Dracula: Historia Nieznana (2014) - recenzja

    Jeśli miałbym użyć jakiejś pobudzającej wyobraźnię metafory do opisania Draculi, to nazwałbym go gumą do żucia dla oczu. Przyjemny wizualnie, czasem rozmyślnie, ale głównie niezamierzenie zabawny, w pewnej chwili nawet wzruszający, ale dwa dni po seansie ciężko powiedzieć, o czym tak właściwie był.

    Dlaczego? Bo nie oferuje niczego specjalnego, co nie pojawiłoby się w setkach innych filmów. Jego składowe wykonane zostały porządnie, ale widać w nich rękę rzemieślnika, a nie artysty. Brak w nim tego Czegoś, co wyróżniałby film na tle jemu podobnych. Zachęcało do powtórnego seansu, uważnego przyjrzenia się fabule czy stworzenia rysunku inspirowanego historią. Nawet pisanie o nim sprawia problemy, gdyż większość elementów można ocenić z pomocą czterech słów: średnie/dobre i nic ponadto. Dlatego pominę standardy w rodzaju skrótu fabuły i skupię się na tych paru drobiazgach, których moja pamięć litościwie nie wyrzuciła jeszcze do kosza. Także negatywnych.

    Na pierwszy ogień niech pójdzie Vlad, książę ciemności z prawdziwego zdarzenia, z tradycyjnym zestawem nadludzkich mocy i siłą rażenia głowicy nuklearnej. Jeśli ktoś tęskni za wampirami zdolnymi pokonać w pojedynkę tysiąc przeciwników, a ostatniego z nich wyssać do czysta, to w filmie otrzyma to i znacznie więcej. Scenarzyści Matt Sazama i Burk Sharpless nie wyszli poza Stokerowy kanon, nie ma więc co liczyć na manipulowanie materią albo cielesne metamorfozy znane z Wampira: Maskarady, ale wyczulone zmysły albo kreatywnie wykorzystana umiejętność kontrolowania nietoperzy jak najbardziej się pojawiają. Ta ostatnia jest zresztą jednym z powodów, dla których warto obejrzeć Draculę na dużym ekranie i nacieszyć oczy widokiem tysięcy generowanych komputerowo inspiracji Batmana śmiało poczynających sobie z równie wirtualną armią turecką.

    Skoro mowa o Turkach – obowiązkowe sceny bitewne kręcone były z pomocą starożytnej techniki trzęsącej się kamery, zmuszając do zgadywania kto, kogo, czym i w jaki sposób. Kilka kreatywnych ujęć okazało się równie czytelnych, co pismo lekarza z czterdziestoletnim stażem, a wśród nich prym wiodła walka oglądana w odbiciu obracającego się w powietrzu miecza. Równie dobrze można było zastąpić ją narratorem, efekt byłby ten sam. Wszystko to jednak przestaje być istotne, gdy na polu walki pojawiają się wampirze moce. Znikanie wrogom sprzed oczu i materializowanie się tuż za nimi, przemiana w chmurę nietoperzy i błyskawiczne przemieszczanie się po polu walki, miotanie ludźmi jak szmacianymi lalkami, miażdżenie głów z pomocą gołych pięści i inne smakowite sytuacje są tutaj całkiem częste, nawet jeśli odrobinę powtarzalne. Gdy zaś Vlad postanawia pokazać pełnię swych możliwości, jakość filmu rośnie równie szybko co dług publiczny USA. Paradoksalnie do pełni szczęścia zabrakło tylko krwi w hurtowej ilości oraz dowodów masakry innych niż leżące wszędzie ciała albo spalone namioty, które uczyniłyby rzeź trochę bardziej… namacalną.

    Fabularnie Dracula jest jednym z tych filmów, gdzie moment śmierci postaci idzie zgadnąć w dwie sekundy po jej pierwszym pojawieniu się na ekranie, spora część dialogów straszy niezręcznością, a niedostrzeżenie wyraźnego podziału na dobrych i złych wymaga mnóstwa samokontroli. Znalazło się w niej również miejsce na garść męczących klisz, parę nieco wymuszonych mrugnięć do widzów znających inne kinowe wersje słynnego wampira oraz zakończenie sugerujące, że w razie potrzeby droga do stworzenia ciągu dalszego stoi otworem. Standard, który równie dobrze mógł być dziełem prostego generatora filmów i kilku dostatecznie potężnych komputerów. Za to tragizm głównego bohatera wyszedł całkiem autentycznie – o ile potrafi się przymknąć oko na towarzyszące mu bzdury fabularne – więc kto wie, może rozwijający temat sequel nie jest takim złym pomysłem, na jaki się zapowiada.

    Od strony wizualnej film nie odbiega od dzisiejszych standardów. Jest odpowiednio malowniczo, ciemno i mrocznie, nawet jeśli akcja toczy się za dnia. Oko cieszą kostiumy oraz dekoracje, uważna osoba wychwyci również odpowiedni dobór imion oraz wystrój wnętrz (malowidła religijne wedle tradycji Europy wschodniej, nie zachodniej i podobne), a Turcy prezentują się na tyle bliskowschodnie, by zawieszenie niewiary nie zgłaszało protestów. Przynajmniej przez większość czasu, jeśli ośrodek mózgu odpowiedzialny za krytyczne myślenie akurat wziął urlop. Z kolei za oprawę muzyczną odpowiadał Ramin Djawadi i efekty jego pracy sprawdzają się w filmie, ale jako typowy, hollywoodzki, blockbusterowy standard raczej nie zagrzeją miejsca w niczyjej pamięci. Gdyż, niczym spora część twórczości Zimmera z ostatnich lat, niczym się nie wyróżniają.

    I to w zasadzie tyle. Dracula to półtora godziny tak zwanych górnych stanów średnich, wymagających od widza wyłączenia mózgu i skupienia się na widokach. Można obejrzeć w kinie, można na DVD, można również bez żalu zignorować i sięgnąć po coś innego.

    Tekst: Łukasz “Salantor” Pilarski
    Redakcja i korekta: Monika “Katriona” Doerre

    Film obejrzeliśmy dzięki
    uprzejmości Cinema City.

    Tytuł oryginalny: Dracula Untold
    Tytuł polski: Dracula: Historia Nieznana
    Gatunek: Akcja, Dramat, Fantasy, Horror
    Czas trwania: 92 minuty
    Kraj produkcji: USA
    Premiera światowa: 1 X 2014
    Premiera polska: 17 X 2014

    Obsada:
    Vlad: Luke Evans
    Mirena: Sarah Gadon
    Mehmed: Dominic Cooper
    Ingeras: Art Parkinson
    Mistrz wampirów: Charles Dance

    Produkcja:
    Reżyseria: Gary Shore
    Scenariusz: Matt Sazama, Burk Sharpless
    Studio: Universal Pictures, Legendary Pictures, Michael De Luca Productions

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany