Brodacz fantasta szuka pracy


    Mam przejebane. Taka była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłem osobę, z którą przyszło prowadzić rozmowę kwalifikacyjną. Żebyśmy się dobrze zrozumieli. To ja szukałem pracy. Łysy jak kolano facet, trochę wyższy ode mnie, z małymi, kaprawymi oczkami, a przede wszystkim tym obłudnym, głupawym w mojej opinii, uśmieszkiem. Oczywiście całości obrazu dopełniała schludna, niebieskawa koszula – podobne nosiłem w ochronie – i plik papierów. Świeżutkich, rzec można prościuteńko z piekarnika, czyli drukarki w tym wypadku. Obyś się poparzył łysolu.

    Szybko zlustrowałem jak wyglądam w jednej z lśniących, szklanych ścian stoiska firmy, do którego miałem przyjść. Nie jest źle. Marynarka leży jak trzeba, koszula bieluteńka niczym śnieg (jakim cudem?). Buty dalej lśnią po potraktowaniu ich wodą zaledwie kilka minut temu w jednej z toalet. Tak, to zdecydowany plus centrów handlowych. Stałem przez chwilę, czekając spokojnie, a przynajmniej takie wrażenie pragnąłem sprawić, aż gość wszystko sobie przeczyta. Wreszcie przerwał ciszę.
    – Widzi pan ze wszystkimi ludźmi przeprowadzam taką samą rozmowę – zaczął rozglądając się. Pewnie myślał, że nie zauważyłem tego taksującego moją brodę spojrzenia. – Jesteśmy firmą powstałą z granicą, w Stanach Zjednoczonych. To dość ciekawa historia. Widzę, że pan przeszłość leży w zakresie pańskich zainteresowań?
    – Tak jak stoi w CV – odpowiedziałem neutralnie.
    – Oczywiście, rozumiem. Cóż, co prawda nie jest ona tak odległa jak okres Wikingów, niemniej ciekawa – podjął po chwili z nowym zapałem. Wyglądał w sumie tak, jakby pieprzenie tych bredni sprawiało mu osobistą satysfakcję (czytaj orgazm). – Główny założyciel marki przybył do Europy w latach osiemdziesiątych. Wtedy raczej panowała odwrotna tendencja – tutaj sztuczny śmiech – i coś takiego stanowiło wyjątek. Niemniej pan McShaek znalazł we Francji swoją niszę. Po kilku latach dysponował niewielką siecią usługową, a w ciągu następnych, dzięki mądrym inwestycjom, zawojował rynek ojczyźniany. Do tego wysłał zaufanych ludzi celem działania w Niemczech, Hiszpanii oraz – co dziwne – Polski.
    – Rozumiem, że postawił wszystko na jedną kartę i odniósł spektakularny sukces. Podobnie jak Biedronka – pokusiłem się o porównanie.
    – Całkiem podobnie – pokraśniał z dumy pracownik. – Mamy swoje punkty w największych polskich miastach, planujemy dalszą ekspansję. Właśnie dlatego szukamy ludzi. Nasi stali współpracownicy niedługo mają wyruszyć do nowych miast. Wcześniej jednak musimy znaleźć im zastępstwo. Pan z Gdyni, prawda?
    – Tak, prawda.
    – Doskonale. Potrzebuję tam człowieka do Batorego. Kojarzy pan to centrum handlowe? – czerwona lampka. Sprawdza mnie.
    – Oczywiście. Mijam je dość często – odpowiadam lekko.
    – Jak sprawa z dojazdem? – dopytuje facet.
    – Doskonale. Zaledwie pół godziny trajbkiem, ewentualnie bardziej bezpośrednio autobusem 172 – jest dobrze. Nie umie mnie zagiąć.
    – Świetnie. Pozostaje tylko jedna sprawa – znowu czerwone. Ten ton głosu jest jakiś dziwny. – Pana doświadczenie zawodowe.
    – Co z nim? – pytam od niechcenia.
    – Widzę, że jest raczej humanistyczne – stwierdza obojętnie. – Redaktor portalu Efantastyka.pl. Tak, już ponad rok. Niestety pisanie artykułów o smokach, bądź innych elfach nie ma zastosowania przy zelowaniu butów.

    Zaraz zedrę ci z twarzy ten durny uśmieszek wesołku pieprzony. Myślę starając się zachować spokój.
    – Praca fizyczna w ochronie. To już lepiej. Czemu tylko miesiąc? – pyta z przekąsem.
    – Czerwcowe wzmocnienia na czas euro 2012 – odpowiadam spokojnie. Przynajmniej tak mi się wydaje.
    – Posiadamy też standardy wyglądu pracownika – dodaje po dłuższej chwili milczenia, odkładając moje CV do teczki.
    Wiedziałem, że padnie tutaj jakieś magiczne hasło! Zaraz usłyszę co też sobie jaśnie państwo wymyślili.
    – Musi pan ściąć brodę – o mało szczęka mi nie opadła. – Długie włosy. Niech będzie, ale broda do ścięcia. Proszę, oto moja wizytówka – chwytam kartonik jakby ze wstrętem. – Ma pan czas na decyzję do jutra. Warunki finansowe to 1500 złotych brutto na start. Praca osiem godzin przez pięć, czasem sześć dni w tygodniu. Niech tan się tak nie martwi! – najwidoczniej źle odczytał moje emocje. – Na te 1500 będzie pan pracował tak naprawdę tylko dwa tygodnie w miesiącu. Reszta wolna. Nadgodziny rozliczamy kwartalnie, wszystko monitoruje system komputerowy.

    W tej chwili byłem już tak skołowany, że nie wiedziałem co powiedzieć. Grzecznie odczekałem końca litanii. Darmowe szkolenie na koszt firmy, zwrot za przejazd, zakwaterowanie w Poznaniu. Miałbym jeden dzień wolny, płacę tylko za żarcie. Blisko do Gotana i przede wszystkim mojej młodszej siostrzyczki. Tak dawno jej nie widziałem… Ale mam się zeszmacić dla pracy? Przecież to jawna dyskryminacja! Broda albo praca! Co za nonsens!

    Niestety, jakąś godzinkę później dotarło do mnie, że prawo zezwala pracodawcom na bardzo restrykcyjne określanie wyglądu pracowników. Wniosek prosty. Brodacze mają ostro przejebane dlatego…, że są brodaczami!

    Was też spotkało coś podobnego?

    Opowiadanie oparte na faktach. Wszelkie istotne dane osobowe zostały zmienione, bądź nie ujawnione, a rozmowa kwalifikacyjna spisana przez autora tekstu z pamięci.

    Autor: Tysonn Ulvhjerte (Kamil „Tyrsson” Gołębowski)

    Komentarze

    No Avatar
    Veris on ndz., 09/21/2014 - 19:06

    Piękne! Mam nadzieję, że pracę udało Ci się jednak znaleźć bez konieczności golenia brody ;)