Zgromadzenie cieni (V.E. Schwab) - recenzja

Ludzie są najbardziej zmiennym i najważniejszym składnikiem w magicznym równaniu

Od premiery pierwszej powieści V.E. Schwab z cyklu „Odcienie magii” minął już ponad rok, a w mojej głowie zachowało się jedynie mgliste wspomnienie jej fabuły. Pamiętałam, co mniej więcej się wydarzyło, ale za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie zakończenia. Przez to zupełnie nie wiedziałam czego powinnam oczekiwać po drugim tomie. A czym się ostatecznie okazał? Miłą niespodzianką czy raczej rozczarowaniem?
Minęło już trochę czasu od tragicznych wydarzeń w Londynie, a raczej czterech Londynach – od krwawego obalenia rządów okrutnych bliźniaków i doprowadzenia do względnego pokoju we wszystkich światach. Rhy i Kell uczą się żyć w nowej rzeczywistości, Lila odbywa upragnioną morską podróż, a w Czerwonym Londynie ruszają przygotowania do Essen Tash, czyli Igrzysk Żywiołów – turnieju dla wszystkich magów i maginek. Jednak zło, które miało zniknąć na wieki, powoli się odradza…
Może nie pamiętam wszystkiego z „Mroczniejszego odcienia magii”, ale jednego jestem pewna – książka okazała się dużo słabsza, niż się spodziewałam na podstawie rozgłosu, jaki zyskała. Była po prostu przeciętna i w moim odczuciu nie warta wszystkich zachwytów czytelników i blogerów z niemalże całego świata. Druga część cyklu wypada podobnie. Jest kilka elementów, które warto wyróżnić, ale nic poza tym. To nie powieść, do której będę wracać, czy ją wspominać.
Według mnie fabuła to „szkielet” książki, reszta to tylko dodatki. W przypadku „Zgromadzenia cieni” zawiódł niestety „szkielet”. Schwab stworzyła ciekawy świat (a raczej światy!), obiecujących bohaterów i bardzo przyłożyła się do fantastycznej warstwy cyklu, dlatego nadal nie potrafię zrozumieć, co ją podkusiło, by w drugim tomie zepsuć wszystko strasznie oklepanym i zużytym już motywem magicznego turnieju. Próbowała ratować się dość nieprzewidywalnym przebiegiem igrzysk, ale to niewiele pomogło. Dałoby się to jednak zaakceptować, gdyby nie fakt, że przez opisywany szczegółowo i nieśpiesznie Essen Tash ucierpiał wiodący element fabuły łączący wszystkie tomy, czyli wydarzenia związane z odrodzeniem się Czarnego Londynu. Im autorka poświęciła co najwyżej kilkadziesiąt stron. Niestety, ale przeczucie, że w książce mogło wydarzyć się zdecydowanie więcej, niż się wydarzyło, które miałam podczas lektury pierwszego tomu, mnie nie opuściło.
Na szczęście pod względem kreacji bohaterów Schwab i tym razem poradziła sobie świetnie. Postacie nie są takie jak w „Mroczniejszym odcieniu magii” i dobrze! Rozwijają się, zmieniają, nie pozostają bierne. Rhy zadziwił mnie najbardziej. Pod koniec pierwszego tomu zauważyłam, że w jego przypadku pozory mylą i pod maską stereotypowego księcia, kryje się pełna przeróżnych uczuć postać. Teraz wiem, że potrafi też okazać wdzięczność, troskę, a nawet miewa wyrzuty sumienia. Wydaje się, Lila że nadal poszukuje siebie. Jest pozornie niezależna i silna, ale chyba ku własnemu zaskoczeniu potrafi przywiązać się do innych ludzi i stać się częścią grupy. Może czasem irytować przez porywczość i nieodpowiedzialność, ale jakoś mnie to nie razi. Lila po prostu taka jest. Jej relacja z Kellem nadal pozostaje trudna do rozszyfrowania. Z jednej strony ciągnie ich do siebie, lecz z drugiej widzą w sobie wady, które trudno im zaakceptować. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie kreacja Alucarda Emery'ego. To chyba najciekawsza postać w całym cyklu, tajemnicza, zabawna i trochę przerysowana w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Liczę na to, że pojawi się również w kolejnym tomie i ubarwi go tak, jak ten.
Książki z cyklu „Odcienie magii” miały wyróżniać się wizją czterech równoległych Londynów i początkowo tak było. Co prawda w pierwszym tomie brakowało mi nieco tej atmosfery, opisów brytyjskich uliczek czy zabytków, ale w tym jest niestety jeszcze gorzej. Kell, jeden z ostatnich potrafiących przemieszczać się między Londynami, w tym tomie… właściwie już tego nie robi. To kolejne posunięcie autorki, które nie do końca rozumiem. Cztery Londyny to wizytówka całego cyklu, sądziłam, że na nich opierze się cała fabuła i będą w centrum uwagi. Może gdy Czarny Londyn na nowo wróci do gry, sytuacja się zmieni? Zobaczymy w kolejnym tomie.
Jeżeli ktoś nie spotkał się jeszcze z magicznym turniejem „Zgromadzenie cieni” może dostarczyć mu parę godzin świetnej zabawy. Pozostali raczej się tak nie ucieszą. Schwab nieźle rozegrała ten wątek, ale mimo to trzeba nastawić się na powracające co jakiś czas wrażenie déjà vu. Czy warto więc w ogóle zabierać się za lekturę? To już zostawiam do osobistej oceny. Ja wierzę głęboko, że ten dość spokojny tom to tylko wstęp do czegoś wielkiego, do prawdziwej jazdy bez trzymanki. Życzę tego i sobie, i każdemu, kto także wkroczył w magiczny świat wykreowany przez Victorię Schwab.

Patrycja „Ilussia” Ratajczak
Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy
wydawnictwu Zysk i S-ka


Tytuł: Zgromadzenie cieni
Tytuł oryginału: A Gathering of Shadows
Autor: Victoria Schwab
Wydawca: Zysk i S-ka
Tom: II
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Projekt okładki:Will Staehle
Miejsce wydania: Poznań
Data wydania: 26 czerwca 2017
Liczba stron: 554

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski