"Spiżowy gniew" - recenzja przedpremierowa

„Spiżowy gniew” był moim pierwszym kontaktem z twórczością Michała Gołkowskiego. Wiem, że wydawał w ramach Fabrycznej Zony oraz cyklu "Stalowe Szczury", ale nie są to gatunki, które do mnie przemawiają, dlatego nie sięgnąłem po te książki. Teraz jednak nadarzyła się okazja, aby zgłębić twórczość autora. Sam opis wydawniczy wystarczył, abym poczuł zachętę do zapoznania się z wykreowanym światem. Czy było warto?

Dwa królestwa, które po latach wojen starają się zawrzeć pokój. Królewskie rodzeństwo, któremu przyjdzie się zmierzyć z nową sytuacją polityczną i wyborem pomiędzy tym, co do tej pory ich łączyło, a przyszłością związaną z pewnymi poświęceniami. Jest i on, Zahred, tajemniczy wędrowiec, który przybył nie wiadomo skąd i bardzo szybko zjednał sobie przychylność władcy Hatwaretu. Czy ma jakiś plan, o którym milczy, czy po prostu przypadkiem znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie?

Przyznam, że pierwszy kontakt z powieścią trochę mnie rozczarował. Od razu dało się wyczuć inspiracje (niektóre bardzo konkretne) zaczerpnięte z „Gry o tron”. Motyw pewnego miasta, którego nazwa jednoznacznie kojarzyła się z twórczością Martina, czy wątek kazirodczego związku, który połączył dwie postaci. Także imiona brzmiały dziwnie znajomo. Jakby tego było mało, niektóre wydarzenia dało się przewidzieć jeszcze na długo, nim zostały w pełni nakreślone, a zachowanie pewnych bohaterów bywało dość dziwne. Sytuacja dotyczy zwłaszcza księżniczki Sansary, która potrafiła wpaść ze skrajności w skrajność. Wyraźnie było to widać w scenie, w której poznaje swojego przyszłego męża. Nie brzmiało to zbyt naturalnie i miałem wrażenie, że gdzieś po drodze jakiś fragment historii mi się zapodział. Na szczęście nie zraziłem się pierwszym wrażeniem i kontynuowałem lekturę. Dzięki temu przekonałem się, że dalej było już znacznie lepiej.

Nagle przestały mi przeszkadzać wyraźne nawiązania do książek Martina. Traktowałem je jako tło, bo faktycznie nie były znaczące dla fabuły. Historia właściwa rozgrywała się na kilku płaszczyznach i poprowadzona została w taki sposób, że bardzo szybko zapragnąłem więcej. Nie przeszkadzał mi nawet fakt, że do dyspozycji miałem wersje elektroniczną – zdecydowanie wolę papier. Po prostu śledziłem losy bohaterów i ciekawość ich przyszłości była na tyle silnym bodźcem, że kilka razy mało brakowało, a byłbym ostatnim pasażerem wychodzącym z pociągu.

Gołkowski bardzo sprawnie poprowadził wydarzenia, a przy okazji pokazał, że tematy poruszane w książce, zwłaszcza te dotyczące prowadzenia wojen, nie są mu obce. Operował także ciekawym językiem, a przy tym bardzo szczegółowo opisywał krajobraz wykreowanego przez siebie świata. Dzięki temu bardzo łatwo było sobie wyobrazić poszczególne elementy scenerii i bardziej wniknąć do świata powieści.

W kwestii samych bohaterów mam jednak dość mieszane uczucia. O ile niektóre z postaci zostały poprowadzone naprawdę sprawnie i z wielką przyjemnością śledziło się ich losy (które nie zawsze układały się dla nich pomyślnie), to była też grupa która w moim odczuciu wymagałaby dopracowania. Choćby wspomniana przeze mnie wcześniej księżniczka Sansara, która miała w sobie wielki potencjał, jednak nie do końca udało się go wykorzystać. Z kolei jej brat, książę Tyrsen, pomimo mojej wcześniejszej niechęci do niego, okazał się naprawdę dobrze napisanym bohaterem. Porywczy, ale jednocześnie inteligentny stanowił ciekawy przypadek człowieka, który z powodu trudnego charakteru jest w stanie utracić naprawdę wiele.

Zahred także był intrygujący i chyba właśnie jego losy najbardziej mnie w historii zainteresowały. W sumie nie ma się co w tym przypadku dziwić, każdy czytelnik już od samego początku zauważy „wyjątkowość” tej jednostki i wydaje mi się, że śledzenie genezy bohatera stanie się naprawdę absorbującym elementem lektury.

Zainteresował mnie także temat klątwy ciążącej nad tą postacią. Coś, co dla wielu byłoby błogosławieństwem, dla niego stało się przekleństwem. Być może to czas tak podziałał, a może inne okoliczności, o których nie dane mi było się przekonać. Fakty są jednak takie, że bogowie pokarali Zahreda, nie dowiadujemy się jednak, za co dokładnie. Całkiem możliwe, że autor rozwinie ten temat w przyszłych powieściach. Co to za klątwa? Nie będę wdawał się jednak w szczegóły, aby nie popsuć Wam przyjemności z czytania.

„Spiżowy gniew” to całkiem ciekawa pozycja dla fanów historii rozgrywających się w zamierzchłych czasach pełnych bóstw i wojowników. Nie jest idealna, ale z pewnością wypełni nam kilka wieczorów ciekawą lekturą. Jeżeli o mnie chodzi, to bardzo chętnie sięgnę po kolejny tom, jeżeli takowy się ukaże, a chwilowo rozważam sięgnięcie po którąś z innych, do tej pory wypuszczonych książek autora. Kto wie, może także przypadnie mi do gustu?

Adam Gotan Kmieciak
Redakcja i korekta: Anna Tess Gołębiowska

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów

Tytuł: „Spiżowy gniew”
Autor: Michał Gołkowki
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 14 marca 2018
Gatunek: fantasy
Okładka: miękka
Ilość stron: 496
ISBN: 978-83-7964-314-1
Cena: 44,90 zł

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski