Pierwsze proroctwo Sabatiela

    Dwa dni przed pierwszą falą buntu

    W Empireum zaległa cisza. O tej porze dnia Pałac Pański sprawiał wrażenie jakby wymarłego. Zdawało się, że nic nie może zmącić tego bezdźwięcznego trwania.

    I nagle od strony wrót prowadzących do Sali Pańskiej zagrzmiał donośny głos. Sabatiel przemówił. Serafin, stojący niczym kamienny posąg, zawsze nieruchomy i prawdopodobnie niemy, odezwał się beznamiętnym, lecz mocnym, dudniącym w pustce przedsionka tonem.

    - Ile trzeba stracić, by dowiedzieć się, czy światło może rozbłysnąć poza obrębem Niebios? Ile porzucić, żeby upewnić się i przekonać, czym spadanie różni się od lotu? Łatwiej stać nieruchomo i nie zrobić nic. Łatwiej zamknąć oczy i udawać ślepca. Łatwiej uszy zatkać i udawać, że się jest głuchym.

    Nienaturalny, rzadko przecież używany, głos serafina rozbrzmiewał w opustoszałym przedsionku i odbijał się od marmuru i alabastru ścian. Brzmiał niczym szczęk stali uderzającej o stal. Zgrzytanie żelaza.

    - Czy widzicie? Zanosi się na deszcz. Otworzy się pociemniały firmament. Ulewna plaga przerwie wiszącą nad nieboskłonem chmurę i runie na głowy sług pańskich, a wówczas nagłym potopem zmyje z ogrodu Eden brud i nieprawość.

    Oczyści go wodą i ogniem, a wiatr będzie szalał na zgliszczach. Ale po tym deszczu nie wzejdzie tęcza. Na Siedem Niebios spadnie gniew zdradzonego, a każdy niegodny ugnie się pod jego ciężkim jarzmem. A winni będziecie wy, którzy zbyt wiele myślicie, a za mało kochacie. I winny będzie, który nie uniesie miecza, by zakończyć plagę i uciąć toczoną gangreną kończynę. I na zawsze winny będzie, a jego wina będzie waszą winą. I nigdy już słońce nie powróci nad dachy waszych domostw. A gdy spytacie: "Dlaczego?", ja odpowiem: "Samiście to uczynili". Pan dał, Pan jedynie prawo ma odebrać. Wzgardziwszy życiem, przyjmijcie śmierć z rąk jego Dawcy.

    Gdzieś u szczytu schodów dało się słyszeć niepozorny szelest. Coś poruszyło się, zaszemrało niepewnie.

    - Ileż razy, Adir Szofet, zapytasz jeszcze "Czyż stróżem jestem brata mego?"?
    Tak, jak nagle Sabatiel przemówił, tak nagle zamilkł. Jego twarz i postawa znów przybrała formę kamiennej, niewzruszonej rzeźby. Jakby to nie on mówił i jakby nigdy się nie odezwał.

    Metatron stojący u progu przedsionka mógłby przysiąc, że głos, który przed chwilą słyszał, rozległ się jedynie w jego głowie. Mimo to nie postąpił ani kroku dalej. Zawrócił.