Czarna Pantera - recenzja

Dziesięć lat i osiemnaście filmów to naprawdę imponujący wynik. Czy jednak przy aż tylu produkcjach da się utrzymać odpowiedni poziom i sprawić, by kolejne widowiska przyciągały do siebie czymś nowym i ciekawym? Debiutująca w zeszłym tygodniu „Czarna Pantera” udowadnia, że nie tylko się da, ale można to zrobić w naprawdę wielkim stylu!

Zacznijmy jednak od początku. Film rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończył się wątek T’Challi w produkcji „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”. Młody książę Wakandy wraca w rodzime strony, aby objąć tron po zmarłym ojcu. Niestety, na jego drodze pojawia się człowiek, który może zagrozić nie tylko jego pozycji, ale rozpętać piekło, które obejmie swoim zasięgiem cały świat. Brzmi może nieco sztampowo? To tylko pozory, gdyż pod tą prostą historią kryje się naprawdę dobrze zbudowana fabuła, która czyni „Czarną Panterę” filmem wyjątkowym.

Aby jednak zrozumieć, w czym tkwi wyjątkowość produkcji, musimy skupić się na kilku aspektach. Zacznijmy od przeciwnika, który wyłamuje się z utartego schematu złego antagonisty pragnącego podbić czy zniszczyć świat. Erik Killmonger jest inny. To człowiek, który przeszedł w życiu naprawdę wiele i w swoim działaniu nie skupia się jedynie na władzy. Jego cel jest o wiele bardziej znaczący i gdyby nie środki, jakimi planuje go wprowadzić, można by śmiało brać jego stronę. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że bywały w filmie chwile, gdy było mi go żal, współczułem mu przeszłości i w pewnym sensie rozumiałem jego odczucia względem głównego bohatera.

W (anty)bohatera wcielił się Michael B. Jordan, którego możemy kojarzyć z roli Johnny’ego Storma w Fantastycznej Czwórce z 2015 roku. Coś chyba jest na rzeczy, że Marvel daje aktorom z tamtych filmów drugą szansę. Tak było w przypadku Chrisa Evansa (który także wcielał się tę postać w dwóch wcześniejszych widowiskach), tak jest i teraz. Obaj panowie wykorzystali sytuację i stworzyli naprawdę ciekawych bohaterów – w dodatku wyśmienicie zagranych. Jordan miał zadanie nieco trudniejsze, gdyż ciągnęło się za nim widmo okropnego przyjęcia poprzedniego filmu. Poradził sobie jednak znakomicie.

Killmonger nie jest jedyną dobrze zaprezentowaną postacią. Swoje pięć minut otrzymały także bohaterki związane z postacią Czarnej Pantery. Nakia (w tej roli Lupita Nyong'o), była dziewczyna T’Challi, utalentowana wojowniczka, która jednak bardziej ceni niesienie pomocy innym i właśnie w tej roli czuje się najlepiej, Okoye (Danai Gurira) pełniąca funkcję generała armii i Shuri (Letitia Wright), siostra głównego bohatera, która jednocześnie jest genialnym naukowcem prowadzącym badania nad vibranium. W zestawieniu tym warto jeszcze wymienić królową wdowę, Ramondę (Angela Bassett), która co prawda nie dostaje zbyt wiele czasu na ekranie, jednak jej postać jest powszechnie szanowana i ukazana jako niezwykle silna kobieta.

Wszystkie z wymienionych bohaterek odgrywają ważną rolę w filmie. Nie stanowią jedynie tła, a biorą czynny udział w wydarzeniach i wpływają na rozwój wypadków. Przy okazji swoimi działaniami poruszają temat wartości i priorytetów, którymi należy się kierować w życiu. Szczególnie dobrze było to widać w kontekście izolowania się Wakandy, jak i podejmowaniu niezwykle trudnych wyborów, które na szali stawiają przyjaciół i królestwo.

