Post Scriptum - recenzja

Milenę Wójtowicz dotychczas znałam tylko z tego, że jest członkinią Hardej Hordy. To na pewno świadczy o użyteczności Hordy – być może gdyby nie ta grupa fantastycznych polskich pisarek, nie sięgnęłabym po „Post Scriptum”. Zwyczajnie umknęłoby mi w natłoku nowości na rynku wydawniczym.

Książka została wydana przez wydawnictwo Jaguar, dotychczas kojarzone przede wszystkim z literaturą młodzieżową. Okładka, utrzymana w ładnej kolorystyce, ale dość typowa i rozmywająca się wśród podobnych opraw graficznych, nie wskazuje ani na literaturę młodzieżową, ani na nic w ogóle. Jest estetyczna, lecz bez pazura. Obawiam się, że ci, którzy kierują się okładką przy szukaniu lektury na plażę, na powieść Wójtowicz się nie skuszą.

I niech żałują! (Przepraszam za spojler dalszego ciągu recenzji.)

O czym opowiada „Post Scriptum”? Otóż na Dolnym Śląsku egzystuje pokojowo, nie wadząc nikomu, firma consultingowa złożona z jednej behapówki łasej na słodycze i jednego coacha z ciągotami ku lawendzie. Firma dość szczególna. Przedsiębiorstwo Sabiny Piechoty i Piotra Strzeleckiego oferuje bowiem swe usługi wszelkiego rodzaju istotom nienormatywnym, czyli, brzydko mówiąc, „nieludziom”. Sam duet zresztą też nie jest do końca tym, co się rozumie pod pojęciem „normalni ludzie”. I nie chodzi wcale o to, że Sabina wrzuca w koszty prowadzenia firmy oglądane seriale, a Piotr jest amatorem joggingu.

Zrozpaczone rodziny, którym nieboszczycy nie chcą dać spokoju nawet za grobem, wiły i półwiły, kultyści przejęci przepisami BHP i wielu innych – całe to towarzystwo potrzebuje pomocy wyspecjalizowanej agencji. Agencja te usługi oferuje. Wszyscy są szczęśliwi. Do czasu jednak… Oto bowiem Sabina i Piotr przypadkiem wpadają na trop kryminalnej afery i mordercy-nieudacznika, który metodycznie próbuje się pozbyć istot nienormatywnych. Bohaterowie nie mają wyboru: skoro ich ziomkom coś zagraża, wytropią i unieszkodliwią sprawcę. Okazuje się jednak, że to wcale nie takie łatwe zadanie, jak pokazują w Supernaturalu.

Kiedy się mówi o jakiejś książce, że to lekka i przyjemna lektura na słotne popołudnie (zimą) lub na gorącą plażę (latem), nierzadko taka opinia ma odcień wzgardy wobec literatury stroniącej od hodowania Głębokiej Warstwy Filozoficznej i poruszania Uniwersalnych Problemów Ludzkości. Tylko że „lekki” nie zawsze jest równoznaczne z „głupi”. Milena Wójtowicz w swojej książce udowadnia, że literatura celująca w funkcje stricte rozrywkowe nadal może być literaturą dobrą, na poziomie, z masą intertekstualnych nawiązań i bez naiwnych rozwiązań fabularnych.

Bohaterowie to zdecydowanie najmocniejsza część „Post Scriptum”. Każda z postaci, od głównej dwójki po nieszczęsnego nieboszczyka Rybalczewskiego, ma wyraźnie zarysowany charakter, motywację, zestaw cech dystynktywnych i to coś, co sprawia, że czytelnik ją zapamiętuje. Lawenda Piotra i słodycze Sabiny pojawiają się w co drugiej scenie, ale nadmiar tych symboli nie męczy, a jedynie bawi. Dodatkowo każda z postaci dysponuje własnym sposobem mówienia, dzięki czemu przy okazji dialogów nie sposób pomylić bohaterów. Dawno nie spotkałam w żadnej książce tak barwnej i nietuzinkowej czeredy. Zdecydowanie wyobrażam ich sobie jako postacie w filmie i żądam, żeby ktoś nakręcił choćby krótkometrażówkę na podstawie tej przezabawnej historii.

Właśnie. Humor. Nie jest niskich lotów. Nie jest też z napisem „tylko dla ludzi z IQ powyżej 150”. Nie jest złośliwy. Nie jest przykry. A jaki jest? Dla wszystkich, bazujący na radosnych skojarzeniach, absurdalnych zestawieniach i zabawie kliszami. „Post Scriptum” jest miejscami satyrą na biurokratyczną polską rzeczywistość, na zaściankowość małych miasteczek, na nietolerancję – ale wyśmiewa cechy, nie zaś ludzi. Do tego spora część dowcipów bazuje na popkulturowych nawiązaniach, od których skrzy się powieść Wójtowicz. Czego tu nie ma! Supernatural, Wiedźmin, Szczęki, Rodzina Addamsów… Autorka nawiązuje do znanych dzieł, dzięki czemu intertekstualność „Post Scriptum” nikogo nie wyklucza, a pozwala śmiać się wspólnie.

A propos „nie wyklucza” – bardzo mi się podoba gra „nienormatywnością”, pod płaszczykiem której Wójtowicz w nienachalny sposób przemyca postulat ogólnej tolerancji wobec odmienności każdego rodzaju, nie tylko gatunkowej. Podobnie ma u mnie plusa za „nietradycyjną” orientację Piotra, która jest jedynie sygnalizowana i którą bohaterowie uznają za coś absolutnie naturalnego. Brak tutaj umoralniających kazań na temat poszanowania bliźniego w każdej formie – jest pokazanie, jak można bliźnich szanować i że nikt na tym nie traci. Takie podejście może poruszyć nawet najbardziej zakamieniałe nietolerancyjne serca.

Czy czegoś mi w tej książce brakowało? Zapewne gdybym wzięła fabułę pod lupę, znalazłabym jakieś momenty naiwności albo słabości konstrukcji. Ot, chociażby: prawdziwy zbrodniarz pojawia się za późno, czytelnik nie ma szans go wytropić przed bohaterami. Tylko że tak właściwie to nie psuje zabawy, a moje zawieszenie niewiary (i czepialstwa przy okazji) uruchamia się automatycznie, kiedy dowiaduję się, że czytam fantastykę na wesoło. To była bardzo przyjemna fantastyka z kryminalnym posmakiem i toną śmiechu, dokładnie to, co chciałabym czytać na plaży w upalny dzień. I każdemu polecam.

Joanna Krystyna Radosz
Korekta: Anna Tess Gołębiowska

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Jaguar

Tytuł: Post Scriptum
Autor: Milena Wójtowicz
Gatunek: fantasy dla dorosłych 
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 25 kwietnia 2018
ISBN: 978-83-7686-672-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 400
Wymiary: 135x200
 

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski