważny pomimo tego, że bardzo się boi – stanowi wzór do naśladowania i na dobrą sprawę Everdeen nigdy nie będzie na niego zasługiwać. Słowa wypowiedziane w filmie: „Choćbyś żyła i sto razy, nigdy nie będziesz go warta” uważam za niezwykle trafne – przy czym warto znać książkowy pierwowzór, by jeszcze lepiej unaocznić sobie postawę Kotnej wobec tego złotego chłopca.

    Na sam koniec chciałabym tylko poglądowo wspomnieć o Effie. Uważam ją za totalnie głupią, pustą i niezorientowaną w tym, co najważniejsze kobietę. Jednak jakież było moje zdziwienie, gdy ta postać w zupełnie niepodobny do siebie sposób pożegnała Katniss i Peetę tuż przed ich wejściem na arenę! Choć nie da się ukryć, że wszystko, co robi, posiada ukryty sens – wolę przetrwania – to jednak muszę tym razem przyznać, że Effie ma serce w odpowiednim miejscu, co trochę ją zrehabilitowało. Godni uwagi są również bohaterowie drugo- i trzecioplanowi. Grany przez Petera Hoffmana Plutarch Heavensbee wygląda dokładnie tak jak go sobie wyobrażałam – istny majsterszyk i świetna gra aktorska. Również Sam Claflin, wcielający się w rolę Finnicka Odaira, pokazał swój talent, grając postać dwuznaczną – z jednej strony opiekuńczą i pomocną (polecam wszystkie sceny z Mags!), a z drugiej nie do końca szczerą w tym, co robi. W dziele Francisa Lawrence’a pojawia się istna plejada gwiazd i jestem bardzo zadowolona zarówno z obsady, jak i tego, co poszczególni aktorzy stworzyli, odgrywając swoje role.

    W pierścieniu ognia gwarantuje niezwykle intensywne doznania i emocje. Akcja utrzymuje się na tym samym poziomie, co Igrzyska śmierci, ale – w przeciwieństwie do nich – kładzie nacisk na dynamikę. W pierwszej części najważniejsze było starcie człowieka z naturą, w tej przeciwnikiem jest system, na dodatek reprezentowany przez osobę pozbawioną skrupułów i ludzkich odruchów. Rozliczne postacie obecne na ekranie dodają widowisku koloru i sprawiają, że całość prezentuje się niezwykle emocjonująco. To, co mnie dziwi, to brak jakiejkolwiek muzyki towarzyszącej bohaterom. Ścieżka dźwiękowa co prawda wydała mi się niepokojąca i zdecydowanie trzymała moje nerwy w napięciu, lecz nie o to chodzi. Klimatem przypominała mi ona film sam w sobie i z pewnością dało to ciekawy efekt, aczkolwiek ja lubię posłuchać od czasu do czasu czyjegoś śpiewu (i tutaj gorąco zachęcam do wysłuchania piosenki promującej film – Atlas w wykonaniu kapeli Coldplay).

    Jeśli miałabym możliwość wybrania się na ten obraz jeszcze raz – nie wahałabym się ani przez minutę. Jestem w pełni usatysfakcjonowana tym sequelem i choćbym nie wiem jak starała się wychwycić w nim jakieś wady, to nie potrafię powiedzieć na jego temat ani jednego złego słowa. Dlaczego? Zapewne dlatego, że film okazał się dokładnie tym, na co czekałam przez ostatnie dwa lata.

    Angelika Angie Wu Wawrzyniak
    Korekta: Monika Katriona Doerre



    Tytuł oryginalny: The Hunger Games: The Catching Fire
    Tytuł polski: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
    Gatunek: Przygodowy | Sci-Fi
    Długość: 146
    Język: angielski
    Premiera: 22/11/2013
    Reżyseria: Francis Lawrence
    Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt
    Produkcja: Jon Kilik, Suzanne Collins
    Muzyka: James Newton Howard
    Zdjęcia: Jo Willems
    Obsada: Jennifer Lawrence, Liam Hemsworth, Josh Hutcherson

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany

    Komentarze

    Obrazek użytkownika YoAnna
    YoAnna on śr., 08/20/2014 - 18:21

    Na szczęście druga część stanowi dobrą adaptację swego literackiego pierwowzoru. Obawiałam się, iż twórcy zbyt mocno skupią się na wątku romansowym starając się uczynić zeń jedyny atut mający przyciągnąć do kin, zwłaszcza, młodych widzów. Na szczęście wszystko zostało ładnie wyważone i mi się podobało.