Wreszcie dochodzimy do głównego bohatera, który bardzo szybko zaczyna kojarzyć nam się z Jamesem Bondem. T’Challa (Chadwick Boseman) dysponuje sporym arsenałem przeróżnych gadżetów, a jego rola bardzo często kojarzy się z tym, do czego przyzwyczaiły nas filmy o Agencie Jej Królewskiej Mości. Bohater jest jednak o wiele bardziej rozbudowany. W trakcie filmu toczy nie tylko konflikt fizyczny, ale i wewnętrzny, który w pewnym momencie staje się naprawdę ciężkim balastem. Musi wybierać pomiędzy tradycją, a nowoczesnym spojrzeniem w przyszłość. Doskonale wie, że każda decyzja będzie miała swoje konsekwencje. Na domiar złego poznaje niewygodne fakty z przeszłości, które każą mu spojrzeć w zupełnie innym świetle na to, co wiedział o swoim ojcu.

Mamy zatem niejednowymiarowych bohaterów, do tego dynamiczną akcję, fabułę, która być może i jest przewidywalna, ale z całą pewnością nakreślono ją w ciekawy sposób i przeciwnika, za którym stoi coś więcej. Czy na tym kończą się atuty filmu? Otóż nie.

Niezwykle ważnym aspektem jest tło, które porusza dobrze znane nam z naszego świata problemy. Kryzys migracyjny, izolowanie się od problemów zewnętrznego świata czy wreszcie problem rasizmu i odwołania do czasów kolonialnych. Elementy, które w większości są obecne w naszej rzeczywistości, w filmie znajdują swoje odzwierciedlenie. Mieszkańcy Wakandy doskonale pamiętają czasy, gdy biały człowiek brał mieszkańców Afryki w niewolę. Czują się bezpiecznie w swojej niezwykle rozwiniętej technologicznie i ukrytej przed światem ojczyźnie. Coraz częściej jednak miotają nimi konflikty: udać się z pomocą biedniejszym rejonom czy dalej separować się od świata. Niektórzy chcą zmian, inni wolą pozostać w komfortowej sytuacji, a wszystko to spada na głowę władcy, który musi dokonać mądrego wyboru – choć ten wydaje się niemożliwy.

W produkcji pada z resztą w pewnym momencie bardzo ważne zdanie, które wyraźnie nawiązuje do polityki obecnego prezydenta USA. „Musimy budować mosty, a nie mury!”

Czy „Czarna Pantera” jest filmem bez skaz? Niestety nie, jednak te odnaleźć można w bardziej przyziemnych elementach. Nie do końca byłem zadowolony ze scen rozgrywających się w Wakandzie. Miasto na pierwszy rzut oka robiło naprawdę ogromne wrażenie. Niestety, w trakcie produkcji nie dano nam możliwości, by lepiej przyjrzeć się jego architekturze. Poszczególne sceny ukazywały je albo z lotu ptaka, albo w bardzo ciasnych kadrach. Nie jest to być może jakiś wielki problem, ale pozostawił we mnie pewien niedosyt.

Także niektóre efekty nie do końca do mnie przemawiały. Moim zdaniem wymagałyby pewnego dopracowania, ale to akurat może być moim subiektywnym odczuciem.

W produkcji nie mogło zabraknąć humoru i ten faktycznie znalazł swoje miejsce. Nie był jednak aż tak bardzo eksponowany, jak w innych filmach MCU. Ograniczał się do kilku gagów sytuacyjnych i niektórych scen z udziałem drugiego antagonisty, Ulyssesa Klawa (Andy Serkis). Wbrew pozorom jednak był to bardzo dobry wybór, widowisku bowiem bliżej klimatem do drugiej części „Kapitana Ameryki”, niż do „Ant-Mana” czy „Thora 3”.

Czy zatem mogę polecić Wam ten film? Z całą pewnością tak. Znajdziecie w nim sporo akcji, ciekawą historię i elementy, które w znacznym stopniu wpłyną na kolejne filmy Marvela. Nie zapomnijcie także zostać do samego końca. Twórcy przygotowali dwie sceny po napisach i naprawdę warto się z nimi zapoznać.

Adam Gotan Kmieciak
Redakcja i korekta: Anna Tess Gołębiowska

Tytuł: Czarna Pantera
Oryginalny tytuł: Black Panther
Gatunek: Akcja / Sci-fi
Reżyseria: Ryan Coogler
Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler
Zdjęcia: Rachel Morrison
Muzyka: Ludwig Göransson
Długość: 134 minuty
Język: angielski
Premiera: 14 luty (Polska)
Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Letitia Wright, Angela Bassett, Martin Freeman, Andy Serkis,

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski